Wtorek przeleciał, nie bez wrażeń.
Rano rutyna, żeby nie napisać rutynka : śniadanie na już i na wynos, ogarnięcie młodej i przybytku, piesy i stokrotki na ponad godzinnym spacerku we mgle i opadach, drobnych i prawie nieodczuwalnych. Potem lunch, druga tura szkoły, ja w tym czasie zagniotłam ciasto na pierogi (poproszono mnie, żebym zrobiła na zapas, gdy ja będę bawic w 3city landlordy będą, hihihi, ciepło mnie wspominać, spożywając dzieło rąk moich, że o nogach nie wspomnę, nie, żebym te pierogisy własnymi kopytami ugniatała i kształtowała, nie, nie, bardziej mi kończyny dolne były potrzebne do utrzymania prawidłowej sylwetki w pionie, oraz do utrzymania body podczas wszelkiego rodzaju przemieszczania i rotacji, wznosów, opadów we wszelkich płaszczyznach i osiach ciała. Amen). Oczywiście, co się nierozerwalnie wiąże z ciastem na pierogi, także stałam się autorką farszu, w tym przypadku mięsnego z niewielkim dodatkiem czosnku i cebuli. Ciasta zagniotłam dla zastępu głodomorów, jutro dalsza część produkcji, tylko muszę obmysleć stuffing, chyba w kierunku jarskiego podążę.
Ale, żeby nie było, że wszystko zgodnie z planami. Nie wiem, czy to wpływ fazy, aktualnej fazy la lune, czy może zgoła innej, bardziej osobistej, intymnej fazy, mojej prywatnej, wszystko leciało mi z rąk, pozostawałam pod wpływem dziwnych drgań, drżeń, wibracji, wstrząsków, tąpnięć. Udało mi się, choć się wcale nie starałam, wylać zawartość szklanki z sokiem na tableta i telefony, nie szczędząc powierzchni nocnej szafeczki i pierwszej szuflady z zawartością, oraz podłogi. Zbieranie słodkiego płynu przysparzało, w moim stanie rozdygotania, dodatkowych atrakcji, ściereczka dziwnym trafem nie przygotowała się do wchłonięcia płynu, gdy przebłagałam szmatkę i starłam z jednej części, ów płyn pojawiał się obok, skąd? nie wiem. Nierówna, z góry skazana na przegraną, walka nie miała końca. Swoim wyczynem otworzyłam jakieś tajemne drzwi do niezliczonej ilości soku. Gdyby chociaż to była woda. Tablet wytarłam najszybciej, obdzierając go z okładki, którą w ostatniej kolejności wypłukałam na zlewem, telefony były drugie w kolejce, potem garść długopisów, które, niestety, źle zniosły higieniczne zabiegi, bo nie chcą pisać, i kolejne drobiazgi, które stanowią zawartość każdej, powtarzam, każdej, kobiecej szuflady w szafce nocnej. Mając na uwadze, że owa szafka została mi przekazana do użytku na czas określony, choć bliżej nieokreślony, to i tak tych imponterabiliów jest mało.
Sok i jego wymuszona nieobecność w szklance to był jeno antrakt. W produkcji pierogów, do wycinania regularnych krążków użyłam, nomen omen, szklanki, którą już w pierwszej minucie udało mi się wypuścić z ręki i obtłuc tak nieszczęśliwie, że drobinki szkła, dosłownie drobineczki, wbiły się w wyciśnięte krążki, gotowe do nadziania. Żeby być precyzyjną w opisie, szklany przedmiot wyślizgnął mi się z ręki, choć w ostatniej chwili starałam się zapobiec kataklizmowy, wyobraźnia wystrzeliła z bloków startowych, a moje niezdarne paluchy wykonywały chwyty i podrzuty, w celu zminimalizowania skutków, czy zamierzone czynności skutecznie zniwelowały rozmiar katastrofy? Hhmm, zapiszę fonetycznie : jajn.
Zatrzęsłam się w swojej nieporadności i bezsilności i z precyzją godną jubilera, choć bez stosownego szkła powiększającego, wydłubałam niepożądane składniki z ciasta, wydziubałam ze stolnicy, wbijajac sobie skutecznie i boleśnie w opuszki palców. Niech to trafi. ……coś trafi, zaopatrzyłam łapki oraz zaopatrzyłam się w szklankę o grubszym szkle, a sobie dodatkowo obiecałam pełną koncentrację. Jakoś dalej już nic się nie wydarzyło, nie poparzyłam się wrzątkiem podczas operacji wrzucania, a potem wydobywania pierogów.
Ale, że wtorek z silnym oddziaływaniem dziwnych wibracji i energii jeszcze się nie skończył, liczę jeszcze na jakieś atrakcje hi hi hi.
Noooo, żeby nie było, że jednak jestem witch. Przed chwilą napisała do mnie Przyjaciółka (florecistka, nie mylić z florystką hihi, światowego rankingu), że zorganizowała spotkanie z udziałem mojej siostry, która to wyraziła szczególną ochotę, tylko teraz na co? Na to spotkanie? Na pojednanie? Na przelamanie oporu wgzlędem mnie? I zaproponowała, moja siostra zaproponowała, że odbędzie się to w jej mieszkaniu, którego osobiście nie widziałam, ale zapoznałam się z wnętrzem dwukrotnie: raz przeglądając internetowe wydanie periodyku traktującego o wnętrzach i architekturze, drugi raz, czytając wywiad z moją siostrą na portalu xxx.pl, wywiad, który w głównej mierze dotyczył wnętrza jej mieszkania, jej wnętrza trochę mniej (ale na zdjęciach pochwaliła się porcelaną oraz innymi przedmiotami po naszych oliwskich dziadkach, które, według mojej wiedzy, zostawały w posiadaniu naszego taty. Jakże się myliłam, uświadomił mi to artykuł na portalu. Ja nie mam po nich nic. Wydziedziczyli mnie???).
Trochę się boję, bo to acz wyczekiwane, to jednak niespodziewane spotkanie będzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz