Niedziela przeleciała, nie dane mi było zakosztować wolnego zbyt długo, Eladyta jeszcze wczoraj 3 razy mi przypominała, poprzez słane ssmany,że o 13 mam być nazad. A,że jestem, przynajmniej staram się być, jednostką zdyscyplinowaną, to pojawiłam się w drzwiach przybytku, który czasem, z rozpędu, nazywam moim domem, jeszcze nim na zegarze kosciółkowym wybiła godz.13.
A potem to już obowiązki, lżejsze, bo niedziela. Chociaż, jak się tak przyjrzeć skrupulatniej, to wcale nie lżejsze. Wycieczka rowerowa, z premedytacją, która skrupiła się na mnie, o czym pozn :), premedytacja polegająca na zmęczeniu młodej, coby tyle nie paplała. Ona wszędzie musi być erste - dobra cecha- więc goniłam za nią na holenderce, podkręcając tempo i prowokując hartmannowy owoc do jeszcze większego wysiłku, że o sobie nie wspomnę. A jeszcze przed wyruszeniem owej holenderce napompowałam tylną oponkę, bo była zupełnie bez powietrza. Nie spodziewałam się, że powietrze ujdzie podczas wyprawy. Wprawdzie wyprawa nie należała do czasochłonnych, tudzież odległochłonnych hi hi, kręciłyśmy się wzdłuż rzeki, potem chciałam podjechać w kier. Murgental :), byłyśmy nawet na dobrej drodze, cisza, spokój, relaks, ale jak przysłuchałam się dźwiękom wydawanym przez wspomniany wynalazek (twórca owej damki musiał mieć nieźle na pieńku z damami,żeby wymyślić coś takiego, taki rower, być może była to twórczyni, co jeszcze gorzej świadczy o jej zamierzeniach i efekcie końcowym w postaci nieergonomicznego w żadnym, najmniejszym nawet calu), a precyzyjniej przez tylne koło, potem skierowałam wzrok podążając za dźwiękami, które przypominały trzeszczenie gumy na asfalcie, a w gruncie rzeczy takimi były, oczom moim (jednemu lekko zezowatemu hi hi hi, ale już nie pamiętam, które to) ukazała się sflaczała opona, bez krztyny, bez bąbelka powietrza, bez śladu po napompowaniu. Uuu uuu, moja buta została ukarana. Do domu był do pokonania odcinek trochę dłuższy, niż ten, który nawigacja Tobie pokazała jako przejezdny, a to była ścieżka rowerowa- pamiętasz? My byłyśmy jakieś pol km w stronę M.
Jazda na tym wynalazku nie należy do łatwej i przyjemnej, a gdy jeszcze wynalazek gubi powietrze, oraz nie jest zaopatrzony w stosowny instrument, który to powietrze na powrót umieścić pośrednio w oponce, a bezpośrednio w dętce, to wyzwanie staje się trudne do sprostania. Ale, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z jednostką wyjątkowo odporną na przeciwności losu hihihi, noooo o sobie tak ładnie piszę, to jakoś, z potężnym akcentem na jakoś, dałam radę dobrnąć do mety. Częściowo odcinek pokonywany był w pozycji, gdy nie korzystałam z siodełka, żeby jak najmniej dociążać tylną oś, co odbiło się na nogach, które musiały wykonać większy wysiłek fizyczny, a na to, żeby zejść z roweru i prowadzić go nie pozwalała mi ambicja. W rezultacie dotarłam umęczona do domu, gdzie szybko napoiłam moje spragnione wody body, ubrałam psom kolie i zaopatrzone w instrument dęty plastikowy, zwany popularnie fletem prostym, udaliśmy się do lasu. Czemu z fletem do naturalnego środowiska, które obfituje w dźwięki wszelakie, a do tego miłe moim Ohre? A no, potomstwo Hart/Moni potrzebowało nabyć wprawy w posługiwaniu się wspomnianym instrumentem, umiejętności niezbędne na jutrzejsza lekcję muzyki. To, co wydobywało się z fletu w żaden znany mi sposób nie moglam nazwać grą. Były to próby, moze etiudy, moze wariacje na nieznany bliżej temat, jęki, skpwyty, piski i rzężenie, gra w żadnym wypadku, a już odtworzenie zapisu nutowego na pewno nie. Znow, jsk podczas uderzenia w klawisze piano, wartości nut, pauzy, akordy nie mialy znaczenia. Dziewczę delektowało się, wręcz upajało wydobywanymi dźwiękami, za każdym dymnieciem w ustnik wykrzykiwało: patrz! jakby to coś miało zmienić, lub w czymś pomóc. Nawet nie miałam ochoty jej korygować, usilnie wzrok mój oraz inne zmysły, żeby od nich nie odejść:) kierowałam na czubki drzew, wsłuchiwałam się w trele ptaków, podziwiałam wiosenną zieleń młodych listków i traw oraz miałam baczenie na psy.
Alles, po kilkukrotym zapewnieniu z mojej strony,eże gra ślicznie oraz, co w muzyce ważne, zgodnie z zamysłem autora (a nie przyszło mi to zbyt trudno) opuściła sobie młoda katowanie jazgotem.
A po powrocie szybka kąpiel jej i moja, włosy jej i moje, pomoc w matmie, uuuuuu, to już była droga przez mękę. Zadania z treścią, która to treść stanowiła zagadkę dla Heli, zreszta dla Eli także, czyli może to były trudne zadania?, a mnie udało się je rozwiązać zupełnie przy użyciu sił nadprzyrodzonych? Nie, nie, nie czułam żadnej interwencji zza światów, a zadanie było ..... łatwe? Dla mnie łatwe? Toż to dritte klasse dopiero, a nie całki i macierze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz