Szukaj na tym blogu

piątek, 12 stycznia 2018

hulaj-noga

Już księżyc zaszedł, psy się uśpiły i coś tam klaszcze za borem, pewnie mnie czeka  ...... sama już nie wiem, co.
Właśnie na chwilkę przycupnęłam na kanapie i zdziwiona stwierdziłam, że ćwiartek przeleciał świńskim truchtem.
Dzień rozpoczął się głośnym przytupem w wykonaniu pierworodnej. Ile pary można mieć w tak małych piętach? Takich dzieci nie powinno się, zdecydowanie nie powinno się podkuwać, albo zainwestować w dywany, bo szczerze współczuję lokatorom pod nami. Od godz.7 biegi przełajowe, slalomy mega-giganty, wszystko przy zastosowaniu techniki "wyjście z pięty", do tego dochodzą skoki z kanap i stołu, pchanie nie tylko kulą, miotanie nie tylko młotem, raczej wszystkim tylko nie młotem, bo takowego na podorędziu nie odnotowano (i tylko tego by brakowało), a mając już skrystalizowane pojęcie o umiejętonosciach manualnych, czyli prostym majsterkowaniu landlorda, to i młotka pewnie szukać ze świecą, do dyspozycji (na razie tylko dorosłych, a dodatkowo nie skłonnych do używania w celach innych, niż zalecenia producenta) tłuczek kuchenny z tasakiem, takie dwa w jednym, head&sholders. Dla młodych niedostępny,  jak dotychczas.
Młody przy takim "powitaniu słońca" nie miał szansy na dłuższy sen, a i, z niezrozumiałą dla mnie radością i ochota, dołączył do zabawy.
Nooo, ćwiartek na dobre się zaczął. I nie był to łatwy czwartku początek, środek oraz koniec, ponieważ zostałam z dziećmi sama. Patron, jak to patron, pojechał do FirMy, patronka zaś udała się na umówioną wizytę u kosmetyczki i paznokciolożki i wróciła po 3 godzinnej nieobecności, dosłownie na chwile, do domku, by z głupia frant spytać: czy są naleśniki?, Bo o nich wczoraj wspominałam, wspominałam, że zrobię. Witki mi opadły, musiałam zrobić minę debilki 100%, złapałam jakąś chwilową, krótkotrwałą zawiechę, podczas której, w pośpiechu przeanalizowałam tych 6 porannych godzin, nie umiałam sobie przypomnieć, czy zdażyłam usiaść na chwilkę, od godz.7.00, a zbliżała się 13h. Aaa owszem zdążyłam, tak, zdążyłam, bo gdy już wróciłam z 2godz spacerku rano, przewinęłam Flipa i ululałam do snu, to usiadłam u Leili na dywanie i kolejne 2 godziny, z przerwa na dopilnowanie obiadku,  bawiłyśmy się w sklep. Ale nie było mowy o zabawie w sklep w pokoiku i jednoczesne smażenie naleśników w pomieszczeniu do tego przeznaczonym. Owszem, muszę napisać, że naleśniki planowałam, ale na kolację, a to dlatego, żeby już po odpękaniu programu obowiązkowego zająć się wieczorem czymś innym, niż dziećmi. Taki tylko cel mi przyświecał.
To moje zdziwienie na twarzy wywołało z kolei grymas zdziwienia na twarzy pytającej. I chyba byśmy się tak dziwiły do dnia ostatecznego, jeśli nie sądu, co nie było w tym momencie dziwne, bo swoimi kolejnymi reakcjami-odpowiedziami na reakcje poprzedniczki zaskakiwałyśmy same siebie. Spektakl przerwał ryk młodego.
A potem zupki, pakowanie plecaczka, zabranie hulajnogi, z takim zamiarem, że młodej od tego hulania nogi się zmęczą i w końcu przestanie tupać (jakże mylne założenie, o czym przekonałam się wieczorem), i wypad na plac zbawmnie do B.
Tam do godziny 16.30 bieganie za młodym lub obok, ubiegając jego decyzje, zapobiegając kataklizmom wszelakim, jeśli nie katastrofie lub mniejszym urazom, wybiegając myślą i zapobiegliwie przewidując kolejne kroki.Oraz jednocześnie rzucając okiem na młodą. Teraz wiem, poczemu Panbozia dal mi zezowate oko ;). Dokonać takiego wyczynu, czyli śledzić dwie postaci równocześnie niezezowatym okiem się nie da. Noooo, nie da się.
Powrót w tempie niespiesznym, bo i do czego? Gdy Patronka zapowiedziała, ze przed 17h jej nie będzie, bo ma termin :) u jakiegoś chińskiego maga od masażu limfatycznego. I kto zabroni biednemu bogato zyć?
A w domku to już obiecane naleśniki, zapak/wypak zmywarki i jak już myślałam, że nic więcej mnie dziś nie spotka, Lelia zrobiła siusiu na ęrodku salonu, tak po prostu, rozstawiła nogi i, nie komunikując nic nikomu, a 3 dorosłych w pokoju, oddała mocz w ilości przypisywanej pojemności pęcherza u dorosłego. Brak reakcji ze strony elternów spowodował u mnie jakiś odpływ wszelakich sil.
A, że już wszystkie miny z zakresu zdziwionych odpracowałam w południe, to najnormalniej w świecie zabrakło mi inwencji. Sklęsła, ale juz po chwili poderwałam się i dziarsko, z mopem w ręce i śpiewem na ustach, śpiewem, żeby zagłuszyć to, co działo się w mojej głowie, zagłuszyć potężna chęć wyrzucenia z siebie słów powszechnie uznawanych za wulgarne, obelżywe, a przynajmniej niecenzuralne.
Dzień dobiegł końca