Szukaj na tym blogu

wtorek, 18 października 2016

Dolce

Niedziela zastała mnie z informacja, że mam pod opieką młodą. Cóż robić?. A no, upiec kasztany i wyruszyć w górki i góreczki.
Piękny, słoneczny, ciepły dzień, przyjemnie pokonywało się kolejne schody, kolejne wzniesienia. Odkryłam bajkową wręcz łączke, cisza, spokój, takie miejsce dziewicze, choć nie do końca, bo trawka była koszona :), nieskalane buciorami ludzi, dla których przyroda jest tylko po to, żeby słuchać rąbanki dyskotekowej i śmierdzieć grillem. Śmierdzieć w pojęciu: wykonywać owo śmierdzenie, a nie nim pachnieć.
Cudnie, relax na maxa, chłonęłam tę atmosferę,  buzię wystawiłam do słoneczka, młoda robiła fikołki, bo przewrotami w przód tego nie nazwałabym, hihihi. Ładowałam akumulatorki.

Powrót. Wymyśliłam inna trasę.  Tak sobie pomyślałam, że skoro jest dopiero 14.30, to mamy jeszcze sporo czasu, żeby ew. wrócić na znany szlak. Aaaaa, bym zapomniała.  Jak już podałam hasło do odwrotu, Dolce, to ta większa chienne, która cały czas leżała i opalała futro, gdzieś nam znikła. O matko, znów jakiś manewr ze strony chien, żeby podnieść cisnienie, moje prywatne, niskie, ale w granicach prawidłowych, ciśnienie?  Wrzaski i ryki oraz zachęcające nawoływania spowodowały, że Dolce pojawiła się niczym pies-zombi, cała w jakimś szlamie, błocie oraz udekorowana tu i ówdzie rzęsą wodną. O matko i córko! Swoim działaniem naruszyła powierzchnię wody w jakimś zastałym zbiorniku wodnym. Z nagla poruszona ton zaczęła wydalać spod gestej czupryny rzęsy zapachy przyprawiające o mdłości.  Fuuuuujjjj. Pies czuł to zgoła inaczej. Jak dotąd brazowe plamy na jej sierści stały się czarne, ociekające i okrutnie śmierdzące, spod brzucha skapywały brudne krople i kawałki błota, utytłana była do połowy swojej wysokości. Intensywna woń wlokąca się za psem mogłaby zaspokoić stado bydła.  Dla mnie spore przeżycie.  Uuufff, idź teraz z takim śmierdzielem, ale weź i zapakuj to coś do auta i przewieź do domu. Auto małe, zanim dojedziemy, to padniemy z nadmiaru niepożądanego aromatu.
Nowa trasa okazała się na tyle długa,  że chienne zdążyła wyśmierdzieć się, przeschnąć i wykruszyć z siebie część błocka. A sama trasa to skalne wyłomy, jakby jaskinie, bloki, porosłe mchem rozpadliny, urokliwie, szpic z napisem kleine Matterhorn, ściana skalana z napisem Waldhexe, mosteczki, przepusty. Fantastycznie, bajkowo, bajecznie.
W domku pieska szybko wstawiłam do brodzika, umyłam podwozie, a nie, najpierw sama sie wyduszowałam, potem Dolce. Samotna kolacja i spanko. Także samotne, ale tak, jak w przypadku kolacji samotność jest rzadkością, to w przypadku spanka samotność jest normą. Nie, inaczej, stała się normą,  hmmm, hhhmmm.

W poniedzialek postanowiłam, tak na pełnym spontanie, wyruszyć w górki i gipfele, w odwrotną do wczorajszej trasy. Bez maroni i bez chienasow. Tylko boire, młoda i ja. Miała to byc szybka, męcząca trasa. I była, była, a jakże, do momentu, gdy odebrałam telefon odpatronki i usłyszałam, że młoda ma być jak najszybciej w szkole, że te poranne zajęcia nie zwalnialy w żaden sposób z udziału w drugiej części, tej po tradycyjnej pauzie na lunch. Nooooo, powiem/napiszę uczciwie,  że zrobiło mi się ...... conajmniej dziwnie. Różne wyrazy pod adresem różnych ludzi cisneły mi się na usta. Szybko zwróciliśmy z trasy, a brakowało nam do tego, aby stanąć na plaskim :) z 10 do 15 metrow "wspinaczki". Szczęście w tym wszystkim,  że wybrałam tę trasę, ktora okazała się łatwą w zbieganiu. Przy samochodzie pojawilam się w 15 minut( za sobą miałyśmy wspinaczkę trwającą godzine i kwadrans), młoda 3 minuty później zaryczana, zasmarkana. Jeszcze po drodze podczas truchtu musiałam co rusz odpowiadać na pytania, dlaczego szkoła?, warum?, warum tak? W kółko i dookoła. Uuuhhhh.
W szkole zameldowalysmy się chwilę przed trzecią,  a zajęcia do 16.05.
A potem to juz wypracowanym rytmem, czyli powrót do domu, szybka kawa, spacer z psami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz