Szukaj na tym blogu

niedziela, 25 grudnia 2016

WOPR

Goście odjechali, salonosypialnia odgruzowana, naczynka pomyte, winko wypite, 2 flaszki, wesoło, oj wesolutko, zostało troszkę lazanii, cannelloni wchlonięte, alles ist Ordnung.
Ja przy "Wyludniaczu", boć i dom wyludniony, ale  chyba/z pewnością normalnie nic nie rozumiem, o czym SB do mnie rozmawia hihihi.
Jutro lub w piątek muszę oddać lektury do biblioteki, zostanie niefajne poczucie, ze nie podołałam, ale z całych swoich sił próbowałam oraz, co ważne, nie lubię nie doczytać do końca, bo zostaje nieodparte lub nawet nie poparte niczym, wrażenie, że odpuściłam, z różnych przyczyn odpuściłam, a może właśnie za kilka kartek pochłonie mnie lektura bez reszty, zresztą. Nie dałam sobie/jej szansy. Hmmm, cóż,  wrócę do niej przy najbliższej okazji, mam tu na mysli Bernharda, bo z SB i jego proza zapisanych stronic do jutra sobie poradzę,  niemniej bez zrozumienia, help me.... plażę, aaa, ze plażę,  no tak veni, vidi, nie vici, bo jakoweś mikrokrążenie we wodzie się rozplęgły i nie pozwoliły na zwycięstwo . Do wody mi niespieszno było, zwłaszcza, że czujni ratownicy pod egidą wopr odgwizdywali każdorazowo (chyba w wykonaniu Ślązaków, a tablet podpowiedzial? hihi ślimaków, co za intuicja!) próby wejscia do wody. Nie znoszę zakazów, ale jeszcze bardziej nie znoszę, jak ktoś na/do mnie gwiżdzę, bez względu na przynależność organizacyjną gwizdającego, chyba, że gwizdnie, a w tym gwiździe wyczuję aprobatę, zainteresowanie, poklask. Ale i tak mało to i przyjemne i spodziewane, bo to musialoby być fiu fiu bez użycia sifflet'a, ale o czym ja tu deliberuję? głodnemu chlebek na myśli.
Głodna nie jestem, zjadłam dziś sporo,  a nawet chyba i bardziej.
na poczatek mozzarelke z pornodorkiem, eee tego, pomidorkiem, kromeczka razowieca i kromeczka żytniegio, do tego sznapsik naleweczki z ironii, nooo nie Effi trzymaj pion, z aronii, potem po grubosci, czyli cannellonii vege plus kotek du rohne, dla innych lazania ze sporym udzialem miesiwa, oczywiscie zapita koteczkiem. Potem kawka, do kawki czarna jak noc listopadowa, tudzież lipcowa, czekoladka, a kawka zaparzona w dzbanuszku i zapodana w filizaneczkach z cieniuchnej, białej, (zd)radzieckiej porcelanki. Zapomniałam, że takie coś mam w kredensiku. Pozostałości po latach świetności,  szeroko pojętej świetności,  nie mylić ze świętością,  bo to nie to samo, choć. ... jakby się zastanowić. .. to może, morze, wracamy do morza. Ładny dzień,  słoneczny,  nie nazbyt gorący,  taki w sam raz. Morza szum, ptaków śpiew,  dzika tłuszcza choć w liczbie znikomej, więcej było na morzu niż nad. I to dziwne, że tych w piankach, na deskach bakterie surfujacych omijały szerokim łukiem.  Tak podejrzewam, bo ich, tych, co na morzu,  zakaz kąpieli nie obowiązywał, a nikt mi nie powie, że na desce nie ma się kontaktu z woda.
uuuu szkolone te (ur)wirusy, przyczajka przy brzegu, a może one, te wirusy i bakterie pływać nie potrafią? I skaczą tylko na tych, co ... pływać nie potrafią?  Takie zjednoczenie braci (i sióstr) w nieumiejętność?
A że upał dał się we znaki i przyzwyczajenie, że jak na plaży, to piwko się należy? Jedno małe piwko pour moi, frytki dla młodzieży,  ktora to młodzież, a raczej jej organizm charakteryzuje się cechą,  pożądaną w latach dorosłych, gdy spożywa się,  bez uszczerbku na zdrowiu, produkty zdrowiu nie służące. Nie moja młodzież, nie mój brzuch.

powrót do .... no właśnie, jakby to opisać?  Powrót do domku, ale w tempie zgoła olimpijskim, rekord trasy, zaraz, zaraz, autobus jechał prawidlowo, czyli tempem niespiesznym, a mnie od jednego autobusu,  ktory zawiózł mnie w okolicę domostwa, do drugiego autobusu, który miał mnie zawieźć do  przychodni zostalo 20 minut. Wiec sprint do domu, wjazd winda na 6 pietro, dopasowanie kluczy do odpowiednich otworów, szybki, expresowy prysznic, osuszenie, niezbyt dokładne, ciała, przywdzianie sukienczyny w kolorze maku, wypad w kierunku windy, oczywiście w butach, ściągnięcie jej na odpowiednie piętro, nie tej sukienki ani butów, tylko windy, zwanej, nie wiedziec czemu, dźwigiem osobowym, zjazd do parteru i sprint na przystanek. Zrobiłam to w 15 minut, rekord? rekord.
Wizyta u lekarza - pisałam, drobne zakupy w markecie i powrot do domku.
Resztę juz znasz.

czwartek, 15 grudnia 2016

po/grzaniec

Hejka, Drogi  ...
sorki, sorki, mam już w sobie jednego ugrzanego puncha z zawartością 8,5% alko i smakiem żurawiny od Canady - względy natury medycznej przemówiły za zakupem (nabyciem, hihih, drogą kupna), nic innego tylko dla zdrowotności, bo jak wiemy, żurawina na pęcherz dobra jest.  Co oczywiście nie oznacza zaraz, że mam kłopoty i problemy ze strony układu warszaws...... eeee, tego ... moczowego, nie, no, nein. Profilaktyka, Kochany, profilaktyka tańsza od leczenia. Reasumujac, jestem nagrzana, Jezzzuuuu, co ja wypisuje, zabierzcie mi klawiaturę,  nie, zabierzcie mi tableta, nim palne kolejne głupstwo lub umieszczę w tekście sarkastyczną, ironiczną, kpiacą, cyniczną etc. uwagę. Z góry przepraszam, dziś nie odpowiadam za paluchy u rąk - mózg, blondynki z wyboru swoje, dłonie swoje. Sama jestem ciekawa, co jeszcze napiszę, a pysk już mi się raduje, a w szarych oczętach przeskakują diabliki hihihi.

Ale wracając do powitania,  jeszcze raz

Hejka, Raggio, dobry wieczór,  tu R..t!!!

Dzionek, jak to dzionek, zaczął się, ale troszkę później,  bo dzis frei w école, spacer w dużym deszczu w chiencami, petit déjeuner dla S., małe porządki i wypad na basen.
Zamiast wypadu do Z. trafiła się nam, czyli Szelce i mnie, niebywała atrakcja w postaci wypadu do lokalnego, wioskowego, pobliskiego basenu. Oni zabrali mi "moje autko", Range z gatunku czolg zostawili,  bo paliwożerne, a do mojej dyspozycji zostawili Volvo, które nadaje sie tylko na krotkie dystanse,  sprinter jakiś, czy co? Ogólnie zmiana zaplanowanych na piątek atrakcji.
Przebywając tu, w tym mieście, w tym domiszczu i w tej familii zaczynam mieć wątpliwości, czy przez przypadek nie zmieniono mi, w ferworze walki i zmian wszelakich, mojego imienia, bo tu wciąż wszystko,  co bezpośrednio mnie dotyczy, zmienia się w zaskakującym tempie i w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Tylko jak to sprawdzić? Zawołam na siebie i zobaczę, czy zareaguję.
A piateczek dzis deszczowo-barowy, leje od wczoraj, czasam ze sporymi podmuchami wiatru, jest w miare ciepło, ale bardzo, bardzo mokro. A pobyt na plywalni jakby dodatkowo nawilżył moje ciałko, ale bez podmuchów -cokolwiek to znaczy (oooo, zaczyna sie hihihi).
Dziś  zrobiłam w godzinę bez 5 minut 62 długości baseniku, co daje 1550 m. Ale to piszę tylko i wyłącznie w kategorii info, a nie chwalenia się. Taki news pomiędzy newsami o chienas, o S., o aurze itd.
Pokonywałam kolejne długości,  a myśli swobodnie krążyły wokol różnych spraw i osób i choć byłam z młodą,  która usiłowała pod woda wykrzyczeć Yyywaa  regarde (domyslasz sie, że ze skutkiem null), to tak jakby bez niej, bez jej nawoływania. Odsapnęlam od niej. Potem jeszcze miłe mojemu ciałku bąbelki jakucjowe, relax, fajnie, a potem to jusz dusz, Kleider y, i kawka w barze,  w oczekiwaniu na młodą.  Do domku zjechałyśmy ok. h 18. Kolacyjka, wspomniany ugrzany i powodujący ugrzanie punch, ojojo skończył sie. Poczekaj,  idę po kolejną porcyjke, nigdzie nie odchodź, czekaj, bo się pogniewamy :))).
Jestes? Nooo, masz szczęście ;).

Po kolacyjce usłyszałam prośbę, czy nie pojechałabym po jakieś słodycze do Coop. Tu, w S mają przegwizdane, bo zakupy robia w kupie albo szparze. Kto tak sklepy nazywa? Wyobraź sobie, dzwoni Twoj telefon: gdzie jestes? w szparze, wziąć coś dla ciebie? Albo: słabo cię słyszę,  bo jestem w szparze,  lub : jestem właśnie w kupie, nie potrzebujesz czegoś? Noooo witki opadają, co można wziąć ze spar...u/y, a czego można szukać w coop ie? Dziwny, zaiste, dziwny kraj. Słodycze, a w tym czekolady  nabyłam w .... coopie :)).
I wiesz co, tak sobie brnę dalej w rozważaniach i naszło mnie takie spostrzeżenie.  Bo zobacz, to ich ( Sz, ale nie chcę uogólniać, że rzecz dotyczy wszystkich) proste, żeby nie napisać prostackie, ale nie, nie bójmy się, jednak prostackie (i nie o prostacie to będzie. Chociaż! Chyba jednak troszkę tak, bo to, o czym chcę napisać,  gdzies tam w niedalekim sąsiedztwie tegoż gruczołu się, nooo może nie rodzi, ale wydobywa... Effka pierwsze ostrzeżenie - uspokój się. Przepraszam, a ile mogę dostac ostrzeżeń? Co? no co? zapytać nie można? ) zachowanie, mam tu na myśli swobodne dysponowanie czasem i decydowanie o momencie podzielenia się z obecnymi .... radosnymi nowinami z cylku " mam problemy gastryczne" lub zgoła z innej strony przewodu pokarmowego. Co u niektórych wywołuje salwy smiechu, a u Ludów Północy zażenowanie, konsternację, zawstydzenie. Oraz nieśmiałość w zwroceniu uwagi na niestosowne zachowanie. A to nieobyczajne zachowanie jest, być może, skutkiem robienia zakupów w tych sklepach.
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach. Mocno wierzę, że nauki przekazywane młodej pozwolą jej bez z(a)mieszania uczestniczyć w towarzyskim życiu, juz jako dorosła panna.
Może to jedno pokolenie jest, z przyczyn nieznanych, felerne?

Wychlałam drugą szklanice grzanca, a po trzecią nie chce mi się iść. Przyniesiesz po drodze? oki.

Takie i inne rozmyslania towarzyszyly mi dziś.
A teraz idę pogadać z rodzinka, a Tobie życzę udanego, choć ciasnego wieczoru. No nie, ale wyszło, a miałam na myśli, ze ciasno będzie w Twoim apartamencie. Doooobra, nie rozwijam, bo dostane czerwoną kartkę.

wtorek, 13 grudnia 2016

Chinski mag

Odnotowano, ze sporą radością,  koniec dnia.
A dzien obfity w wydarzenia, ale przewidywalne, choć nie oczekiwane.
Nocka z tych short, budzik znów spowodował moją ogromną niedowiarę, że to już, że jak to? Dlaczego coś ma śmiałość dzwonić koło ucha o tak śródnocnej porze? Buta i arogancja niespotykana! Członki wydobyte z kołdrzanych czeluści, wbiegnięcie na stare tory, nagle, dobrze, że kierunek właściwy obrałam, bo mogłabym zostać stratowana, czyli po minięciu drzwi od razu na prawo, zgodnie kierunkiem wybiegu dla pokłosia. Potem dobiegnięcie do expressu, zrobienie kawy, chwilę później kaszy i tak już do wieczora, w parterze, w górze, zabawy na dywanie, noszenie młodego wraz z podrzutami, a tzw międzyczasie, którego normalnie nie ma, ale jeden raz w tygodniu musi się pojawic, ogarnięcie powierzchni płaskich, odkurzenie, umycie, wszystko to w niespełna godzinę,  bo tyle udało mi się wygospodarować....... Nic specjalnego, do momentu wybudzenia F. z popołudniowej drzemki i wyjazdu w kierunku chińskiego specjalisty od medycyny naturalnej. Czasu mieliśmy aż nadto, wiec Damy udały się do sklepu w celu wymiany odzieży, ja otrzymałam polecenie udania się z F. nad jezioro, gdzie cicho, pusto. Dziś powietrze jemu nie (za)szkodziło, to samo mroźne, wilgotne, bez słońca w każdy inny dzień niebezpieczne, dziś nie i sama nie wiem, po czym rozpoznaje się różnice, kiedy można na spacer z młodym, a kiedy trzeba, a kiedy jest mus, czy nawet wręcz odwrotnie. Poszłam karnie, zdyscyplinowanie, zmarzłam, że nie wspomnę, że bylismy jedynymi spacerowiczami na ścieżkach okołojeziorowych. Chłód przenikliwy, moze inaczej, źle dobrałam garderobę do tej aury, jak to w Norge mówią, że nie ma złej pogody, tylko ludzie niestosownie ubrani. Po godzince powrót do centrum miasteczka i wkroczenie w przyjazne gabinetowe progi, a tam "badanie" les enfants przez obywatela Państwa Środka, stwierdzenie, że wszystko oki, co raduje, więc chyba nie będzie już embarga na spacery:), bo tych spacerów, a precyzyjniej dni do spacerowania, w tym roku zostało 6. Wykonanych, czy raczej w grafiku moim privé 6.
Potem jeszcze landlordowa zostala poddana próbie ogniowej, tzn mag naturalny postawił jej, na jej plecach, 5 baniek, przedtem jednak dźgając fald skórny w okolicach prawej łopatki igłą i powodując podzuirawienie owego miejsca, ból i wydostanie się "złej krwi" na zewnątrz. Czy ta zła krew wie(działa), że jest zła i że musi opuścić (nie)przyjazne tetytorium? Skąd wiadomo, ile jest zła w tej krwi i czy akurat w tym momencie przepływała przez mięsień nadgrzebieniowy, ta zła przepływała i czy to była krew natlenowana czy odtlenowana, aortalna czy żylna? Sporo pytań, kilka dźgnięć igłą, kilka kropel krwi.
Z początku byłam pewna, widząc igłę w dłoni oprawcy, że to kroki do akupunktury, ale któż,  nawet z laików w temacie, dziubie igłą raz po raz uszczypnięty fald skóry wraz z tkanką tłuszczową, nie tędy droga. Jak się spodziewałam, bańka skrywająca obszar dziobany zaróżowiła się nad wyraz, inne pozostawały w tyle, inne bańki.  Sam zabieg trwał 10 minut, ale to wystarczyło do małej demolki gabinetu, w wykonaniu pokłosia, wylania wody, porwania gazet, które służą, noooo do tej pory służyły innym wizytującym ten przybytek, wdeptania ciasteczek w dywan, rozdzierających ryków i wiele innych atrakcji. Moje zmysły szalały, wzrok nie nadążał za dwójką rozkosznych maleństw, które kolejno szarpały kable jakiejś specjalistycznej aparatury, domagały się uwagi lub odwrotnie, waliły w podłogę wielgachną łyżką do wkładania butów i wyrażały głośny i kategoryczny sprzeciw, gdy tę łyżkę usiłowałam raz jednemu raz drugiemu dziecku, raz z jednej raz z drugiej dłoni odebrać, pożerały w tempie godnym hieny kolejne ciasteczka, przedtem skutecznie i pieczołowicie rozdrabniając je. Obańkowana matka pociech od czasu do czasu wydawała dźwięki, które miały zdyscypliować jej latorośle, bezskutecznie, bez efektów, tych przyjętych, założonych.
Ona cierpiała fizycznie, podczas niewielkiej utraty "złej" krwi, we mnie moja słodka i nad wyraz dobra krew gotowała się z/w niemocy, wrzała i kipiała, starała się uchodzić wszelkimi możliwymi otworami i to nie wykonanymi techniką dźgnięć i pchnięć przez specjalistę i przy użyciu igły.  A od młodej usłyszałam, że jak będę grzeczna to pójdę z nią na zakupy. Kochanie, nie chcę być grzeczna, nie chcę być skazana na ciężką harówę, zwaną górnolotnie zakupami, bo to jest jednostronne, egoistyczne dawanie ujścia zadowoleniu, gdy mój udział sprowadza się do zadowalania młodych i przyzwalania na demontaż espozycji i wygarnianie poszczególnych części garderoby z półek i wieszaków, przy bezgłośnej aprobacie protoplaski i moim dzikim, acz skrytym szale, i nie o garderobie teraz piszę :).
ze wszech miar potrzebuję urlopu, ja nie nadążam z odpowiednimi i odpowiedzialnymi reakcjami, dziś nawet zostałam kopnieta, plaśnięta w twarz oraz w głowę. Jedynie słuszna reakcja na takie potraktowanie mojego ciała nie znalazłaby zrozumienia w oczach matki, więc z całych sił (uwierz, że kosztowało mnie to sporo) opanowałam prawidlowy odruch i zmusiłam własne ciało do niepodejmowania interwencji, choć miło mi nie było.
Spogladam na zegarek i oczom nie wierzę (chyba te plaśnięcia w głowę były mocniejsze, niż myślałam:) ), że zbliża się jutro, a ja kończę dopiero skrobaninke.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Powrót

Juz wszyscy w komplecie, wrzaski, piski i tupot.

Zdążyłam się wyduszować, nakremuje moje wymęczone body później, tak w dresiku, z kopytkami wyprostowanymi, na stabilnym materacu, który nie podskakuje na wertepach :), łapię końcóweczke soboty.

Mio ragazzo, piszesz, ze jestem twarda. Hmmm... hmmm... i tak i nie.
Przecież to nie ja prowadzilam potężny środek lokomocji, pchać ani ciągnąć także go nie musiałam. Do mnie należało wtargać podręczny bagaż wraz z podręcznym ciałem, zająć miejsce, czasami wykonać wyjście, wszystko,  lista zadań w kategorii "twardzielka roku" wyczerpana. Twarda? że wiek? Ze zasechłam? Ze się zczerstwiłam? Nooo nie wiem, nie mam w zwyczaju nagryzać się, trochę się boję bólu zadanego przez własne członki, nawet, jak miałam zaordynowane zastrzyki przeciwzakrzepowe w powłoki brzuszne, to tak się przed hand made zabiegiem spinałam, że brzuch mógłby w takich momentach brać udział w pokazach fitness i nie wiem, czy bym w strefie medalowej się nie znalazła:). Ale to były krotkie momenty. Te spinaczki mięśniowe, bardziej w kierunku spastycznych hihihi.
Trudy podróży zaliczone, zdiariowane, odłożone do archiwum. Kolejna podróż za mną. Troszke duma mnie rozpiera, że wiem, w ktorym miejscu Z. się znalazłam, jak dojść samodzielnie na dworzec, jak wymóc na automacie zakup biletu (nawet stałam się expertka, taka samozwaniec :), bo pomogłam jednej współpasazżerce zakupić tickecik), cała podróż nie była uciążliwa, bo nie skazano mnie na bezpośrednie sąsiedztwo z gadatliwą babą. Do S. mogłam rozkoszować się dwoma siedzeniam, a że nie było fifiirifi i sprzęt do puszczania filmów był atrapowaty, to specjalnie nie przeszkadzało, czytałam sobie miłe mej duszy fragmenty, trochę podrzemałam, tak nadrabialam krótką nockę przełomową.  Owszem, przerzutka w S. byla trochę niekomfortowa, bo pół godz musiałam czekać na kolejny autobus, w lekkim mrozie. Dałam radę :), kolejny środek transportu był w pelni zapakowanu, ale, że to była juz głęboka nocka, to nie zostawało nic innego, jak kontynuować sen. Troszkę mój żołądek się buntował, dawał jakieś.... ostrzegawcze znaki, coś jakby hm E. znajdź drogę ewakua, bo może się przydać, lub wyrychtuj woreczek, no a nóż. ... ale nie poddawałam się, odpędzałam wek te natrętne skargi ze strony układu pokarmowego, jaaaakkoosss się udało. Ranek już niczego nie pamiętał hihi. A po godz 8.00 kolejna przerzutka, do kolejnego autobusu, wielgachnego, tzw piętruska, znów sama mogłam dzielić dwa siedzenia i na wszystko spogladałam z wysoka. Ale i tu nie było różowato, bo pokładowa toaleta, konstruktor której nie przewidział tak częstego korzystanie, przestała współpracować z chętnymi, więc nawet do mojej blond glowki nie przyszło, żeby coś pić. Głodna, i nie tylko, udałam się na docelowy dworzec, to już wiesz, znalazłam właściwy Gleis, tram i w miare spokojnie dojechałam do O.. I tu moje globtroterskie doświadczenie dało mi po ukatarzonym nosie. Nie wiedziałam, o której mam kolejny pociąg, oraz z którego pieronu, okazało się, że wystarczyło wyjść z jednego pociagu i przejść na druga strone peronu i wsiąść do drugiego, który już zdążył ruszyć, zanim się skapowałam. Na następny musiałam czekać równo godzinkę, było-minęło ( kolejne doświadczenie,  które zapamiętam). W ten sposób powiedzenie,  że podróże kształcą nabrało innego znaczenia. A po 5 minutach jazdy, czyli do przystanku, na ktorym  wsiadłak dowiedziałam się, że dalszą drogę odbędę pieszo, bo moi właśnie w tej chwili wystartowali z domku do L. Bywa, co zrobić.
Przetuptałam te ostatnie kilkaset metrów, przywitałam sie z chiencami, zrobiłam manger, wyspacerowałam czworonogi, wyduszowałam się.
The end. Resztę znasz.
Odnoszę wrażenie, że wszystko wskoczyło na stare tory.
Przyjechałam do "siebie", leżę w "swoim" łóżku i daj Boże, jak najdłużej rozkoszować się tymi klimatami. Wszystko inne i z innymi ;) się ułoży.

Raggio dolce raggio, a Ty w końcu gdzie? Nomada z Ciebie wyrasta, albo taki rak pustelnik, tylko w troszkę innym znaczeniu, bo nie zmieniasz mieszkanek, dlatego, że z nich wyrosłeś, tylko, że los tak chciał. A ukwiał wędruje razem z Tobą? Poproszę o odpowiedź,  czy ukwiał, który ma w swojej naturze przemieszczać się wraz z rakiem/krabem, wędruje razem z Tobą?

sobota, 26 listopada 2016

fachowcy

Juz jestem spokojniejsza, bo wiem, że wylądowałeś na zimnej, skandynawskiej ziemi :). To, że zimno, nie powoduje u mnie spokoju, tylko fakt, że już dotarłeś. Zimno zawsze wzbudza niepokój,  u mnie wzbudza niepokój o to, że może stać się jeszcze zimniej.
I jak tu spokojnie, a także poważnie, pisać o niepokojach, gdy wystukując, czy raczej wydotykując kolejne litery na dotykowej klawiaturze,  bezduszny sprzęt podpowiada słowa rodem z ....podwórka.  Przykład?  Chcesz przykładu? Choćby teraz, rozpoczynając klepać słowo "stać"  ten "wszechwiedzący" nawiedzony tablet podpowiada i z uporem godnym maniaka trwa przy wyrażeniu, opisujacym jakże odmienną czynność,  z tych fizjologicznych,  pożądanych, codziennych,  ale niekoniecznie do podzielenia się z najblizszymi. Noooo...... oki, bo znajdę za daleko, ale ryjek mi się śmieje od tych skojarzeń i podpowiedzi :).

Promyczku, wtorek przeleciał. Rano wyprawa do jednego z tych wielgachnogabarytowych sklepów, w celu nabycia, hihihi drogą kupna, preparatów ujędrniająco -spalająco-nawilżających (niekoniecznie wszystkie te cechy występują na raz we wszystkich specyfikach), zrealizowanie jednego mojego kaprysu ( i nie zrozum mnie źle, mam mnóstwo kaprysów, w ogóle to cała skladam się z kaprysów, ale ten jeden dziś muuusialam zrealizować), potem szybki powrót do domku, bo jednak umówieni na dziś fachowcy od/do wywiercenia 8 otworków w suficie i ścianie,  po uprzednim potwierdzeniu, potem odwołaniu wizyty, w koncu podjęli decyzję, że nadjadą. Swoją decyzją, a raczej swoim niezdecydowaniem wprowadzili chaos w mój pieczołowicie uklepany grafik przedpołudniowy. Ale zależało mi na tych ...... otworkach, wiec nie marudziłam, na głos nie wyrażałam swojego niezadowolenia ze zmiany moich planów,  które nierozerwalnie wiązały się z początkowym brakiem ich planów wobec moich otworków. Fachowcy wykonali zadanie szybko, pozostawili po sobie budowlany kurz i oddalili się w sobie znanym kierunku.
Zobowiązałam syna do uporządkowania łazienki, a sama udałam się na kolejną sklepową eskapadę.  Odebrałam zamowione okularki, wykupiłam pigułki w aptece, weszłam w posiadanie :) goldwassera, innych artykułów bardziej lub mniej spożywczo-jadalnych, a wśród nich tusz do rzęs, ktory z natury rzeczy jest niejadalny, a także niezjadliwy,  choć czasem powoduje zajadłe pieczenie powiek, śledziki, którymi nie umiem oraz nie chcę się najeść,  a które nie powodują poirytowania,  nooo chyba, że nagle postanowią skończyć się, i wtedy irytacja usprawiedliwiona, chrzan, ktory wcale nie jest do chrzanu, ciabatte z oliwkami, którą pożarłam w drodze do domu,  za kazdym kęsem obiecując sobie, że to już ostatni kęs i niedotrzymując słowa. Ale dobrze, bo ta zeżarta buła pozwala mi na funkcjonowanie do teraz - zapomniałam, że jestem głodna, a tak naprawdę nie jestem.
Po powrocie z zakupów rzuciłam sie w wir porządków, które stały się czynnością niezbędna po przemeblowaniu, dalszym, ale już ostatecznym (do kolejnego mojego przyjazdu), potem spotkanie z namiastką zimy - lodówka i zamrażalnik wolały już o pomoc, do tego stopnia, że szuflady odmówiły współpracy i nie uwalniały produktów. To już za mna, a takze segregacja - uuuuu, pejoratywny wydźwięk he he - torebek z produktami,  ktore żywot swój zakończyły rok, dwa, trzy lata temu.
A teraz siedze przy gorącej herbatce, spokojnie mogę oddać się chorobie, nie, nie,  nie, żartowałam. Mam czas,  żeby pisac do Ciebie, infekcja nieodwołalnie zmierza do finiszu, tylko zaczerwieniony nochal wskazuje na niezbyt delikatne obchodzenie się z nim w ostatnich dniach i nockach. Tak to jest, jak się wkłada nos w nieswoje sprawy :).

Moj Promyczku, robię przerwę w pisaniu, udaję się po kolejną herbatkę,  a może jakiś kisiel? A może jogurt? Hmmm, sama nie wiem, czy i co chcę zjeść.  Inaczej, wiem, co bym zjadła,  ale tego nie mam w domu, wiem, czego nie chciałabym zjeść i nawet nie staram się przypomnieć,  czy tym czymś dysponuję. Do wyboru mam: pierogi, pasztet z kaczki, sery żółte (w niektórych regionach kraju nazywane twardymi lub krojonymi ), twarożek, taki mmmm pyszny, grani, jajka, pstrąga w galarecie, makaron,  porcje wczorajszego pomarańczowego risotto... Chyba świeża,  gorąca herbatka wygrała, a przy niej pomyślę, co zrobić na kolację,  zjesz ze mną?  Zapraszam.
Wrócę wieczorkiem, buziaki.

środa, 16 listopada 2016

Buty

Kończy się środa, pracowita, bo od rana do teraz (jest 20.25) miałam dyżur z młodą. Rano, jak to rano, pobudka, śniadanko do szkoly, psy do lasu, ja na wybieg, patroni do pracy. Zgodnie z planem.
Jak wróciłam z lasu, pełna pozytywnych myśli, pełna energii,  którą to energie pobrałam od pięknie świecącego słoneczka, którego promienie i Promyk przedzierał się przez łysiejące gałęzie i odnajdywał moją face, z każdym moim krokiem podążając wraz ze mną.  Jak on to robil?
Powrót do pustego już domku, porządki, pranie, taaakie tam drobne prace, powrót Sz ze szkoły.  Miałyśmy udać się na basen, ale pogoda zrobiła sie taka na "krótki rekawek i 3/4 nogawek", więc opcja schwimmen odpadła, ale pojawiła się opcja gipfel. Troche trwało, żeby do tego pomysłu zapałała Sz, ale w końcu moja siła perswazji potrafi cuda zdziałać hihihi.
Spacer piękny,  męczący, ale w tak sprzyjajacych okolicznościach przyrody, że trudno było mi uwierzyć, że to już listopad. Po trzydniowej szarudze i chłodzie nie pozostalo śladu.  I dobrze.
Na wędrówkę ubrałam, wbrew rozsądkowi, buty na takiej specjalnej podeszwie. Czemu wbrew rozsądkowi? Otóż owa podeszwa absolutnie nie spełnia wymagań Bergschuhe, brak jakiejkolwiek przyczepności do podłoża, które w  przeważającej części składa się z rozpaćkanych liści, rozdyźdanej mazi błotnej i innych składników,  które pozostawiają po sobie zwierzęta lasowe. Podeszwa o specjanym przeznaczeniu. I teraz attentionné!  Celem użytkownika buta z tą spécial podeszwą jest uksztaltowanie pośladków - tak głosił napis na pudełku,  tak głosiły tabloidy, tak głosiły gwiazdy "ze ścianki", czyli jak się go ma to się ma zgrabne sic! pośladki. A precyzyjniej, jak się go użytkuje aktywnie.
Właścicielką i użytkowniczką rzeczonego obuwia jestem już czwarty rok (dobry wyrób, markowy, skórzany), ale nie umiem wypowiedzieć się na temat skuteczności tej cechy, dla ktorej nabyłam drogą sponsoringu trzewiki. Być może nie doczytałam, o czyje pośladki chodzi? Bo szybciej ukształtowałabym cudze pośladki posyłając w ich kierunku solidnego kopa, ale to i bez specjalnej podeszwy można uzyskać, trzeba tylko znaleźć w miarę spokojną, opanowana ofiarę hihihi, gotową na test, a potem naocznie przekonac się o efektach.
Jednym słowem buty dostarczały dodatkowych efektów w postaci niezaplanowanych ślizgów w dół, idąc tak w górę jak i w dół, braku stabilności, buksowania, potknięć, efektów dźwiękowych: wszelakich mlaśnięc, plaśnięc i bulgotów. Coś pięknego i chip!
Może nie podniosły mi pośladków :), ale zdecydowanie poziom adrenaliny. Czyli jednak coś tam zmieniły w moim body.
Udany spacer.

Powrót do domu, powolne przygotowanie kolacyjki, lekcje angielskiego i matematyki -Geld. Dusche jej i moje, spożycie manger w moim pokoiku, na moim, dobra, niech będzie, że moim, łóżeczku, avec chiens, a jak!
Jakieś gry, memory, piosenki o jagódkach, oraz przewroty w przód, w tył i "mostki". Cóż, uczciwie przyznaję, że przewrót w przód oki, ale w tył nie próbowałam, ze strachu przed porażką,  a mostek wyszedl mi .... połowicznie - biodra dźwignęłam, reszta ciała nie współgrała z biodrami. Ojjj trzeba potrenować. 

wtorek, 15 listopada 2016

Płacz

Ale od początku.
milczenie zakończyła mloda, domagając się interwencji przy ogryzionym paznokciu. Od słowa do słowa i zdecydowała się ruszyć do łazienki.  W łazience stara spiewka: pourquoi?  warum? I tak do znudzenia.
Więc grzecznie, ale  stanowczo powiedziałam, żeby już mi dała spokój,  niech robi co chce, skoro nie chce sie myć, a za to chce podśmiardywać, jej sprawa. Pamiętając,  że muszę na wypowiadane słowa miec szczególne baczenie. Noooo, rozległ sie ryk,  jakby ją co zaatakowało. Spazmy, szloch, łkanie, do utraty tchu. Nie jestem istotą niewrażliwą, rozpoznaję "wymuszony" płacz. Tu, w tym młodym ciele sic! :) rozgrywała się jakowaś tragedya. Zacisnęłam zęby, wymusiłam uśmiech i próbując nie wydobyć z siebie warkotu i gulgotu, poszłam do jej pokoju. Przykucnęłam, żeby nie rozmawiać z nią z pozycji silniejszego (a uwierz mi, że nerw miałam naruszony, agresor załączony,  wystarczyłaby iskra). Spokojnie, jak komu dobremu hihihi, od nowa zaczynam tłumaczyć,  o co chodzi w zachowaniu higieny, ale Ch postanowiła tego wieczoru wypróbować na mnie wytrzymałość psychiczną, nie słuchając mnie coś zaburczała w nieznanym, mnie z pewnością, jej chyba też,  języku :) dialekcie papuaskim lub zgola inuickim. A moje nerwy, jak postronki, napięte do granic.  Uuuuhhhhh, znów po mojej stronie piłeczka. Grzecznie,  z uśmiechem, od nowa. Wzbudziłam tym gadaniem tylko większe niezadowolenie, wyrażające się w narastajacym bulgocie z dodatkiem łez, szlumpów pod nosem i efektów dźwiękowych, których nie powstydziłaby się Violetka Villas. Kuku na muniu. Majtnęłam ręką, zniechęcona tym ....brakiem dialogu i głośno wyrzekłam, że skoro mnie nie słucha, oraz w odpowiedzi na niesłuchanie wydaje z siebie dźwięki niepodobne do niczego, to ja idę do swojego pokoju. Matko, tym otworzyłam furtę do nieznanych emocji. Młoda dała popisową solówe, prawie na bis, prawie na owacje na stojąco. Noooo nie, nie będzie mnie terroryzować. Udałam głuchą, ale wciąż nasłuchiwałam. Repertuar się skończył, aria dobiegła do mety, artystka zmęczona występem.  Słyszę prośbę z jej ust, wydobywającą się w klimacie zgoła innym, niż przed sekundą: Ywa chodź. A że nie byłam skora do biegów na każde jej piśniecie, to ponegocjowałam na odległość.  W końcu, zmiękczona, udałam się do niej. Paraolimpiada.
Stanęłam przed nią i w tym momencie dziecko przytuliło się do mnie, szczerze rozpłakało ( skąd ona ma tyle łez?) i poskarżyło na tę całą sytuację z brakiem rodziców. że nie wspomne o zasmarkanej mojej ulubionej bluzeczce, ale cóż tam wydzielina fizjologiczna na mojej wątlej piersi, gdy tu dramat się rozgrywa. Wygłaskałam po głowie, wysluchałam, że ona chce z mamą un gra, a nie,  że mama wciąż travail. Wiesz, dorosły człowiek na podobne kłopoty poszedłby do baru, pobrał parę "schabowych" i po krzyku. Dziecko, dziewczynka w tym wieku nie radzi sobie jeszcze z emocjami, nie potrafi ich nazwać, a tym bardziej wyartykuować, a zdecydowanie nie umie kontrolować.
A do tego dochodzi brak dialogu, brak rozmów rodziców z nią.  Ona czuje się opuszczona. Szkoda mi jej, to jest fajna, otwarta młoda, tylko trzeba do niej "dopasować klucz". Mnie się to chyba udaje, czasami za pomocą wytrychu hihihi.

A ja naiwnie myslalam, że dziś juz się nic nie przydarzy. Wywołałam wilka z lasu.

niedziela, 13 listopada 2016

gołąbki

Teraz mam więcej czasu. Jestem sama w domku, oni w robocie, młoda na geburstagu do godz. 18.00
Wczoraj wieczorkiem spotkałam się ze znajomym, ktory przywiozl mi medykamenty, kabel do telefonu i zamówionego, specjalnie z mysla o Tobie, Promyczku, rogalika marcinskiego. Nie wiem, czy znasz te poznańskie wypieki ? Rogalik w stanie hibernacji czeka na Ciebie :).
Do domku wróciłam dobrze po północy, ale też późno wystartowalam, bo popołudnie zabrały mi kuchenne rewolucje. Ojeje, nie pomyślałam, że to złowrogo zabrzmi. A z drugiej strony, przecież nie będę się zamartwiać, bo co jest mi pisane to nieuniknione. A rewolucje polegały na wykonaniu, ręcznym zaznaczam, wykonaniu gołąbków. To takie международные gołąbki. Patronka mnie zapewniła, że jakiekolwiek będą to ona zje. Zjadła, nie krytykowała, chyba dobre, piszę chyba, bo sama nie zdążyłam przed wyjściem zjeść. Dziś zjem na kolację i ocenię.
A jeszcze wczoraj, przed moim wyjściem, młoda, znów zaryczana, zasmarkana, przebiegła do mnie, do łazienki bo właśnie kończyłam czyścić kabinę prysznic.- i wysmarkwaszy się w mój rękaw, poskarżyła  na swój los. Nie rozumiałam tej trzyjęzycznej mowy, ale domyśliłam się, także po wcześniejszej akcji, czytaj wrzasków na młodą i straszenie,  że jak nie zrobi czegoś tam z matmy, to pójdzie do drugiej klasy, że jakiś dramat przeżywa. O losie! Przytuliłam ową kupkę nieszczęścia, pocieszyłam w jedynym znanym sobie języku i coś tam opuściło. Uciszyła się i ucieszyła. A rano o 8.30 zawładnęła moją prywatną przestrzenią i wlazła pod moją kołdrę. Chyba muszę sprawić sobie ..... hm hm jakowyś stosowny przyodziewek nocny. Tak jak Ty wspomniałeś, że spanie sauté obfituje w doznania przycieżkiej koldry, to dla mnie spać w czymś,  to jak owinąć się wstęgami płótna niczym mumień. Chyba na dłuższą metę, mam na myśli parogodzinny wypoczynek nocny, efekt byłby totalnego zejścia bez możliwości skorzystania z klawisza Esc i można by mnie w tym przenieść do sali dydaktycznej GUMedu. Takie mna targają odczucia w temacie pyjamy.
A wracając do młodej i jej pojawienia się w mojej samotni, gdzie od jakiegoś czasu kawałeczek materaca i pościelki dzielę z ministworkiem, jej wizyta nie ucieszyła mnie, bo znów zostałam brutalnie wyrwana z czułych, delikatnych,  mmmmmhhhhh pożądanych objęć strażnika snu.
Ale do kogo ma to młode się udać? U Effki drzwi stoja otworem,  górne kończyny gotowe do wzięcia w objęcia (wolałabym brać w objecia przedstawiciela płci przeciwnej,  a już ponad wszystko być brana w objęcia  tegoż), oraz umysł do przyjecia potoku bla bla bla.
Potem stały punkt dnia,, czyli promenade avec chiens. Ładnie, dziś słonecznie i promiennie. Potem kawka, potem filmiki na moim tableciku, potem start z mloda i psami w kierunku domu jubilatki.
Śpiąca jestem, bo nocka była intensywna i krótka,  ale nie marudzę. Nie nie i nie myśl, że nie będę na Skypiku, będę czekać na Ciebie, Słodziaku.

sobota, 5 listopada 2016

listopad

Poniedziałek wieńczący miesiąc  ma sie ku końcowi. Dzionek przeleciał, jak każdy. Rewelacji nie oczekiwałam i mnie nie zawiódł:).
Jak się spało? A otóż i spało mi sie całkiem źle.  Nie wiem,  czy to wina ciśnienia atmosf. czy wysilku basenowego (choć tu akurat zmian zmęczeniowych mięśni nie odczuwam), czy jakiegoś podświadomego stresu? Nie wiem, choć wstałam wciąż wg starego czasu, nawet wyspana, to ze świadomością trudniejszej nocki. Od kilku dni troszkę też boli mnie lewa skron, lewy oczodół, oraz (jak dobrze pamiętam z anatomii ) przedsionek serducha. Kupiłam dziś kwas acetylosalicylowy :), czyli pisząc po ludzku aspiryne, dogadałam się z panią w aptece,  co mi dolega, dobrała chyba stosowną. Zażyłam i ....... czekam. Troszkę minęło. A może to już te lata? Babo co piszesz? Nie może, tylko z całą pewnością, och, och, kobieto ogarnij się.  Dość. Basta per oggi.
Myślę, że trochę  kłopotów, spraw sie skumulowalo, jakies stresogenne sytuacje. Chyba so bene che cosa devo fare. Muszę  przestać wszystko dosłownie brać i na klatę, nabrać dystansu do spraw, których nie przeskoczę, nie kopać się z koniem i nie usilować, a nawet nie próbować wkładać dwóch kapeluszy na jedną głowę (tak mi kiedyś powiedział na uczelni jeden z profesorow, nota bene bardzo w porządku gość, bardzo mi pomógł, ale też rozszyfrowal mnie od razu. Usłyszałam: Ewka nie włożysz dwóch kapeluszy na głowę, musisz wybrać. ).
So bene che cosa devo fare, ma non so da quale parte per cominciare. Tak bo mam już taki charakter.
A wracając do dziś, to wykonałam paszteciki stuffed sauerkraut mit champignon i z reszty ciasta dwie chałki. Ale zabrzmiało,  że niby zrobiłam chałę tylko małą, taką chałkęe. Nie, nie, nie, zrobiłam taki wyrób cukierniczy o nazwie chałka. Skosztowałam, dobre. Ciekawe, czy range rover-owej, eeee.... landlordowej zasmakuje?
Ok. 17 .15 wystroiłam Szelkę w ubranko czarownicy, rajstopki w czarne kocurki, face wymalowalam na pajęczo, chapeau czarowne-czarownicowe na głowę i w drogę.  Podwiozłam ją pod dom koleżanki, a sama, sama i samotna, porzuconaaaaa, buuuuu, nie licząc towarzyszących mi chien-ców, pojechałam nad rzekę, wybiegać czworonogi. Wieczór ładny, rześki, jakieś kląskanie, jakieś pogwizdywanie, nieraz ptaszęcia, nieraz na psy hihihi, coś jakby cykada albo jej podobny cheval, szum i pluskanie plytkiej wody w rzece, opadające z szelestem listki, nadgryziony księżyc, delikatna i niezbyt głośna muzyka w klubie żeglarskim. Szkoda, naprawdę szkoda, że nie mogę takich wieczorów dzielić z innym osobnikiem, takim wrażliwym na przyrodę, wrażliwym na kolory, dźwięki i zapachy. Tutaj jesień "smakuje"zupelnie inaczej, przyjaźniej, przyjemniej. Ale jak się nie ma co się lubi, to.... trzeba otrzeć łzy, pomyśleć pozytywnie i dreptać dalej przez te chemin życia.
Po powrocie z relaksującego spaceru, przez dwie godziny siedziałam w kuchni i czekałam, z michą pełną łakoci, na dzieci, które tego wieczoru miały na progu wykrzyczeć: treat or trick, lub süße oder sauer, lub dolcetto o scherzetto, lub behandle eller knep. Niestety, żadne z dzieci nie zawędrowało pod dom, w którym czekałam.
Po ósmej przytupała Szelka i zażyczyla sobie, żeby jeszcze z nią "na żebry" iść. Dobra, poszłam, ubrałam chiens w kolie hihihi, fajnie mają, w koliach chodzą, i poszłyśmy po kolejny domach, po kolejne cukierki. Przytargała całą torbę wszelakich łakoci. Tak sobie naiwnie (jestem naiwna, niektórzy moi serdeczni znajomi mówią, że to dobroduszność, a ja wiem, że naiwność), że może zostanę poczęstowana. Nic bardziej mylnego. Dziewczę dorasta w pełnym egoizmie, utrwalanym przez brak reakcji na jej zachowanie, egoistyczne zachowanie, jej protoplastów.
Oddała mi jednego, słownie jednego, cukierka, takiego czarnego ciagutka, z lukrecji. Rozpakowany "delikates" trafił do mojej dłoni z komentarzem, że ona takich nie lubi. Noooo słodkie dziewczę i jakie szczere. Oddała nadgryzionego ciągutka. Ja też takich wyjatkowo nie lubię. Wiec dar Szelki wylądował w kibelku.
A ja w końcu, po całym kolejnym dniu spędzonym z energiczną młodą mademoiselle wylądowałam w łóżeczku.  Nie boj się, nawet kolderki nie strzepalam, żeby tego mikro-stworka nie pozbawić przyjemności obcowania z kołdrzanymi tatrami. Aaa teraz już wiem, czemu tak źle spalam. Odzwyczaiłam się od dzielenia przestrzeni nocnej z osobnikiem płci przeciwnej, nie, żebym dzieliła z osobnikiem tej samej płci, nie, nie. Tak tego nie odczytaj. Ale nie bój nic, tego sie nie zapomina, jak jazdy na rowerze :).

Promyczku, dolce raggio spokojnej,  relaksujacej nocki, pogodnego poranka, milej niedzieli.
Ja jutro z nimi do ..... Basel. Ironia losu, serendypiti.

niedziela, 30 października 2016

Poniedziałek

Tu oki, na tyle, na ile oki można nazwać panującą tu atmosferę - patroni wczorajszej nocy znów dość głośno perorowali między soba, a właściwie były to dwa równoległe,  jednoczesne monologi. Temat dyskusji chyba jeden, ale mocno skrajne zdania, powodujące wybuchy emocji, podniesiony ton. Akcja rozwijała sie błyskawicznie, i choć nie rozumiałam ani jednego slowa (owszem, były "czytelnie" wypowiadane, ale w obcy dla mnie języku hihi) po tonie i następujących po sobie reakcjach mogłam się domyślać, że każdy z nich broni swojego zdania jak niepodległości. Bałam się, że obudzą młodą, bo jej pokój graniczy bezpośrednio z przestrzenią owego nocnego spektaklu.
Nocka przeleciała, przyleciała kolejna wtorkowo-srodkowa. A od rana: rytualny poranny obchód chiens/Effi/las, jakieś prace porządkowe, lunch Szelki, znów prace polegające na myciu, czyszczeniu, odkurzaniu.
Powrót młodej, wyszykowanie jej na  Klavierunterricht, bo dziś miała zgodę od rodzicielki, że może sama się udać do madame od klawikordu :), potem z chjensami i młodą nad rzekę. Szybko zapadający zmrok, oraz uchodząca para z ust nie pozwalała delektować się spacerem.
Do przedwczoraj myślałam, że uda mi się "przezimować" bez stosownego, ciepłego odzienia w postaci kurteczki czy paltocika, nie wspominajac o Handschuhe, Kopfschuhe, Schuheschuhe hihihi. Bo czemu buty są na dłonie i stopy, a na głowę to już nie?
Jednak po dzisiejszym poranku zmieniłam zdanie, noooo chyba, że w tzw miedzyczasie aura zmieni zdanie, na co skrycie liczę.
Wszystkie moje ciepłe ubranka, czapeczki, szaliczki, rekawiczki i buciki zostały w domku. Pakowałam sie do H...i przed 7 lipca, w okresie gdy u nas i tu panowały upały, chwilami nieznośne rozkoszne upały.  Weź tu człowieku w takiej chwili myśl o kurtce puchowej i ciepłych glovsach, nie da się. Od samego myślenie o tego typu odzieży robiło się jeszcze gorecej. I tym sposobem wylądowałam w alpejskim kraju bez alpejskiej ochrony. Ale spoko, coś się wymyśli.  A na niedziele prognozują ciepełko, sonne, petit nuages. W B...l tak ma być. Nie wiem, jak w Strassgrodzie, ale...... ale sie dowiem i Tobie powiem.

Właśnie moi powrocili z roboty,  obiadek dla nich przygotowałam, stoi gotowy do ogrzania. Dla Goliata pierś kurzęca (on nie jada warzyw, pod żadna postacią, wyjątek stanowią ziemniaki, pod każdą postacią) i ugotowane, przygotowane do odsmażenia nomen omen kartofelki :), dla niej jarską zupkę z czarnej soczewicy z dużą iloscia warzyw, bez kartofelków (ona nie jada mięsa, wyjątek robi dla ryby). Tłuką się obecnie po kuchni. Matulu, czy oni nie potrafią cicho rozmawiać?  Chyba nie.
Strasznie akustyczny jest ten przybytek, otwarte przestrzenie robią swoje.

Dzis młoda dopytywała się o Paryż.  Zobacz, doppelte kiełbasi z halbieren, a pamięta rozmowę sprzed tygodni. Musiałam jej powiedzieć, że nic z tego. Oni nawet z nią nie rozmawiali, że jedno z nich się nie zgodziło. Smutno to przyjęła, ale, że zyje mocno egocentrycznie i jest w tym utwierdzana, to jej sie wydaje, ze jak poprosi papę to on, jak zwykle, ulegnie jej urokowi i da promesse na wyjazd. Ja wolalabym o tym, jakie ruchy zostana ostatecznie ustalone, wiedzieć szybciej. Ale, tak jak w każdym innym temacie, to w tym nie spodziewam się zmiany zdania przez papu asa :).

Szkoda. Wywołując ten temat młoda poruszyła delikatna, osobistą strunę w moim  fiz-psych body.

Promyku dający ciepło, opromieniający te jesienne szarugi i mgły, a teraz życzę Tobie sweet dream, śpij spokojnie, jutro koniecznie napisz o pleckach, Twoich pleckach, nooooo ....chyba, że spotkałeś inne fajne plecki warte, aby o nich napisać, to też poproszę :), śnij o pięknych chwilach (pleckach? ) do jutra. Źle zabrzmialo i niezgodnie z intencjami. Chcę, żebyś się jeszcze dziś odezwał, ale z uwagi na występujące u Ciebie trudności z netem jestem wyrozumiała,  grzecznie czekam w kolejce.

wtorek, 25 października 2016

Włoski obiad

Niedziel zleciał, trochę wg innego scenariusza, niż zwykle.
Pobudka przed 9.00, kawka, już w towarzystwie Szelki, niestety :(.
Wybieg do lasu z chiencami, szybki powrót,  bo dzis jechaliśmy do Bale na jakis włoski obiad, ooooczywiscie przed godz 13 wyserwowany, a jak! Moj żołądek cierpi, nie umiem trawić ciężkich, obiadowych dań, przed wieczorem. Noooo, tak już mam. Rano kawka/kawki, ok czternastej jogurt z muesli, lub nic, zależy od nastroju, pod wieczór ciepły posiłek,  najczesciej warzywa i biała  rybka. Ale wracając do dziś. Poczęstunek był zorganizowany w jakiejś przykoscielnej salce (na ścianie wisiał krucyfiks, a pod sufitem kula dyskotekowa. Tworzyło to lekki dysonans). Stoły ustawione w długie rzedy, kupa luda gadająca po włosku i niemiecku. Ja mialam zaszczyt znaleźć się obok przemiłego, wesołego, starszego Włocha. Po 3 kieliszku wina nawet coś zaczęłam rozumieć hihihi. A sam obiad to : na przystawkę parmeńska ( albo prosciutto crudo) z płatkami parmezanu i odrobiną pikli, a na główne (Ona rano szczególnie zachwalała tę potrawę, bo to północno-włoski specjał) i teraz uważaj, ponieważ rzadko ma się okazję jeść oba te produkty łącznie, na jednym talerzu, dodam, że głębokim talerzu, oraz posługując się nożem i widelcem. A więc makaron w kolorze .... eeeee..... błota :), taki szarszy niż szary, chyba razowy lub gryczany, hand made, dziwnie cięty, nierówno. I to jeszcze nie sprawiało zawirowania w żołądku.  Do makaronu szef kuchni i znawca sztuki kulinarnej (choć tu mam więcej niż spore wątpliwości ) ugotowane ...... ziemniaki. Wszystko to spojone sosem jakby serowym i rozpaćkanym warzywem, co się tu nazywa mangold. Mój, na prywatny użytek, zmysł wzroku i smaku zdębiał i prosił nogi o wstawiennictwo, żeby udać się szybko ku drzwiom. Ale z kolei ciekawość oraz skrzywienie zawodowe postanowiło bliżej zapoznać się ze smakiej owej strawy. Zanim widelcem skrupulatnie rozsunęłam tagliatelle i wygrzebalam na bok kartofelki, to młoda wyjadła je wszystkie z mojego talerza, tym samym pozbawiając mnie doznań, ale też ratując z opresji, gdyby owe doznania okazały się zbyt ..... silne.
Makaron z reszta mazidła byl na 3+. Ci moi byli bardzo krytyczni, ten Włoch obok także. Mówili, że w tym roku potrawa była skopana.
Ja się nie wypowiadałam, bo nie miałam do czego się odnieść, pierwszy raz jadłam to coś, co nawet posiada nazwę, która zaczyna się na pizzoćostam. Potem przyszło kolejne rozczarowanie. Ona jeszcze w aucie opowiadała, że na deser przygotowują coś, co ja znam z podróży po Malcie i tam nazywa sie to kannoli lub cannoli ( takie ciastka w kształcie trochę jak cygaro wypelnione kremem z mascarpone i fig -pyszota). Nie ukrywam, że na ten deser nastawiłam się wyjątkowo. Hmmmm, hmmm. Podano stollen. No i weź tu człowieku i szczerze raduj się z uczty rodem z Italii. Nie da się, noo z całych sił nie da :).
Wino starało się podciągnąć notę. Na kawę w papierowych filizaneczkach, jak do esspresso, nie załapałam się.  Może i dobrze.
Po kontrowersyjnym posiłku grzecznie podziekowalam nonnie Rajmundzie, bo to ona mnie zaprosiła. Nawet mnie wycałowala, chyba mnie lubi.
Potem był spacer wśród karuzeli i innych atrakcji. Do każdej wielka kolejka. Nie chciało się nikomu stać, więc wróciliśmy nad rzekę i promem przedostaliśmy na drugi brzeg.  Aaaa, bo zapomnialam napisać, że to włoskie "wielkie żarcie" odbyło się w małym Bale i po tej stronie zostało auto, do którego promem wróciliśmy. Powrót do domu, powtórka z młodą doppelt und halbieren-jutro test, powtórka ubrań po angielsku, kąpiel i młoda lulu, a ja kończę list do Cię.
Jeszcze usłyszałam, że muzea w Basel nie oferują niczego specjalnego. Ale już nie dociekałam, co konkretnie wypowiadajaca się miała na myśli.  Mogłabym jeszcze rozsierdzić owego samozwańczego kustosza, który  ma jedynie rację, a to groziło kalectwem, psychicznym kalectwem?

wtorek, 18 października 2016

Dolce

Niedziela zastała mnie z informacja, że mam pod opieką młodą. Cóż robić?. A no, upiec kasztany i wyruszyć w górki i góreczki.
Piękny, słoneczny, ciepły dzień, przyjemnie pokonywało się kolejne schody, kolejne wzniesienia. Odkryłam bajkową wręcz łączke, cisza, spokój, takie miejsce dziewicze, choć nie do końca, bo trawka była koszona :), nieskalane buciorami ludzi, dla których przyroda jest tylko po to, żeby słuchać rąbanki dyskotekowej i śmierdzieć grillem. Śmierdzieć w pojęciu: wykonywać owo śmierdzenie, a nie nim pachnieć.
Cudnie, relax na maxa, chłonęłam tę atmosferę,  buzię wystawiłam do słoneczka, młoda robiła fikołki, bo przewrotami w przód tego nie nazwałabym, hihihi. Ładowałam akumulatorki.

Powrót. Wymyśliłam inna trasę.  Tak sobie pomyślałam, że skoro jest dopiero 14.30, to mamy jeszcze sporo czasu, żeby ew. wrócić na znany szlak. Aaaaa, bym zapomniała.  Jak już podałam hasło do odwrotu, Dolce, to ta większa chienne, która cały czas leżała i opalała futro, gdzieś nam znikła. O matko, znów jakiś manewr ze strony chien, żeby podnieść cisnienie, moje prywatne, niskie, ale w granicach prawidłowych, ciśnienie?  Wrzaski i ryki oraz zachęcające nawoływania spowodowały, że Dolce pojawiła się niczym pies-zombi, cała w jakimś szlamie, błocie oraz udekorowana tu i ówdzie rzęsą wodną. O matko i córko! Swoim działaniem naruszyła powierzchnię wody w jakimś zastałym zbiorniku wodnym. Z nagla poruszona ton zaczęła wydalać spod gestej czupryny rzęsy zapachy przyprawiające o mdłości.  Fuuuuujjjj. Pies czuł to zgoła inaczej. Jak dotąd brazowe plamy na jej sierści stały się czarne, ociekające i okrutnie śmierdzące, spod brzucha skapywały brudne krople i kawałki błota, utytłana była do połowy swojej wysokości. Intensywna woń wlokąca się za psem mogłaby zaspokoić stado bydła.  Dla mnie spore przeżycie.  Uuufff, idź teraz z takim śmierdzielem, ale weź i zapakuj to coś do auta i przewieź do domu. Auto małe, zanim dojedziemy, to padniemy z nadmiaru niepożądanego aromatu.
Nowa trasa okazała się na tyle długa,  że chienne zdążyła wyśmierdzieć się, przeschnąć i wykruszyć z siebie część błocka. A sama trasa to skalne wyłomy, jakby jaskinie, bloki, porosłe mchem rozpadliny, urokliwie, szpic z napisem kleine Matterhorn, ściana skalana z napisem Waldhexe, mosteczki, przepusty. Fantastycznie, bajkowo, bajecznie.
W domku pieska szybko wstawiłam do brodzika, umyłam podwozie, a nie, najpierw sama sie wyduszowałam, potem Dolce. Samotna kolacja i spanko. Także samotne, ale tak, jak w przypadku kolacji samotność jest rzadkością, to w przypadku spanka samotność jest normą. Nie, inaczej, stała się normą,  hmmm, hhhmmm.

W poniedzialek postanowiłam, tak na pełnym spontanie, wyruszyć w górki i gipfele, w odwrotną do wczorajszej trasy. Bez maroni i bez chienasow. Tylko boire, młoda i ja. Miała to byc szybka, męcząca trasa. I była, była, a jakże, do momentu, gdy odebrałam telefon odpatronki i usłyszałam, że młoda ma być jak najszybciej w szkole, że te poranne zajęcia nie zwalnialy w żaden sposób z udziału w drugiej części, tej po tradycyjnej pauzie na lunch. Nooooo, powiem/napiszę uczciwie,  że zrobiło mi się ...... conajmniej dziwnie. Różne wyrazy pod adresem różnych ludzi cisneły mi się na usta. Szybko zwróciliśmy z trasy, a brakowało nam do tego, aby stanąć na plaskim :) z 10 do 15 metrow "wspinaczki". Szczęście w tym wszystkim,  że wybrałam tę trasę, ktora okazała się łatwą w zbieganiu. Przy samochodzie pojawilam się w 15 minut( za sobą miałyśmy wspinaczkę trwającą godzine i kwadrans), młoda 3 minuty później zaryczana, zasmarkana. Jeszcze po drodze podczas truchtu musiałam co rusz odpowiadać na pytania, dlaczego szkoła?, warum?, warum tak? W kółko i dookoła. Uuuhhhh.
W szkole zameldowalysmy się chwilę przed trzecią,  a zajęcia do 16.05.
A potem to juz wypracowanym rytmem, czyli powrót do domu, szybka kawa, spacer z psami.

wtorek, 11 października 2016

Misiek w "dżudodze"

Środa zleciała, jak każdy dzień. Pobudka, dziś niespodziewanie pół, całe niedospane pół godziny wcześniej, bo młoda wtargnęla do mojej samotni domagając się manger et boire; śniadanie, wyprawienie do ecole, spacer z chienas, w tym czasie patrony nadzorowały zapakunek całego, gromadzonego dwa miesiące, dobytku przeznaczonego do umeblowania biura. Była tego okazała ciężarówka. Jak wróciłam - z trofeum w postaci 3 dorodnych, nadjedzonych przez ślimory, a więc smacznych ;) grzybów- ze spaceru to jeszcze walczyli z załadunkiem. Nooooo, nie landlordy tylko najemni pracownicy, oni zaś w pozycji horyzontalnej na sofie gapili się w tv lub snuli  po chałupie dezorganizując mi pracę i wprowadzając pierwastek niepokoju. W końcu wszystko upchnięto i karawana wyruszyła nach Z...h, a ja moglam oddać się pracy...... hihihi zawodowej, czyli konserwacji powierzchni płaskich. Potem lekcje z młodą: angielski, test uhrzeit, multiplication et division z matmy i basen, taki mały, wioskowy, przytulny, ale dobrze wyposażony. Mały mam na myśli 25metrowy z 3 torami, reszta niecki przeznaczona dla enfantów, dające relaks jacuzzi, jedną zjeżdżalnią i finito. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym znów nie chciała sobie udowodnić, ile potrafię "zrobić" basenów. Hmmm,  mniej, niż oczekiwałam, ale też czas naglił, spacer z fauna, bo teraz zmrok zapada znienacka, że po 18tej musiałyśmy szybko wracać do domku. Ale wypływana, wyjakucjowana, przyjemnie wymęczona, zrelaksowana wróciłam do domku. Szybki spacer z hienami. Kolacja dla młodzieży i dla mnie, bo patrony mieli nadjechać późną porą. A że dziecko zażyło już kapieli w nadmiarze, to dziś tylko mycie kłow i lulu. I tym sposobem ja też szybciej w łóżeczku.
Jutro pobudka o 6.50, głupia szkoła, kto to wymyślił takie ranne, a właściwie późnonocne wstawanie, nie wiesz? Ale pocieszajace jest to, ze jeszcze dwa dni i znow weekend oraz zmiana czasu na zimowy, hurrraaa, cała jedna godzina dłużej do spania, oooo i tak to lubię.

A w poprzednie dni oddawałam się pracom ogrodniczym. Woreczek z pachnąca lawenda, ktory mi podarowałeś, przypomniał  o zaniedbanej lawendzie w "naszym" ogródku. Jak zaczęłam ją ciachać, to się z jednej wiecheci objawiły 3 krzaczki oraz dwa jakieś odnóża. Odnóża wykarczowałam, krzaczki przycięłam i teraz powinna ładnie zakwitnąć. Te krzewy nie były prowadzone od kilku lat, prawie zdziczała ta lawenda, bo nikt jej nie obrywał.
Potem wzięłam się z róże, a one dosłownie za mnie. Łapska mam podrapane, przedramiona poranione mimo solidnej bluzy z reliefem :) i rekawic ochronnych wygladam, jakbym miała niezbyt udane spotkanie z dzikim kotem, ranki po zadrapaniach i ukluciach opuchnięte, nieprzyjemnie swędza. Poprzycinałam, wiele lat nieprzycinane, krzaczki róż, znów udało mi się wyodrębnić poszczególne nasadzenia, bo przed tą orką to wyglądało jak jeden wielki chaszcz. Jak można tak ogród zapuścić, tego nie ma hektarów,  zaledwie kilka różyczek, żywopłot z bukszpanu i takiej ładnej liściastej rośliny,  chyba zimozielonej, ale tego nie wiem, i trawnik. Dwie godziny prac działkowiczki w ogródku w Montag i następnego dnia 3 godziny. Ogarnęłam ogród i teren od chodnika, czyli za płotem.  Przycinanie, wyrywanie chwastow i zamiecenie liści, ktore w niezliczonej liczbie leca gdzie popadnie., Tak bez pytania. Wystarczy np otworzyć potężne,  podwojne  wrota garażu,  robi  się jakaś proznia, czy co? I wszystkie male listeczki z okolicznych akacji lub akacjopodobnych wlatuja do środka.

Nuda, nuda, sam widzisz, ze u mnie nic ciekawego.

Wracając do niedzieli. Naprawdę myślałeś o tym, żeby stanąć na głowie? Napiszę szczerze: według mnie "stanąłeś na głowie" znajdując w napiętym Twoim grafiku czas dla mnie. Schlebiam sobie myślą o tym, że wykroiłeśs dla mnie tych parę naprawdę miłych, sympatycznych godzin i mogliśmy się spotkać. Ale gdybyś kiedyś jeszcze raz chciał, powtarzam : chciał :) stanąć na głowie w mojej obecności, nie będę się sprzeciwiać, a i stosowny moment z pewnością nadejdzie. Jestem ciekawa zwłaszcza tych wypowiadanych grusz, podczas gdy ciało pozostaje w pozycji odwróconej.
Żałuję,  ale w czasie gdy ja studiowałam nie było zajec z yogi ( katowali nas nordic walkingiem), misie Yogi tak i to w wydaniu przeróżnym, od misiów z lekka nadwagą do jednego misia z nadwagą olbrzymią (przypomniał mi się fragment z dyplomatorium. Otóż ów wspomniany miś, a właściwie obleśny michu z potężną nadwagą i brakiem higieny, niestety!, został wyczytany do odebrania nagrody rektora. Wspomnę jeszcze, że wszyscy tego dnia ubrani byli w togi. Władze w stosowne purpury i sobole ;) dyplomanci w skromne, niebieskie "fartuchy- szelesty", zapinane pod szyją, na jeden guziczek i pętelkę, ważne! guziczek i pętelka znajdowała się po wewnętrznej stronie togi, tak, że po prawidłowym ubraniu togi i zapięciu nie było go widać. Wracamy do wyczytanego kolegi. Teraz wyobraź sobie powagę sytuacji,  stosowna cisza, audytorium zamiera, wyczytywany wstaje ......gdy wstał w celu udania się na scenę, usłyszałam konfidencjonalny szept innego kolegi z roku: teeee, on ma dżudogę na lewą stronę ubraną.  Ogólny rechot na Auli, nawet kadra rechotała. Jeszcze teraz, jak to sobie przypominam to jest mi wesolo.
Faktycznie ten młot ubrał fartuch na lewa stronę,  sugerując się guzikiem, ale już calym wykończeniem, wszystkimi szwami, nie. To było dobre :)

poniedziałek, 3 października 2016

czarny poniedziałek

hejjj hoooo!
Tak sobie skrobię, oj nie, tylko nie to,uuu, to takie niepoprawne ideowo i politycznie, nie, nie, nie skrobię, tylko piszę, a wręcz stukam...... noooo co to? znów skrecam w kierunku jakże, a jakże! (nie)pożądanym,  oj oj, to co ja w końcu robię? stukam się po głowie i zachodzę, ooooo nnniieee, ratunku! zachodzę w głowę. A chciałam tylko napisać, że po/piszę się/sobie i Tobie troszkę, wystukując kolejne literki na tablecie.
Ostatni czwartek września przebył niczym w Bogurodzicy, po żywocie rajski przebyt, kirielejson. No więc czwartek przeleciał odhaczon, lub odhaczył przelecon (znów nutka sexistowska! co jest?!)
Dzionek pracowity, a ja w nim, pracowita. Od rana, bo choć nocka rwana i szarpana, to na pierwsze dryń budzika, choć nie skora do żartów na temat wstawania, a tylko w kategorii żart(u)ów należałoby brać dźwięk dzwonka o godzinie 7.00, wstaję bez marudzenia, z tej to prostej przyczyny, że zawsze tak zdziwiona, tak zdumiona, ze nie wręcz zszokowana, jestem nadspodziewanie szybkim przebiegnięciem nocy, że dziób nieczynny, z wrażenia rozwarty, tchu brakuje i nie ma warunków na marudzenie, a potem to już tylko lepiej, bo przecież gadzina za gadzina, upływ czasu, panta rhei.
I znow spacerek w kierunku площади, аэропорта из аэропланами, крутыми тропинками в горы, вдоль быстрых и медленных рек, минуя большие озёра, весёлый шагал человек (to o mnie). Четырнадцать лет ему было (оооо!jednak nie o mnie), и нёс он дорожный мешок, а в нём полотенце и мыло. дальше я забыла.

A wracając, ech, aż nie chce się wracać do opisu tych szarych, monotonnych czwartków, piątków, poniedziałków, egal.
No więc: spacery, obiadki, kaprysy i muchy w nosie u młodej, młody poprawny, ładnie je, ładnie śpi, siusiu na nocniczek, drugi spacer, znów tylko z młodym, bo młoda do fryzjera udała się, z patronką.
Po powrocie odkurzanie, drobne prace porządkowe i gwóźdź programu, czyli wykonanie hand made ciasta - biszkoptu pod tort Sachera, zgodnie z recepturą, jedną z licznych nieautoryzowanych, nielicencjonowanych, bo ta prawdziwa recepta pilnie strzeżona przez kolejne pokolenia cukierników Hotelu Sacher w Wiedniu, jedynie słusznych i prawowitych spadkobierców przepisu. Wyszło chyba  oki, pachnie ładnie, nęci barwą czekoladową, przepis nie był latwy (a tu także brakuje podstwowych sprzętów kuchennych i foremek ciastowych) do wykonania, sama jestem ciekawa smaku, jutro wykonam dalsze czynności, czyli przerżnę ( a jak! klimat listu podtrzymany hihi) na pół, ale nie w poprzek czy też po skosie, nie, nie, to byłoby za proste, przelecę  go :) wzdłuż, a jak, jak szaleć to szaleć, pójdę po bandzie, i wysmaruję konfiturą morelową, tak jak stanowi przepis, a całość obleje polewą z mlecznej czekolady. Chyba godny torcik na uczczenie jubileuszu.

Na spacerku uchwyciłam parę ładnych momentow sic! (chmurki, górki) i po raz pierwszy pożałowałam, że nie wzięłam aparatu fotograficznego,  bo ten fołn nie robi dobrych zbliżeń ( oooo, znow sexik, he he), w ogóle nic dobrego nie robi, same niedobre.

KochaneczkuM caustki dawam i bardzo teskno przytulam
Myślę o TobiE

niedziela, 2 października 2016

Wtorek

Wtorek przeleciał,  nie bez wrażeń.

Rano rutyna, żeby nie napisać rutynka : śniadanie na już i na wynos, ogarnięcie młodej i przybytku, piesy i stokrotki na ponad godzinnym spacerku we mgle i opadach, drobnych i prawie nieodczuwalnych. Potem lunch, druga tura szkoły,  ja w tym czasie zagniotłam ciasto na pierogi (poproszono mnie, żebym zrobiła na zapas, gdy ja będę bawic w 3city landlordy będą, hihihi, ciepło mnie wspominać, spożywając dzieło rąk moich, że o nogach nie wspomnę, nie, żebym te pierogisy własnymi kopytami ugniatała i kształtowała,  nie, nie, bardziej mi kończyny dolne były potrzebne do utrzymania prawidłowej sylwetki w pionie, oraz do utrzymania body podczas wszelkiego rodzaju przemieszczania i rotacji, wznosów, opadów we wszelkich płaszczyznach i osiach ciała. Amen). Oczywiście, co się nierozerwalnie wiąże z ciastem na pierogi, także stałam się autorką farszu, w tym przypadku mięsnego z niewielkim dodatkiem czosnku i cebuli. Ciasta zagniotłam dla zastępu głodomorów, jutro dalsza część produkcji, tylko muszę obmysleć stuffing, chyba w kierunku jarskiego podążę.

Ale, żeby nie było, że wszystko zgodnie z planami. Nie wiem, czy to wpływ fazy, aktualnej fazy la lune, czy może zgoła innej, bardziej osobistej, intymnej fazy, mojej prywatnej, wszystko leciało mi z rąk, pozostawałam pod wpływem dziwnych drgań, drżeń, wibracji, wstrząsków, tąpnięć. Udało mi się, choć się wcale nie starałam, wylać zawartość szklanki z sokiem na tableta i telefony,  nie szczędząc powierzchni nocnej szafeczki i pierwszej szuflady z zawartością, oraz podłogi. Zbieranie słodkiego płynu przysparzało, w moim stanie rozdygotania, dodatkowych atrakcji, ściereczka dziwnym trafem nie przygotowała się do wchłonięcia płynu, gdy przebłagałam szmatkę i starłam z jednej części, ów płyn pojawiał się obok, skąd? nie wiem. Nierówna, z góry skazana na przegraną, walka nie miała końca. Swoim wyczynem otworzyłam jakieś tajemne drzwi do niezliczonej ilości soku. Gdyby chociaż to była woda. Tablet wytarłam najszybciej, obdzierając go z okładki, którą w ostatniej kolejności wypłukałam na zlewem, telefony były drugie w kolejce, potem garść długopisów,  które, niestety, źle zniosły higieniczne zabiegi, bo nie chcą pisać, i kolejne drobiazgi, które stanowią zawartość każdej, powtarzam, każdej, kobiecej szuflady w szafce nocnej. Mając na uwadze, że owa szafka została mi przekazana do użytku na czas określony, choć bliżej nieokreślony, to i tak tych imponterabiliów jest mało.

Sok i jego wymuszona nieobecność w szklance to był jeno antrakt. W produkcji pierogów, do wycinania regularnych krążków użyłam, nomen omen, szklanki, którą już w pierwszej minucie udało mi się wypuścić z ręki i obtłuc tak nieszczęśliwie, że drobinki szkła, dosłownie drobineczki, wbiły się w wyciśnięte krążki, gotowe do nadziania. Żeby być precyzyjną w opisie, szklany przedmiot wyślizgnął mi się z ręki, choć w ostatniej chwili starałam się zapobiec kataklizmowy, wyobraźnia wystrzeliła z bloków startowych, a moje niezdarne paluchy wykonywały chwyty i podrzuty, w celu zminimalizowania skutków, czy zamierzone czynności skutecznie zniwelowały rozmiar katastrofy? Hhmm, zapiszę fonetycznie : jajn.

Zatrzęsłam się w swojej nieporadności i bezsilności i z precyzją godną jubilera, choć bez stosownego szkła powiększającego, wydłubałam niepożądane składniki z ciasta, wydziubałam ze stolnicy, wbijajac sobie skutecznie i boleśnie w opuszki palców. Niech to trafi. ……coś trafi, zaopatrzyłam łapki oraz zaopatrzyłam się w szklankę o grubszym szkle, a sobie dodatkowo obiecałam pełną koncentrację.  Jakoś dalej już nic się nie wydarzyło, nie poparzyłam się wrzątkiem podczas operacji wrzucania, a potem wydobywania pierogów.

Ale, że wtorek z silnym oddziaływaniem dziwnych wibracji i energii jeszcze się nie skończył, liczę jeszcze na jakieś atrakcje hi hi hi.

 

Noooo, żeby nie było, że jednak jestem witch. Przed chwilą napisała do mnie Przyjaciółka (florecistka, nie mylić z florystką hihi, światowego rankingu), że zorganizowała spotkanie  z udziałem mojej siostry, która to wyraziła szczególną ochotę, tylko teraz na co? Na  to spotkanie? Na pojednanie? Na przelamanie oporu wgzlędem mnie? I zaproponowała, moja siostra zaproponowała, że odbędzie się to w jej mieszkaniu, którego osobiście nie widziałam,  ale zapoznałam się z wnętrzem dwukrotnie:  raz przeglądając internetowe wydanie periodyku traktującego o wnętrzach i architekturze, drugi raz, czytając wywiad z moją siostrą na portalu xxx.pl, wywiad, który w głównej mierze dotyczył wnętrza jej mieszkania,  jej wnętrza trochę mniej (ale na zdjęciach pochwaliła się porcelaną oraz innymi przedmiotami po naszych oliwskich dziadkach, które, według mojej wiedzy, zostawały w posiadaniu naszego taty. Jakże się myliłam, uświadomił mi to  artykuł na portalu. Ja nie mam po nich nic. Wydziedziczyli mnie???).

Trochę się boję, bo to acz wyczekiwane, to jednak niespodziewane spotkanie będzie.

sobota, 1 października 2016

wandale?

A co u mnie?  Przez dom, przez ponad 5 godzin, przelatywalo plemię Wandali, niszcząc po drodze wszystko i obracając wniwecz. Przyjechali na wiczerzu, nasza kolacja,  jakieś potomki Czechow z młodymi. Nooooo, dom do remontu, a przynajmniej do odmalowania. Cztery osobniki płci obojga (w tym Chelka) w wieku, gdy siły są niespożyte, a energię czerpie się podskakując i wykrzykując, tudzież biegnąc i rycząc, każdy kolejny wizaż był znaczony śladami ich małych łapek odbitych na białych ścianach, opanowały wszystkie trzy kondygnacje domu, wszystkie pomieszczenia. Dostały się nawet tam, gdzie solidny chateau zabezpieczał przed wtragnięciem. Jak tego dokonali? W tzw międzyczasie pochłaniali, z siłą porządnego odkurzacza, kolejne batoniki, ciasteczka, czekoladki, a trasę owej szarańczy wyznaczały kolejne porzucone, puste opakowania. Jak się domyślasz, wszelakie płyny zdatne do picia i wypicia także dzieliły los słodyczy i znikały w ich przepastnych gardłach. Dobrze, że toalet było w nadmiarze :).
Protoplaści "rozkosznych" maleństw, dotąd zdrowi, ogluchli, oślepli i stali się osobnikami niezdolnymi do pełnienia funkcji dyscyplinujących. Moje osobiste organy słuchu, mowy oraz wzroku nie nadażaly za kolejnymi. ... doznaniami. A  interwencje były z góry skazane na porażkę.Tak sobie na prędce pomyślałam, że może bajka z krecikiem w roli głównej lub szlagiery Vondrackowej przywolają do porzadku. Nawet głośno wyrazilam taką wolę, że poczytam, poopowiadam, ale nie spotkało się to z aprobatą.  Nie, to nie.
Znalazłam schronienie w moim pokoiku, a dzieciaki znalazły mnie, obdarowały jakimś badylem i z bojowymi okrzykami opuściły przybytek. Miałam udać się za nimi, ale .... nie chciało mi się,  tak zwyczajnie odpuścilam sobie pogoń za dziatwa. Od czasu do czasu jednak zapuszczałam się na wrogie terytorium, bo krzyki wskazywały na rany, guzy i inne kontuzje poniesione podczas " zabawy", kolejne czekoladki załatwiały sprawę niczym lekarstwo przepisane przez NFZ ( gdybyś się nie spotkał z tym skrótem, oznacza niepubliczną służbę zdrowia w III RP).
Ale skoro to piszę do Ciebie, to znaczy,  że "zgliszcza" dogasają, wrogie hordy opuściły przybytek, a dzień pokaże skalę zniszczeń.
Widzisz, że z całych sił staram się nie nudzić, a i patroni dbają o zakres moich obowiązków co i rusz urozmaicając mi dzień.
Ale, żeby nie było, że to dzisiejsze to wcale nie takie znów nadzwyczajne wydarzenie, to wczoraj, a właściwie już dzisiaj landlordy wróciły z przyjaciółmi i delikatna imprezka trwala do godz. 5.30. Teraz nie żartuję.  Cały wczorajszy dzień byłam z Chanel sama, odrobilyśmy lekcje, odbyłysmy wizytę  u stomatołki (gdzie uprzejma pani doktorka wzięła mnie za babcię Chanelki, hihihi), pospacerowałyśmy z chienasami, zjadłyśmy kolację, wykąpałyśmy się - każda w swoim czasie :), poczytałyśmy lekturę i poszłyśmy spac - każda osobno.
Patroni nadjechali chwilę po północy. Wyobraź sobie, cisza nocna, dom śpi, a tu stajesz się mimowolnym świadkiem dalszej części rozmowy i imprezy, ktora przenosi się z miasta do salonu. Moj pokój od reszty domu dzieli dwoje drzwi, ale mlodej tylko jedne. Bałam się, że ona się obudzi. Rano powiedziała mi, że słyszała rozmowy, czyli cicho nie było.
Nockę miałam spaną na raty. Oczywiście pobudka zgodnie z grafikiem dotyczy tylko dwóch z czterech istot zamieszkujących owe przestrzenie. I nie mam tu na myśli arbeitsgiver'ow. Czyli wszystko na czas, a jak !!! I tak się też odbyło.  Odespie sobie kiedyś tam.