W Paris nie miałam żadnych problemów z zaśnięciem i przespaniem całej nocki, tu koszmar porżniętej na kawałki nocy powrócił. I tak sobie myślę,eże to nie fizjologia (czyt. dane na liczniku) tym kieruje, jeno stress. Stress związany z pracą. Analizując nie powinnam niczym się stresować, dzieciaczki posłuszne, lubią mnie, zjadają, co zrobię, razem czytamy, układamy, psocimy i się śmiejemy; ich rodzice jak ich dzieci, z tym, że nie wiem czy mnie lubią, ale też nie muszą, bo nie nimi, a ich pociechami się opiekuję, i nie psocę z nimi, i układam raczej po nich i śmieję się z nich;). Więc skąd ten stres? Nic, mam Ciebie i ćwiarteczki od Ciebie, a wraz z tym nadzieję, ze to pomoże;)
A środek przeleciał bez zwrotów akcji i zawirowań. Normalnie, tyle, że bez spacerku, bo młody wciąż zainfekowany, a do tego jakieś zmiany na skórze na dłoniach i stopach - jutro z rana wizyta u medyka.
A z uwagi na brak pogody nie wiem, czy bym zdecydowała się na spacer. zajecia w parterze i jakoś zleciało.
Dziś pierwszy raz w życiu ugotowałam polentę, pełen sukces, moim zdaniem:), a potrawa z gatunku niskokalorycznych i jako zamiennik węglowodanów. Młoda oczywiście z załączonym wstecznym, ale potem zjadła, młody otwiera dziób do wszystkiego i wszystko je. Jeżeli chodzi o mnie, to włączam tę strawę do regularnego effimenu. Czemu tak o tym się rozpisuję? Otóż pamiętam, jak Davide, w przypływie jakichś gastronomicznych uniesień oraz powrotu do przeszłości,jego alyprzeszłości,i zakupił w Italy polentowy żwirek i ugotował coś, co potem stało przez kilka dni w lodówce, nim to wyrzuciłam. Najpierw z charakterystycznym dla niego rozmachem poinformował,eże przystepuje do produkcji potrawy jego przodków i swojego dzieciństwa. Noooo, jak tak wyglądało jego dzieciństwo, to się nie dziwię kolejnym jego wyborom życiowym. On chyba nie mógł jeść tego samego, co potem chciał powtórzyć,, bo ta strawa była od początku niestrawna, przypalona, pełna grudek i o dziwnej konsystencji. Przy takiej diecie nie dożyłby pełnoletności, w ogóle nie miałby prawa żyć. Pomysłu już nie doprowadził do końca, zarzucił, nim dobrze rozmieszał owa mamałygę i oddalił się, chyba bardzo zmeczony, w celu zalegnięcia na kanapie. I chyba dobrze się stało,że nie usiłował wyserwować tego czegoś . chciałam napisać gaz, ale tam byla elektryczność, więc płyta ceramiczna pod zostawionym samemu sobie, sporym garnkiem z polentą dokonywała dzieła, równomiernie przypalając nierównomiernie rozmieszaną papkę, rozdyźdana konsystencja malowiczo zastygała na ściankach garnka, a warto wspomnieć,że zgodnie z wrodzonym, lub nabytym, rozmachem Goliatta pomysłodawcy, tej paćki było sporo. Pamiętam,że nie mogłam nadziwić się, czym Włosi się tak excytuja, przecież ta ich kuchnia wyrafinowana, sofistique, a tu przypalona, żótło-brązowa maź, w dodatku wydzialająca drażniący nozdrza zapach spalenizny, i to ma być pyszne?
Nie miałam wtedy odwagi skosztować, żeby wyrobić własne zdanie o tym przysmaku, zostałam przy doznaniach innych zmysłów, które dostarczały dość jednoznacznych wrażeń - przy zdrowych zmysłach tego się nie da zjeść.
Po nabraniu mocy, po paru dniach, chyba tylko dlatego, że potrzebowałam większego garnka, bez wyrzutów sumienia wywaliłam całą zawartość do kibla. Od tej pory, aż do dziś, polenta kojarzyła mi się jednoznacznie. Dziś zeszłoroczne wrażenia zatarła "moja" potrawa. Smaczna, kolorystyka też nie przypominająca tej davidowej,eże o zapachu nie wspomnę. Patronka przyjęła z entuzjazmem, R. pochwalił się,eże nie lubi, ale mój dar przekonywania oraz argumenty w postaci niskiej kaloryczności spowodowały,że nie kręcił nosem oraz spożył. A moze ta jego niechęć, czy raczej bezentuzjastyczne przyjęcie polenty wiązało się z podobnymi do moich pierwszych doświadczeń? Może gdzieś na trasie raffiontogenezy miał okazję zjeść, lub choćby tylko spróbować goliattpolenty?