Piątek juz zamknięty, a od rana mocno pracowity, taki piątek z zadaniami specjalnymi, którymi niespecjalnie się przyjmowałam, ale wykonalam należycie. Mam na myśli prace zmierzające do przywrócenia porządku, ładu i higieny we wszystkich pomieszczeniach - wieczorem ślad po moich działaniach zaginął. Wszak piątek właśnie takimi zadaniami się m.in. charakteryzuje. Tempo pracy należyte, bo jeszcze spacerek przedpołudniowy do odpękania, nim po młodą, w tzw międzyczasie uwarzenie garnka zupy dla młodzieży, tak, żeby zostało na jutro, dobrze, że pracozbawczyni nie przygotowała sterty prania do uprania i rozwieszenia, a z ich kosza na bieliznę (chcialam dodac slowo "brudną", ale byłoby to spore nadużycie w stosunku do stanu zabrudzenia owej odzieży) az "kipi", bo czasu by nie starczyło na zaplanowane czynności. Obiadek, spanko młodego, podczas którego, tego spanka, a nie młodego he he, sporządzenie kolejnego garnca zupy, dla dorosłych, na długi, majowy weekend oraz wymieszanie ciasta na naleśniki i wykonanie rzeczonych, bo taki dziś miałam zamiar, żeby je wyserwować jako podwieczorek. Młoda pożarla 4 sztuki, nooo dorosły by się nie powstydził. Niektóry dorosły by się nie powstydził, nie jeden dorosły, hmmm, w tym domostwie jeden dorosły;). Po naleśnikach wypad na place de jeux a Budry, aprés la piscine a Boudry.
Gdy wróciłam wieczorem z młodą do domku, po stercie naleśników ślad i słuch zaginął, a zupa nosiła ślady używania. Zaś pani tego domostwa dostała monsterglobusa, zaległa na kanapie i skonanym głosem informowała o swojej przypadłości, która jednak nie przeszkodziła jej w udziale w konsumpcji dań wykonanych moimi dłońmi. Kirk w wykonaniu amatorów;). W czym ja uczestniczę?
Wieczorem jeszcze przystąpienie do prasowania, bo we wtorek zajdzie potężna obawa, że się nie wykopię z kolejnej sterty wysuszonego prania.
Na posiłek znalazłam czas już po prasowaniu, a jeszcze przed kąpielą, tak ok.21h, zjadając ( z apetytem) podsmażone tofu i plasterki cukinii. Wciąż zastanawia mnie mój prywatny, spowolniony matabolizm, oraz jego skutki w nadmarze nagromadzonej tkanki tluszczowej. Co jest? Dostarczam organizmowi w porywach, dostarczam w porywach, organizmem dysponuję już od ponad pół wieku, dziennie ok. 1200kcal, to jest poniżej połowy pożądanych i wskazanych wartości, a efektow nie widać. A spodziewałabym się zobaczyć efekty w postaci ubytku masy, ubytku złogów tłuszczu, efektywnie oraz, co ważniejsze, efektownie wyszczuplić talię, brzuch, uda i pośladki,eże o ramionach nie wspomnę. Nic bardziej mylnego. Mój organizm pobiera z powietrza niezbędne dla utrzymania wałeczków tłuszczu składniki, produkuje cellulit z tlenu i gromadzi tłuszcz z azotu, lub odwrotnie;).
Kochanie, nowa data od 40 minut. A ja zaczynam cieszyć się długim Wochenende. Luuuuubiętakie wieczorki, co łagodnie przechodzą w nockę, a nocka jeszcze łagodniej w świt. Lubię, ale nie sama. Obejrzymy razem wschód słońca? Obojętnie, w jakim regionie. Chciałabym choć jeden taki poranek z Tobą u boku, poproschemmm!
Szukaj na tym blogu
niedziela, 30 kwietnia 2017
środa, 12 kwietnia 2017
spacerek i kąpiel
ostatni wolnościowy czwartek za mną. Jakoś przeszedł, choć gdy commence to pisać (20.20h) to z pokładu jeszcze dźwięki dochodzą, ale mnie już nie obchodzą.
Dzień jak to dzień, przeleciał, na prozaicznych zajęciach i obowiązkach, dzień nie miał wyjścia, a ja mu wtórowałam, temu dniu i temu wyjściu. A rozpędził się równo o 7.00, gorącą kawką, gorącą wodą z miodem i imbirem, ciepłą kaszką dla młodego, potem już wytarte tory, czyli przygotowanie obiadu, dłuższy, bo trwający półtorej godziny spacerek, obiadek i drzemka młodego, krótka, a potem oddawanie się z należytą czcią i pieczołowitością pracom konserwatorsko-konserwującym. Taka konserwa ze mnie dziś.
Podczas mojej czyścicielskiej działalności oni, czyli E. I młode wybyli na spacerek. I to warto odnotować, bo mineo już pół roku mojej pracy i dziś dopiero doświadczyłam takiego widoku, że mama idzie z dziećmi na spacerek, nie shopping, nie wizyta u koleżanki, tylko spacer. Widok niezapomniany, choć przygotowania jak do wesela rozmazały trochę obraz. a ja miałam 2,5h aby zdążyć ze wszystkim. Zdążyłam, choć pot po pooopie się lał, jeszcze zjazd do suszarni, jeszcze wyniesienie do piwnicy jakichś zbędnych niezbeędności i już nadeszła rozkrzyczana grupka. Podwieczorek. Przygotowywałam młodemu ryż z jakimś sosem, upewniwszy się, że młoda zje jajecznicę. Spokojnie stoję przy kuchence i podgrzewam (mikrofala jest mi zabroniona do podgrzewania dzieciowego jedzonka, im nie, chyba to jest ustalanie, przesuwanie i napinanie granic wytrzymałości, mojej psychicznej wytrzymalosci. ale spuszczam na to zasłonę milczenia), do moich uszu dochodzi pytanie, czy mogę jednocześnie mieszać potrawę dla Flipa i rozbijać jajka, oraz smażyć owe w postaci jajówy,, wcześniej je robełtawszy. Znów, przez moment, flash, naszła mnie myśl,eże gdzieś kiedyś bylam posiadaczką kilku par kończyn, w którymś momencie ontogenezy, mojej, niezauważenie odpadły mi kończyn górne, pozostały najsilniejsze. A ślady po owych nieobecnych kończynach są widoczne dla moich patronów i mają o to do mnie żal. O to odpadnięcie. Ja nic takiego nie zauważam i nie uważam, że kiedyś byłam ośmiornicą.
Chyba uruchomiłam, zachowanym na skrajne, extremalne potrzeby, poklad asertywności. Opanowałam szczękę, aby niekontrolowanie nie zgrzytnęła, przymknęłam powieki, aby wzrok skierowany w stronę pytającej nie był zbyt zabójczy, przystopowałam struny głosowe, skore do wydania ekstraordynaryjnego charkotu, wysiliłam się i grzecznie odpowiedziałam, że ona może przejąć mój obowiązek zapodawania strawy młodemu, a ja wtedy uwarzę jajecznicę z całymi nakeżnymi szykanami. Usłyszałam,eże przy kuchence jest za mało miejsca dla dwóch. Dalej nie rozwiązywało to problemu. Wiem, tego nie trzeba mi mówić, ale zimnego jedzenia nie wyserwuję, w mikroweli jest interdit, nie jestem wawelski smok, żeby ziać ogniem w celu przyspieszenia zagrzania strawy. Potrwało to jeszcze chwilkę, zwolniłam, nie, że spowolniłam, tylko,eże ustąpiłam miejsca i już mogła ona oddawać się (nie)zapomnianym:) kucharskim czynnościom. To było jedno, takie prawie nic nie znaczące, ale wcześniej, przed południem poddano mnie kolejnej probie. Usłyszałam, że na młodej dolegliwości ze strony układu pokarmowego (w rozmowie bliżej nieokreślone dolegliwości) i rzekomy brak apetytu (fakt, nie je żadnych owocw, a warzywa tylko przemycone w postaci rozgotowanych zup i sosw), ale parówy, mięcha, ziemniaki, szynki, makarony, "pastfudy"w ilości nieograniczonej, więc ciężko to nazwać brakiem apetytu, raczej problem tkwi w układzie wydalniczym:)ale do rzeczy, można zastosować ....... kąpiele całego ciała w tymianku czy innym "o mój rozmarynie", chyba nie był cząber wymieniony ani lubczyk, czy zgoła arcydzięgiel lub kozieradka:) Jakieś zioło, ecozioło, niezłe ziółko. Napar w wannie i dziecię zanurzone do wysokości mięśnia sercowego, grzecznie oddające się zdrowotnemu wpływowi zabiegu wyobraźnia wystartowała, już widziałam, z jakim oddaniem mama przygotowuje ową kąpiel, z jaką należytą troską pochyla się nad wanną, jak odmierza, jak peroruje o dobroczynnych właściwościach, a wokół fruwają papillon i świergoczą oiseaux, woń ziela rozpościera się po mieszkaniu, miło drażni nozdrza i pobudza zmysły.......w zwiazku z tym przeoczyłam fakt ile, skąd, jak długo, na jak długo, i jakiego argumentu użyć, aby młoda zechciała wejść oraz , co ważne, jeśli nue ważniejsze,, opuścić wannę, bo kapiel zdrowotna, nawet jak pomysł chory, musi trwać określony czas.
Mam sie tu z nimi. Nauczono mnie, początkowo chciałam napisać, że nauczyłam się, rzekomo sama, ale to nie byłaby prawda, nauczono mnie, wymuszono wręcz na mnie powagi i dystansu, z jakimi przyjmować tego typu rewelacje, jeśli nie rewolucje. Na spokojnie zapytałam, jak ową kąpiel sobie wyobraża/ją, jak chcą tego dokonać, kąpiel lecznicza różni się od rozrbryzgiwania wody w wannie, dzieci, jeśli już się kąpią, bo nie codziennie, toasą łączone w pary ;), pytań było więcej, ale żeby nie było to opacznie zrozumiane,eże tematem się zainteresowałam, że podchwyciłam,eże ja tak,eże chętnie, eże tylko tego jeszcze pragnęłam, to ograniczyłam się tylko tematu samej organizacji ziołomoczenia. I odpowiedź napotkała na trudności, trudności napotkały na odpowiedź.
Dzień jak to dzień, przeleciał, na prozaicznych zajęciach i obowiązkach, dzień nie miał wyjścia, a ja mu wtórowałam, temu dniu i temu wyjściu. A rozpędził się równo o 7.00, gorącą kawką, gorącą wodą z miodem i imbirem, ciepłą kaszką dla młodego, potem już wytarte tory, czyli przygotowanie obiadu, dłuższy, bo trwający półtorej godziny spacerek, obiadek i drzemka młodego, krótka, a potem oddawanie się z należytą czcią i pieczołowitością pracom konserwatorsko-konserwującym. Taka konserwa ze mnie dziś.
Podczas mojej czyścicielskiej działalności oni, czyli E. I młode wybyli na spacerek. I to warto odnotować, bo mineo już pół roku mojej pracy i dziś dopiero doświadczyłam takiego widoku, że mama idzie z dziećmi na spacerek, nie shopping, nie wizyta u koleżanki, tylko spacer. Widok niezapomniany, choć przygotowania jak do wesela rozmazały trochę obraz. a ja miałam 2,5h aby zdążyć ze wszystkim. Zdążyłam, choć pot po pooopie się lał, jeszcze zjazd do suszarni, jeszcze wyniesienie do piwnicy jakichś zbędnych niezbeędności i już nadeszła rozkrzyczana grupka. Podwieczorek. Przygotowywałam młodemu ryż z jakimś sosem, upewniwszy się, że młoda zje jajecznicę. Spokojnie stoję przy kuchence i podgrzewam (mikrofala jest mi zabroniona do podgrzewania dzieciowego jedzonka, im nie, chyba to jest ustalanie, przesuwanie i napinanie granic wytrzymałości, mojej psychicznej wytrzymalosci. ale spuszczam na to zasłonę milczenia), do moich uszu dochodzi pytanie, czy mogę jednocześnie mieszać potrawę dla Flipa i rozbijać jajka, oraz smażyć owe w postaci jajówy,, wcześniej je robełtawszy. Znów, przez moment, flash, naszła mnie myśl,eże gdzieś kiedyś bylam posiadaczką kilku par kończyn, w którymś momencie ontogenezy, mojej, niezauważenie odpadły mi kończyn górne, pozostały najsilniejsze. A ślady po owych nieobecnych kończynach są widoczne dla moich patronów i mają o to do mnie żal. O to odpadnięcie. Ja nic takiego nie zauważam i nie uważam, że kiedyś byłam ośmiornicą.
Chyba uruchomiłam, zachowanym na skrajne, extremalne potrzeby, poklad asertywności. Opanowałam szczękę, aby niekontrolowanie nie zgrzytnęła, przymknęłam powieki, aby wzrok skierowany w stronę pytającej nie był zbyt zabójczy, przystopowałam struny głosowe, skore do wydania ekstraordynaryjnego charkotu, wysiliłam się i grzecznie odpowiedziałam, że ona może przejąć mój obowiązek zapodawania strawy młodemu, a ja wtedy uwarzę jajecznicę z całymi nakeżnymi szykanami. Usłyszałam,eże przy kuchence jest za mało miejsca dla dwóch. Dalej nie rozwiązywało to problemu. Wiem, tego nie trzeba mi mówić, ale zimnego jedzenia nie wyserwuję, w mikroweli jest interdit, nie jestem wawelski smok, żeby ziać ogniem w celu przyspieszenia zagrzania strawy. Potrwało to jeszcze chwilkę, zwolniłam, nie, że spowolniłam, tylko,eże ustąpiłam miejsca i już mogła ona oddawać się (nie)zapomnianym:) kucharskim czynnościom. To było jedno, takie prawie nic nie znaczące, ale wcześniej, przed południem poddano mnie kolejnej probie. Usłyszałam, że na młodej dolegliwości ze strony układu pokarmowego (w rozmowie bliżej nieokreślone dolegliwości) i rzekomy brak apetytu (fakt, nie je żadnych owocw, a warzywa tylko przemycone w postaci rozgotowanych zup i sosw), ale parówy, mięcha, ziemniaki, szynki, makarony, "pastfudy"w ilości nieograniczonej, więc ciężko to nazwać brakiem apetytu, raczej problem tkwi w układzie wydalniczym:)ale do rzeczy, można zastosować ....... kąpiele całego ciała w tymianku czy innym "o mój rozmarynie", chyba nie był cząber wymieniony ani lubczyk, czy zgoła arcydzięgiel lub kozieradka:) Jakieś zioło, ecozioło, niezłe ziółko. Napar w wannie i dziecię zanurzone do wysokości mięśnia sercowego, grzecznie oddające się zdrowotnemu wpływowi zabiegu wyobraźnia wystartowała, już widziałam, z jakim oddaniem mama przygotowuje ową kąpiel, z jaką należytą troską pochyla się nad wanną, jak odmierza, jak peroruje o dobroczynnych właściwościach, a wokół fruwają papillon i świergoczą oiseaux, woń ziela rozpościera się po mieszkaniu, miło drażni nozdrza i pobudza zmysły.......w zwiazku z tym przeoczyłam fakt ile, skąd, jak długo, na jak długo, i jakiego argumentu użyć, aby młoda zechciała wejść oraz , co ważne, jeśli nue ważniejsze,, opuścić wannę, bo kapiel zdrowotna, nawet jak pomysł chory, musi trwać określony czas.
Mam sie tu z nimi. Nauczono mnie, początkowo chciałam napisać, że nauczyłam się, rzekomo sama, ale to nie byłaby prawda, nauczono mnie, wymuszono wręcz na mnie powagi i dystansu, z jakimi przyjmować tego typu rewelacje, jeśli nie rewolucje. Na spokojnie zapytałam, jak ową kąpiel sobie wyobraża/ją, jak chcą tego dokonać, kąpiel lecznicza różni się od rozrbryzgiwania wody w wannie, dzieci, jeśli już się kąpią, bo nie codziennie, toasą łączone w pary ;), pytań było więcej, ale żeby nie było to opacznie zrozumiane,eże tematem się zainteresowałam, że podchwyciłam,eże ja tak,eże chętnie, eże tylko tego jeszcze pragnęłam, to ograniczyłam się tylko tematu samej organizacji ziołomoczenia. I odpowiedź napotkała na trudności, trudności napotkały na odpowiedź.
niedziela, 9 kwietnia 2017
dętka
Niedziela przeleciała, nie dane mi było zakosztować wolnego zbyt długo, Eladyta jeszcze wczoraj 3 razy mi przypominała, poprzez słane ssmany,że o 13 mam być nazad. A,że jestem, przynajmniej staram się być, jednostką zdyscyplinowaną, to pojawiłam się w drzwiach przybytku, który czasem, z rozpędu, nazywam moim domem, jeszcze nim na zegarze kosciółkowym wybiła godz.13.
A potem to już obowiązki, lżejsze, bo niedziela. Chociaż, jak się tak przyjrzeć skrupulatniej, to wcale nie lżejsze. Wycieczka rowerowa, z premedytacją, która skrupiła się na mnie, o czym pozn :), premedytacja polegająca na zmęczeniu młodej, coby tyle nie paplała. Ona wszędzie musi być erste - dobra cecha- więc goniłam za nią na holenderce, podkręcając tempo i prowokując hartmannowy owoc do jeszcze większego wysiłku, że o sobie nie wspomnę. A jeszcze przed wyruszeniem owej holenderce napompowałam tylną oponkę, bo była zupełnie bez powietrza. Nie spodziewałam się, że powietrze ujdzie podczas wyprawy. Wprawdzie wyprawa nie należała do czasochłonnych, tudzież odległochłonnych hi hi, kręciłyśmy się wzdłuż rzeki, potem chciałam podjechać w kier. Murgental :), byłyśmy nawet na dobrej drodze, cisza, spokój, relaks, ale jak przysłuchałam się dźwiękom wydawanym przez wspomniany wynalazek (twórca owej damki musiał mieć nieźle na pieńku z damami,żeby wymyślić coś takiego, taki rower, być może była to twórczyni, co jeszcze gorzej świadczy o jej zamierzeniach i efekcie końcowym w postaci nieergonomicznego w żadnym, najmniejszym nawet calu), a precyzyjniej przez tylne koło, potem skierowałam wzrok podążając za dźwiękami, które przypominały trzeszczenie gumy na asfalcie, a w gruncie rzeczy takimi były, oczom moim (jednemu lekko zezowatemu hi hi hi, ale już nie pamiętam, które to) ukazała się sflaczała opona, bez krztyny, bez bąbelka powietrza, bez śladu po napompowaniu. Uuu uuu, moja buta została ukarana. Do domu był do pokonania odcinek trochę dłuższy, niż ten, który nawigacja Tobie pokazała jako przejezdny, a to była ścieżka rowerowa- pamiętasz? My byłyśmy jakieś pol km w stronę M.
Jazda na tym wynalazku nie należy do łatwej i przyjemnej, a gdy jeszcze wynalazek gubi powietrze, oraz nie jest zaopatrzony w stosowny instrument, który to powietrze na powrót umieścić pośrednio w oponce, a bezpośrednio w dętce, to wyzwanie staje się trudne do sprostania. Ale, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z jednostką wyjątkowo odporną na przeciwności losu hihihi, noooo o sobie tak ładnie piszę, to jakoś, z potężnym akcentem na jakoś, dałam radę dobrnąć do mety. Częściowo odcinek pokonywany był w pozycji, gdy nie korzystałam z siodełka, żeby jak najmniej dociążać tylną oś, co odbiło się na nogach, które musiały wykonać większy wysiłek fizyczny, a na to, żeby zejść z roweru i prowadzić go nie pozwalała mi ambicja. W rezultacie dotarłam umęczona do domu, gdzie szybko napoiłam moje spragnione wody body, ubrałam psom kolie i zaopatrzone w instrument dęty plastikowy, zwany popularnie fletem prostym, udaliśmy się do lasu. Czemu z fletem do naturalnego środowiska, które obfituje w dźwięki wszelakie, a do tego miłe moim Ohre? A no, potomstwo Hart/Moni potrzebowało nabyć wprawy w posługiwaniu się wspomnianym instrumentem, umiejętności niezbędne na jutrzejsza lekcję muzyki. To, co wydobywało się z fletu w żaden znany mi sposób nie moglam nazwać grą. Były to próby, moze etiudy, moze wariacje na nieznany bliżej temat, jęki, skpwyty, piski i rzężenie, gra w żadnym wypadku, a już odtworzenie zapisu nutowego na pewno nie. Znow, jsk podczas uderzenia w klawisze piano, wartości nut, pauzy, akordy nie mialy znaczenia. Dziewczę delektowało się, wręcz upajało wydobywanymi dźwiękami, za każdym dymnieciem w ustnik wykrzykiwało: patrz! jakby to coś miało zmienić, lub w czymś pomóc. Nawet nie miałam ochoty jej korygować, usilnie wzrok mój oraz inne zmysły, żeby od nich nie odejść:) kierowałam na czubki drzew, wsłuchiwałam się w trele ptaków, podziwiałam wiosenną zieleń młodych listków i traw oraz miałam baczenie na psy.
Alles, po kilkukrotym zapewnieniu z mojej strony,eże gra ślicznie oraz, co w muzyce ważne, zgodnie z zamysłem autora (a nie przyszło mi to zbyt trudno) opuściła sobie młoda katowanie jazgotem.
A po powrocie szybka kąpiel jej i moja, włosy jej i moje, pomoc w matmie, uuuuuu, to już była droga przez mękę. Zadania z treścią, która to treść stanowiła zagadkę dla Heli, zreszta dla Eli także, czyli może to były trudne zadania?, a mnie udało się je rozwiązać zupełnie przy użyciu sił nadprzyrodzonych? Nie, nie, nie czułam żadnej interwencji zza światów, a zadanie było ..... łatwe? Dla mnie łatwe? Toż to dritte klasse dopiero, a nie całki i macierze.
A potem to już obowiązki, lżejsze, bo niedziela. Chociaż, jak się tak przyjrzeć skrupulatniej, to wcale nie lżejsze. Wycieczka rowerowa, z premedytacją, która skrupiła się na mnie, o czym pozn :), premedytacja polegająca na zmęczeniu młodej, coby tyle nie paplała. Ona wszędzie musi być erste - dobra cecha- więc goniłam za nią na holenderce, podkręcając tempo i prowokując hartmannowy owoc do jeszcze większego wysiłku, że o sobie nie wspomnę. A jeszcze przed wyruszeniem owej holenderce napompowałam tylną oponkę, bo była zupełnie bez powietrza. Nie spodziewałam się, że powietrze ujdzie podczas wyprawy. Wprawdzie wyprawa nie należała do czasochłonnych, tudzież odległochłonnych hi hi, kręciłyśmy się wzdłuż rzeki, potem chciałam podjechać w kier. Murgental :), byłyśmy nawet na dobrej drodze, cisza, spokój, relaks, ale jak przysłuchałam się dźwiękom wydawanym przez wspomniany wynalazek (twórca owej damki musiał mieć nieźle na pieńku z damami,żeby wymyślić coś takiego, taki rower, być może była to twórczyni, co jeszcze gorzej świadczy o jej zamierzeniach i efekcie końcowym w postaci nieergonomicznego w żadnym, najmniejszym nawet calu), a precyzyjniej przez tylne koło, potem skierowałam wzrok podążając za dźwiękami, które przypominały trzeszczenie gumy na asfalcie, a w gruncie rzeczy takimi były, oczom moim (jednemu lekko zezowatemu hi hi hi, ale już nie pamiętam, które to) ukazała się sflaczała opona, bez krztyny, bez bąbelka powietrza, bez śladu po napompowaniu. Uuu uuu, moja buta została ukarana. Do domu był do pokonania odcinek trochę dłuższy, niż ten, który nawigacja Tobie pokazała jako przejezdny, a to była ścieżka rowerowa- pamiętasz? My byłyśmy jakieś pol km w stronę M.
Jazda na tym wynalazku nie należy do łatwej i przyjemnej, a gdy jeszcze wynalazek gubi powietrze, oraz nie jest zaopatrzony w stosowny instrument, który to powietrze na powrót umieścić pośrednio w oponce, a bezpośrednio w dętce, to wyzwanie staje się trudne do sprostania. Ale, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z jednostką wyjątkowo odporną na przeciwności losu hihihi, noooo o sobie tak ładnie piszę, to jakoś, z potężnym akcentem na jakoś, dałam radę dobrnąć do mety. Częściowo odcinek pokonywany był w pozycji, gdy nie korzystałam z siodełka, żeby jak najmniej dociążać tylną oś, co odbiło się na nogach, które musiały wykonać większy wysiłek fizyczny, a na to, żeby zejść z roweru i prowadzić go nie pozwalała mi ambicja. W rezultacie dotarłam umęczona do domu, gdzie szybko napoiłam moje spragnione wody body, ubrałam psom kolie i zaopatrzone w instrument dęty plastikowy, zwany popularnie fletem prostym, udaliśmy się do lasu. Czemu z fletem do naturalnego środowiska, które obfituje w dźwięki wszelakie, a do tego miłe moim Ohre? A no, potomstwo Hart/Moni potrzebowało nabyć wprawy w posługiwaniu się wspomnianym instrumentem, umiejętności niezbędne na jutrzejsza lekcję muzyki. To, co wydobywało się z fletu w żaden znany mi sposób nie moglam nazwać grą. Były to próby, moze etiudy, moze wariacje na nieznany bliżej temat, jęki, skpwyty, piski i rzężenie, gra w żadnym wypadku, a już odtworzenie zapisu nutowego na pewno nie. Znow, jsk podczas uderzenia w klawisze piano, wartości nut, pauzy, akordy nie mialy znaczenia. Dziewczę delektowało się, wręcz upajało wydobywanymi dźwiękami, za każdym dymnieciem w ustnik wykrzykiwało: patrz! jakby to coś miało zmienić, lub w czymś pomóc. Nawet nie miałam ochoty jej korygować, usilnie wzrok mój oraz inne zmysły, żeby od nich nie odejść:) kierowałam na czubki drzew, wsłuchiwałam się w trele ptaków, podziwiałam wiosenną zieleń młodych listków i traw oraz miałam baczenie na psy.
Alles, po kilkukrotym zapewnieniu z mojej strony,eże gra ślicznie oraz, co w muzyce ważne, zgodnie z zamysłem autora (a nie przyszło mi to zbyt trudno) opuściła sobie młoda katowanie jazgotem.
A po powrocie szybka kąpiel jej i moja, włosy jej i moje, pomoc w matmie, uuuuuu, to już była droga przez mękę. Zadania z treścią, która to treść stanowiła zagadkę dla Heli, zreszta dla Eli także, czyli może to były trudne zadania?, a mnie udało się je rozwiązać zupełnie przy użyciu sił nadprzyrodzonych? Nie, nie, nie czułam żadnej interwencji zza światów, a zadanie było ..... łatwe? Dla mnie łatwe? Toż to dritte klasse dopiero, a nie całki i macierze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)