Szukaj na tym blogu

wtorek, 11 października 2016

Misiek w "dżudodze"

Środa zleciała, jak każdy dzień. Pobudka, dziś niespodziewanie pół, całe niedospane pół godziny wcześniej, bo młoda wtargnęla do mojej samotni domagając się manger et boire; śniadanie, wyprawienie do ecole, spacer z chienas, w tym czasie patrony nadzorowały zapakunek całego, gromadzonego dwa miesiące, dobytku przeznaczonego do umeblowania biura. Była tego okazała ciężarówka. Jak wróciłam - z trofeum w postaci 3 dorodnych, nadjedzonych przez ślimory, a więc smacznych ;) grzybów- ze spaceru to jeszcze walczyli z załadunkiem. Nooooo, nie landlordy tylko najemni pracownicy, oni zaś w pozycji horyzontalnej na sofie gapili się w tv lub snuli  po chałupie dezorganizując mi pracę i wprowadzając pierwastek niepokoju. W końcu wszystko upchnięto i karawana wyruszyła nach Z...h, a ja moglam oddać się pracy...... hihihi zawodowej, czyli konserwacji powierzchni płaskich. Potem lekcje z młodą: angielski, test uhrzeit, multiplication et division z matmy i basen, taki mały, wioskowy, przytulny, ale dobrze wyposażony. Mały mam na myśli 25metrowy z 3 torami, reszta niecki przeznaczona dla enfantów, dające relaks jacuzzi, jedną zjeżdżalnią i finito. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym znów nie chciała sobie udowodnić, ile potrafię "zrobić" basenów. Hmmm,  mniej, niż oczekiwałam, ale też czas naglił, spacer z fauna, bo teraz zmrok zapada znienacka, że po 18tej musiałyśmy szybko wracać do domku. Ale wypływana, wyjakucjowana, przyjemnie wymęczona, zrelaksowana wróciłam do domku. Szybki spacer z hienami. Kolacja dla młodzieży i dla mnie, bo patrony mieli nadjechać późną porą. A że dziecko zażyło już kapieli w nadmiarze, to dziś tylko mycie kłow i lulu. I tym sposobem ja też szybciej w łóżeczku.
Jutro pobudka o 6.50, głupia szkoła, kto to wymyślił takie ranne, a właściwie późnonocne wstawanie, nie wiesz? Ale pocieszajace jest to, ze jeszcze dwa dni i znow weekend oraz zmiana czasu na zimowy, hurrraaa, cała jedna godzina dłużej do spania, oooo i tak to lubię.

A w poprzednie dni oddawałam się pracom ogrodniczym. Woreczek z pachnąca lawenda, ktory mi podarowałeś, przypomniał  o zaniedbanej lawendzie w "naszym" ogródku. Jak zaczęłam ją ciachać, to się z jednej wiecheci objawiły 3 krzaczki oraz dwa jakieś odnóża. Odnóża wykarczowałam, krzaczki przycięłam i teraz powinna ładnie zakwitnąć. Te krzewy nie były prowadzone od kilku lat, prawie zdziczała ta lawenda, bo nikt jej nie obrywał.
Potem wzięłam się z róże, a one dosłownie za mnie. Łapska mam podrapane, przedramiona poranione mimo solidnej bluzy z reliefem :) i rekawic ochronnych wygladam, jakbym miała niezbyt udane spotkanie z dzikim kotem, ranki po zadrapaniach i ukluciach opuchnięte, nieprzyjemnie swędza. Poprzycinałam, wiele lat nieprzycinane, krzaczki róż, znów udało mi się wyodrębnić poszczególne nasadzenia, bo przed tą orką to wyglądało jak jeden wielki chaszcz. Jak można tak ogród zapuścić, tego nie ma hektarów,  zaledwie kilka różyczek, żywopłot z bukszpanu i takiej ładnej liściastej rośliny,  chyba zimozielonej, ale tego nie wiem, i trawnik. Dwie godziny prac działkowiczki w ogródku w Montag i następnego dnia 3 godziny. Ogarnęłam ogród i teren od chodnika, czyli za płotem.  Przycinanie, wyrywanie chwastow i zamiecenie liści, ktore w niezliczonej liczbie leca gdzie popadnie., Tak bez pytania. Wystarczy np otworzyć potężne,  podwojne  wrota garażu,  robi  się jakaś proznia, czy co? I wszystkie male listeczki z okolicznych akacji lub akacjopodobnych wlatuja do środka.

Nuda, nuda, sam widzisz, ze u mnie nic ciekawego.

Wracając do niedzieli. Naprawdę myślałeś o tym, żeby stanąć na głowie? Napiszę szczerze: według mnie "stanąłeś na głowie" znajdując w napiętym Twoim grafiku czas dla mnie. Schlebiam sobie myślą o tym, że wykroiłeśs dla mnie tych parę naprawdę miłych, sympatycznych godzin i mogliśmy się spotkać. Ale gdybyś kiedyś jeszcze raz chciał, powtarzam : chciał :) stanąć na głowie w mojej obecności, nie będę się sprzeciwiać, a i stosowny moment z pewnością nadejdzie. Jestem ciekawa zwłaszcza tych wypowiadanych grusz, podczas gdy ciało pozostaje w pozycji odwróconej.
Żałuję,  ale w czasie gdy ja studiowałam nie było zajec z yogi ( katowali nas nordic walkingiem), misie Yogi tak i to w wydaniu przeróżnym, od misiów z lekka nadwagą do jednego misia z nadwagą olbrzymią (przypomniał mi się fragment z dyplomatorium. Otóż ów wspomniany miś, a właściwie obleśny michu z potężną nadwagą i brakiem higieny, niestety!, został wyczytany do odebrania nagrody rektora. Wspomnę jeszcze, że wszyscy tego dnia ubrani byli w togi. Władze w stosowne purpury i sobole ;) dyplomanci w skromne, niebieskie "fartuchy- szelesty", zapinane pod szyją, na jeden guziczek i pętelkę, ważne! guziczek i pętelka znajdowała się po wewnętrznej stronie togi, tak, że po prawidłowym ubraniu togi i zapięciu nie było go widać. Wracamy do wyczytanego kolegi. Teraz wyobraź sobie powagę sytuacji,  stosowna cisza, audytorium zamiera, wyczytywany wstaje ......gdy wstał w celu udania się na scenę, usłyszałam konfidencjonalny szept innego kolegi z roku: teeee, on ma dżudogę na lewą stronę ubraną.  Ogólny rechot na Auli, nawet kadra rechotała. Jeszcze teraz, jak to sobie przypominam to jest mi wesolo.
Faktycznie ten młot ubrał fartuch na lewa stronę,  sugerując się guzikiem, ale już calym wykończeniem, wszystkimi szwami, nie. To było dobre :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz