Szukaj na tym blogu
wtorek, 28 lutego 2017
Królik
Ja właśnie wyłączam żelazko, składam deskę, chociaż nie, deska jeszcze jutro się przyda, bo prasowania odpękano part I, zostaje jeszcze na przynajmniej jeden wieczór. I tak zauważyłam,że choć pralek wciąż 5, to prasowania mniej, chyba oszczędniej dzieci ubieram, choć nie należy z tego od razu wyciągać wniosków, że dzieci zaniedbane, czy (z)goła :) brudne, nie.
A poniedziałek zaczął się spokojnie i po nawet udanej nocce - zbudziłam się tylko 2 razy. Młody swoim spaniem pozwolił na wypicie kawy, przygotowanie warzyw i owoców, jedno na zupkę, drugie na kompocik i sprawienie mięska. Jeszcze przed wyjściem E. zapowiedziała, że młody ma coś z oczami, zaczerwienione, czy jakoś tak (jak ona to w nocy wyśledziła? Młody jak zając, śpi z otwartymi oczami, czy jak? A propos zająca, dziś przyrządzałam dla niej królica :( ) i ona to skonsultuje telefonicznie z pediatra, nie tego królica Boże broń, tylko dolegliwość młodego i gdyby się okazało, że trzeba będzie pojechać, to ja mam się tam z młodym udc, bo ona nie będzie brać wolnego. Tam, czyli do miasteczka obok. Moja wyobraźnia, na mój prywatny użytek, znów fiknęła koziołka, co mnie tu jeszcze spotka? W jakim niby języku mam się dogadać z tym lekarzem? Bo co innego zapytać o drogę, co innego zamow kawę, ale wizyta u lekarza? Jakie jeszcze dodatkowe zajęcia weja do programu obowiązkowego? Całe szczęście, że tym razem do wizyty nie doszło, raportowałam co godzinę o stanie wód głównych rzek ...eee o stanie spojówek i okolic, nic niepokojącego nie zauważyłam. A młody pospał do 8.15, potem śniadanko, potem półtorej godzinki przeznaczonej na konserwacje powierzchni płaskich, runda do suszarni, zupka (przy)goto(wy)wała się sama ;już można było na spacerek, potem obiadek, drzemka, a w tym czasie postanowiłam upiec "pasztet z ziaren słonecznika", ten żółty ser,, mimo, że jest przepyszny, to zaczął mi wchodzić w bioderka i pas, impas :)i. Eufemizm zbyteczny, wlazł mi w biodra i talie, która przestaje byc talią, a zaczyna być balią:). Przestaję być, jak to ładnie określiłeś, compact.
Produkt pasztetopodobny wyszedł nadspodziewanie smaczny, zdrowy i niskokaloryczny, choć nie do końca udało mi się osiągnąć pożądaną konsystencję, ponieważ w tym domu nie inwestuje się w żaden solidny sprzęt kuchenny, nie ma dobrego blendera, nawet takiego niskich lotów, jest blenderek dla Barbie, wyciskarka do cytrusów ino manualna:), sokowirówka ma obroty, które nie pozwalają uzyskać soku, mikserek ręczny, taki "wentylatorek", że Twój przyrządzik
do spieniania mleka ma większą wydajno, nie ma czym pracować. Że nie wspomnę o braku maszyny do szycia, o zwykłych igłach już pisałam.
Królik został skrytykowany, że twardy, a cóż ja mogę, że wyścigowego, czy może ochwaconego zwierza nabyła? Trenerką jego byłam? Nawet nie wiem, z jakiej on hodowli? Czy klatkowy, czy plaine air :) Skąd mogę wiedzieć, jaki tryb życia prowadził ów król? Siedzę w tych mięśniach, czy precyzyjniej pęczkach włókien mięśniowych, śledziłam jego życie i wiem,eże byl raczej sprinterem niż dlugodystansowcem, domatorem czy raczej aktywnym fizycznie? Miałam wpływ na rozwój jego masy mięśniowej? Suplementowalam dietę? Nawet go nie kupowałam, to do kogo pretensje? Ale poddusiłam te miesnie jeszcze dodatkowe półtorej godziny, i jak do tej chwili nie zmiękłyy, to już tego nie zrobią. Wprawdzie to nie jajko kurzęce,eże im dłużej gotujesz, tym bardziej na twardo, choć i jajo swoje granice wytrzymałości ma, a wiem to stąd, że kiedyś moja siostra nie wyłączyła na czas palnika pod garnuszkiem z jajkiem i jajko doskoczyło do sufitu i tam zostało, aż do ....remontu, i nie było w jednym kawałku, jak doskakiwało to już było go duuuużżoo :), białko zwierzęce działa dokładnie odwrotnie, tzn nie wiem, czy też nie doskakuje do sufitu, gdy zbyt gorąco mu się zrobi, zwłaszcza,że to królik to i skakać potrafi, ale gdy zachować odpowiedni poziom, nazwijmy to nawodnienia, to powinno spokojnie w garnku stracić swoją hardość, eeee twardość, pod warunkiem, że nie wyzionęło ducha ze starości lub nie było sterydowym koksem za życia, bo wtedy żadna, znana mi i przy użyciu dostępnych przyrządów, obróbka termiczna nie podoła. Taki zwierz, czy precyzyjnie jego mięso staje się super odporne na wszelkie działanie sił zewnętrznych. Masz poniekąd wrażenie, że walczysz z osłem. Uparciuchem.
niedziela, 5 lutego 2017
Sobota dobiega końca, a ja to dokładnie czuję w kończynach górnych i dolnych, tak wolnych jak i zniewolonych (wolne to ta część, co swobodnie bimba, gdy po temu są warunki, do bimbania warunki)
Stawiając czoła namowom przyjaciół, żeby aktywnie oraz w okolicy spędzać wolny czas, a także podejmując decyzje, które stają się, w moim przypadku, często wyzwaniem, jeśli nie wezwaniem, takim swoistym (z)ewem:) postanowiłam wyruszyć w najbliższe jurajskie górki.
Za cel postawiłam sobie Col de la Tourne, jedyne 1066 m, zgodnie z jednymi źródłami, i ponad 1100 powołując się na inne (później będzie o tym, skąd ta różnica, taka hipoteza, moja!). Odległość od domku niespełna 15 km, w jedna stronę, po liniach krzywych, bo jak wiemy, pod górkę trzeba obrać technikę trawersowania, czasem tak, jak idzie droga, czasem, gdy droga ginie pod miękką, śniegową, jakże zdradliwą, poduchą, wyznaczyć jednorazowo pożądany kierunek. Tak było i tym razem. Najpierw kolejką do Neuenburga, stamtąd do Chambrelien i wysiadka ......w gęstej zadymce śnieżnej oraz potężnej wichurze. Z zapełnionego pociągu wysiadła jedna, jedyna desperatka....Effičca i zaraz stała się niewidoczna dla towarzystwa w ciepłych wagonach. Otuliła mnie gęsta, chłodna i wdzierająca się za kołnierz, śnieżna kołdra. Ale, żem baranica, co się zowie, to juz nie opuściłam, a raczej przypuściłam szturm na ową górkę. Nie miałam zresztą wyjścia, pociąg dziwnym trafem po jednych torach tylko, w kierunku niepożądanym, a o mijance nie miałam bladego pojęcia. Nie zaprzątało mi to głowy, bo zamierzałam pokonać już do końca całą trasę, w te i wewte, nożnie. Droga prowadziła przez Rochefort, chcąc się upewnić, czy aby dobrze spamiętałam, już na zewnątrz rozpostarłam "analogową" mapę i nim dostrzegłam ustalony punkt, nim przywołałam wytyczony kierunek, mapa przeszła w stan płynny, zasilając wioskową infrastrukturę kanalizacyjną, o ile taka istniała. Pozostało zaufać pamięci, która już na rezerwie leci. Wiedziałam, że pod górkę, że trochę po szosie, trochę przez las. Wyruszyłam. Chwilam było całkiem przyjemnie, chwilami całkiem nieprzyjemnie, wiatr raz był sprzymierzeńcem, raz wręcz odwrotnie, chwilami miałam wrażenie halsowania po bezkresnych połaciach śniegu . Tych odwrotnych razów jakoś więcej, w przewadze. Dość, że na kolejnych OS urywałam po 10 - 20 minutek. Na polane, udającą szczyt, wdrapałam się przed założonym czasem. I teraz o tej różnicy w podawanych wartosciach/wysokościach. Na gorze było tyle śniegu, że nie sposób było odszukać konkretnej drogi, myślę że to przechodziło...... ludzkie pojęcie:), uklepany na sporą wysokosc, słupki, na których umieszczono kierunki marszruty były,, oraz były na poziomie ....moich kolan, a jak niektórzy wiedzą, kolana mam nie za wysoko. O kolankach też jeszcze napiszę. Zasypane śniegiem.
Warunki, raczej ich brak oraz kompletne przemoczenie odzieży nie pozwoliły na wykonanie choćby jednego zdjęcia, telefon nie reagował, udając zamoczenie (dlatego też moja pisaninka może być niewiarygodna sic! i niechaj taka zostanie). Jeszcze rozważałam wejście na nie odległy szczycik, ale kolejny podmuch mroźnego wiatru oraz świadomość,eże mam mokre stringi, zdecydowały za mnie. Odwrót.
Schodzilo się rewelacyjnie, bo po pierwsze- z górki:), po drugie w dziewiczym, kopnym śniegu, który wdarł się niepostrzeżenie w obuwie i tam, w postaci wody już pozostał (do teraz), po trzecie każdykrok przybliżał mnie do domku. Dodatkową atrakcję stanowiły przejeżdżające pługi odśnieżne, które koncertowo odwały robotę, odwalając śnieg na pobocze, po którym ja się przemieszczałam. Pługi nie były jedynymi dostarczycielami rozrywki, w postaci dodatkowych śnieżno-błotnych porcji na moich/od Ciebie legginsach, to co lemiesze zaniedbały nadrabiali co gorliwsi kierowcy. Nie powiem, byli i tacy co zwalniali, byli i tacy, przed którymi umykałam w zaspy. W trakcie tego powrotu śnieżyca przemieniła się w deszczyce. A mnie już było obojętnie, oraz bardzo mokro i zimno. Futerko na kapturze przykleiło się do czoła, cała kurtka przykleiła się do innych części ciała . Palce prawej dłoni nie nawiązywały już porozumienia z mózgiem, a może odwrotnie? Telefon, pozostający w wewnętrznej kieszeni kurtki postanowił zamo(mil)knąć. Krople deszczu dążyły kark, mimo nasuniętego, i obsuwającego się pod ciężarem wody kaptura woda była wszechobecna.
Dobrze, że choć droga znana. Postanowiłam iść krótszą trasą, niż pod górę, i choć to się wiązało z ciągłym umykaniem przed chlapiącymi samochodami, to wydawało się rozsądniejsze.
Gdy już tak całkiem przemoczona, zmarznięta, zrezygnowana, bliska łez, spowolniłam, najpierw zatrąbiło, a potem zatrzymało się niepozorne auto z niepozorną parą emerytów i z samochodziku wydobyło się pytanie, w którym usłyszałam tylko znaną nazwę znanej mi miehsciwości. Od razu skojarzyłam, że nie pytają o droge, tylko proponują podwózke. Grzecznie podziękowałam i skorzystałam z okazji. I tym sposobem w domku znalazłam się cała, bez oznak zbliżającego się całą mocą obłędu, choć dalej mokra do suchej nitki.
Gdy zajęłam odzież, która nie tak latwo się poddawała owej operacji, ponieważ zmonoliciła się z moim body przez te wodne godziny, moim oczom ukazały się......makowoczerwone uda oraz filetowe, niczym śliwka węgierka, kolana, (być może inne części ciała również nie odbiegały kolorem, ale wzrok nie sięgał) śliwkowe plamy porozlewane na kształt kontynentów, pomyślałam, że to za sprawa pięknych i praktycznych, choć dziś przechodzących chrzest bojowy, legginsów które, pod wplywem nasączenia pozbywały się nadmiaru farby. Ale żeby tylko na kolankach, a cóż im kolanka uczyniły, że zostały uhonorowane barwą oberżyny? A co z resztą ciała, przyoblekniętego jeno w purpurę?
Pierwszy raz doznałam czegoś takiego i z myślą, że mydełko sobie z tym poradzi, wskoczyłam pod prysznic. Nic bardziej mylnego. Jakby tego było mało, całe ciało zaczęło przedziwnie swędzieć i mrowić. To akurat umiałam sobie wytłumaczyć - zbytnie wychłodzenie niektórych części ciała, ale co z kolankami?. Ileż mogę stać pod prysznicem i szorować? Czym szorować, kiedy nie schodzi.
Uporałam się jeszcze z włosami i powzięłam decyzję, niełatwą! o wyjściu spod natrysku oraz,że już do końca życia będę skazana na jakieś nogowe dolegliwości, które dodadzą kolorytu. Komu?
Na szczęście, po kilkudziesięciu minutach śliwkowe plamy powoli przeszły w zaczerwienienie, potem zaróżowenie, aż wróciły do normy. Ja starałam się także dojść do normy, ale niemoc rodzicielska objawiająca się w niemożności uspienia F. oraz jego protesty wyrażane głośnym rykiem stanowiły antybodziec relaksacyjny. Właściwie to ja nie umiem znaleźć rozwiązania na czas mojego wolnego weekendu w czasie niepogody.
Stawiając czoła namowom przyjaciół, żeby aktywnie oraz w okolicy spędzać wolny czas, a także podejmując decyzje, które stają się, w moim przypadku, często wyzwaniem, jeśli nie wezwaniem, takim swoistym (z)ewem:) postanowiłam wyruszyć w najbliższe jurajskie górki.
Za cel postawiłam sobie Col de la Tourne, jedyne 1066 m, zgodnie z jednymi źródłami, i ponad 1100 powołując się na inne (później będzie o tym, skąd ta różnica, taka hipoteza, moja!). Odległość od domku niespełna 15 km, w jedna stronę, po liniach krzywych, bo jak wiemy, pod górkę trzeba obrać technikę trawersowania, czasem tak, jak idzie droga, czasem, gdy droga ginie pod miękką, śniegową, jakże zdradliwą, poduchą, wyznaczyć jednorazowo pożądany kierunek. Tak było i tym razem. Najpierw kolejką do Neuenburga, stamtąd do Chambrelien i wysiadka ......w gęstej zadymce śnieżnej oraz potężnej wichurze. Z zapełnionego pociągu wysiadła jedna, jedyna desperatka....Effičca i zaraz stała się niewidoczna dla towarzystwa w ciepłych wagonach. Otuliła mnie gęsta, chłodna i wdzierająca się za kołnierz, śnieżna kołdra. Ale, żem baranica, co się zowie, to juz nie opuściłam, a raczej przypuściłam szturm na ową górkę. Nie miałam zresztą wyjścia, pociąg dziwnym trafem po jednych torach tylko, w kierunku niepożądanym, a o mijance nie miałam bladego pojęcia. Nie zaprzątało mi to głowy, bo zamierzałam pokonać już do końca całą trasę, w te i wewte, nożnie. Droga prowadziła przez Rochefort, chcąc się upewnić, czy aby dobrze spamiętałam, już na zewnątrz rozpostarłam "analogową" mapę i nim dostrzegłam ustalony punkt, nim przywołałam wytyczony kierunek, mapa przeszła w stan płynny, zasilając wioskową infrastrukturę kanalizacyjną, o ile taka istniała. Pozostało zaufać pamięci, która już na rezerwie leci. Wiedziałam, że pod górkę, że trochę po szosie, trochę przez las. Wyruszyłam. Chwilam było całkiem przyjemnie, chwilami całkiem nieprzyjemnie, wiatr raz był sprzymierzeńcem, raz wręcz odwrotnie, chwilami miałam wrażenie halsowania po bezkresnych połaciach śniegu . Tych odwrotnych razów jakoś więcej, w przewadze. Dość, że na kolejnych OS urywałam po 10 - 20 minutek. Na polane, udającą szczyt, wdrapałam się przed założonym czasem. I teraz o tej różnicy w podawanych wartosciach/wysokościach. Na gorze było tyle śniegu, że nie sposób było odszukać konkretnej drogi, myślę że to przechodziło...... ludzkie pojęcie:), uklepany na sporą wysokosc, słupki, na których umieszczono kierunki marszruty były,, oraz były na poziomie ....moich kolan, a jak niektórzy wiedzą, kolana mam nie za wysoko. O kolankach też jeszcze napiszę. Zasypane śniegiem.
Warunki, raczej ich brak oraz kompletne przemoczenie odzieży nie pozwoliły na wykonanie choćby jednego zdjęcia, telefon nie reagował, udając zamoczenie (dlatego też moja pisaninka może być niewiarygodna sic! i niechaj taka zostanie). Jeszcze rozważałam wejście na nie odległy szczycik, ale kolejny podmuch mroźnego wiatru oraz świadomość,eże mam mokre stringi, zdecydowały za mnie. Odwrót.
Schodzilo się rewelacyjnie, bo po pierwsze- z górki:), po drugie w dziewiczym, kopnym śniegu, który wdarł się niepostrzeżenie w obuwie i tam, w postaci wody już pozostał (do teraz), po trzecie każdykrok przybliżał mnie do domku. Dodatkową atrakcję stanowiły przejeżdżające pługi odśnieżne, które koncertowo odwały robotę, odwalając śnieg na pobocze, po którym ja się przemieszczałam. Pługi nie były jedynymi dostarczycielami rozrywki, w postaci dodatkowych śnieżno-błotnych porcji na moich/od Ciebie legginsach, to co lemiesze zaniedbały nadrabiali co gorliwsi kierowcy. Nie powiem, byli i tacy co zwalniali, byli i tacy, przed którymi umykałam w zaspy. W trakcie tego powrotu śnieżyca przemieniła się w deszczyce. A mnie już było obojętnie, oraz bardzo mokro i zimno. Futerko na kapturze przykleiło się do czoła, cała kurtka przykleiła się do innych części ciała . Palce prawej dłoni nie nawiązywały już porozumienia z mózgiem, a może odwrotnie? Telefon, pozostający w wewnętrznej kieszeni kurtki postanowił zamo(mil)knąć. Krople deszczu dążyły kark, mimo nasuniętego, i obsuwającego się pod ciężarem wody kaptura woda była wszechobecna.
Dobrze, że choć droga znana. Postanowiłam iść krótszą trasą, niż pod górę, i choć to się wiązało z ciągłym umykaniem przed chlapiącymi samochodami, to wydawało się rozsądniejsze.
Gdy już tak całkiem przemoczona, zmarznięta, zrezygnowana, bliska łez, spowolniłam, najpierw zatrąbiło, a potem zatrzymało się niepozorne auto z niepozorną parą emerytów i z samochodziku wydobyło się pytanie, w którym usłyszałam tylko znaną nazwę znanej mi miehsciwości. Od razu skojarzyłam, że nie pytają o droge, tylko proponują podwózke. Grzecznie podziękowałam i skorzystałam z okazji. I tym sposobem w domku znalazłam się cała, bez oznak zbliżającego się całą mocą obłędu, choć dalej mokra do suchej nitki.
Gdy zajęłam odzież, która nie tak latwo się poddawała owej operacji, ponieważ zmonoliciła się z moim body przez te wodne godziny, moim oczom ukazały się......makowoczerwone uda oraz filetowe, niczym śliwka węgierka, kolana, (być może inne części ciała również nie odbiegały kolorem, ale wzrok nie sięgał) śliwkowe plamy porozlewane na kształt kontynentów, pomyślałam, że to za sprawa pięknych i praktycznych, choć dziś przechodzących chrzest bojowy, legginsów które, pod wplywem nasączenia pozbywały się nadmiaru farby. Ale żeby tylko na kolankach, a cóż im kolanka uczyniły, że zostały uhonorowane barwą oberżyny? A co z resztą ciała, przyoblekniętego jeno w purpurę?
Pierwszy raz doznałam czegoś takiego i z myślą, że mydełko sobie z tym poradzi, wskoczyłam pod prysznic. Nic bardziej mylnego. Jakby tego było mało, całe ciało zaczęło przedziwnie swędzieć i mrowić. To akurat umiałam sobie wytłumaczyć - zbytnie wychłodzenie niektórych części ciała, ale co z kolankami?. Ileż mogę stać pod prysznicem i szorować? Czym szorować, kiedy nie schodzi.
Uporałam się jeszcze z włosami i powzięłam decyzję, niełatwą! o wyjściu spod natrysku oraz,że już do końca życia będę skazana na jakieś nogowe dolegliwości, które dodadzą kolorytu. Komu?
Na szczęście, po kilkudziesięciu minutach śliwkowe plamy powoli przeszły w zaczerwienienie, potem zaróżowenie, aż wróciły do normy. Ja starałam się także dojść do normy, ale niemoc rodzicielska objawiająca się w niemożności uspienia F. oraz jego protesty wyrażane głośnym rykiem stanowiły antybodziec relaksacyjny. Właściwie to ja nie umiem znaleźć rozwiązania na czas mojego wolnego weekendu w czasie niepogody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)