Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 3 października 2016

czarny poniedziałek

hejjj hoooo!
Tak sobie skrobię, oj nie, tylko nie to,uuu, to takie niepoprawne ideowo i politycznie, nie, nie, nie skrobię, tylko piszę, a wręcz stukam...... noooo co to? znów skrecam w kierunku jakże, a jakże! (nie)pożądanym,  oj oj, to co ja w końcu robię? stukam się po głowie i zachodzę, ooooo nnniieee, ratunku! zachodzę w głowę. A chciałam tylko napisać, że po/piszę się/sobie i Tobie troszkę, wystukując kolejne literki na tablecie.
Ostatni czwartek września przebył niczym w Bogurodzicy, po żywocie rajski przebyt, kirielejson. No więc czwartek przeleciał odhaczon, lub odhaczył przelecon (znów nutka sexistowska! co jest?!)
Dzionek pracowity, a ja w nim, pracowita. Od rana, bo choć nocka rwana i szarpana, to na pierwsze dryń budzika, choć nie skora do żartów na temat wstawania, a tylko w kategorii żart(u)ów należałoby brać dźwięk dzwonka o godzinie 7.00, wstaję bez marudzenia, z tej to prostej przyczyny, że zawsze tak zdziwiona, tak zdumiona, ze nie wręcz zszokowana, jestem nadspodziewanie szybkim przebiegnięciem nocy, że dziób nieczynny, z wrażenia rozwarty, tchu brakuje i nie ma warunków na marudzenie, a potem to już tylko lepiej, bo przecież gadzina za gadzina, upływ czasu, panta rhei.
I znow spacerek w kierunku площади, аэропорта из аэропланами, крутыми тропинками в горы, вдоль быстрых и медленных рек, минуя большие озёра, весёлый шагал человек (to o mnie). Четырнадцать лет ему было (оооо!jednak nie o mnie), и нёс он дорожный мешок, а в нём полотенце и мыло. дальше я забыла.

A wracając, ech, aż nie chce się wracać do opisu tych szarych, monotonnych czwartków, piątków, poniedziałków, egal.
No więc: spacery, obiadki, kaprysy i muchy w nosie u młodej, młody poprawny, ładnie je, ładnie śpi, siusiu na nocniczek, drugi spacer, znów tylko z młodym, bo młoda do fryzjera udała się, z patronką.
Po powrocie odkurzanie, drobne prace porządkowe i gwóźdź programu, czyli wykonanie hand made ciasta - biszkoptu pod tort Sachera, zgodnie z recepturą, jedną z licznych nieautoryzowanych, nielicencjonowanych, bo ta prawdziwa recepta pilnie strzeżona przez kolejne pokolenia cukierników Hotelu Sacher w Wiedniu, jedynie słusznych i prawowitych spadkobierców przepisu. Wyszło chyba  oki, pachnie ładnie, nęci barwą czekoladową, przepis nie był latwy (a tu także brakuje podstwowych sprzętów kuchennych i foremek ciastowych) do wykonania, sama jestem ciekawa smaku, jutro wykonam dalsze czynności, czyli przerżnę ( a jak! klimat listu podtrzymany hihi) na pół, ale nie w poprzek czy też po skosie, nie, nie, to byłoby za proste, przelecę  go :) wzdłuż, a jak, jak szaleć to szaleć, pójdę po bandzie, i wysmaruję konfiturą morelową, tak jak stanowi przepis, a całość obleje polewą z mlecznej czekolady. Chyba godny torcik na uczczenie jubileuszu.

Na spacerku uchwyciłam parę ładnych momentow sic! (chmurki, górki) i po raz pierwszy pożałowałam, że nie wzięłam aparatu fotograficznego,  bo ten fołn nie robi dobrych zbliżeń ( oooo, znow sexik, he he), w ogóle nic dobrego nie robi, same niedobre.

KochaneczkuM caustki dawam i bardzo teskno przytulam
Myślę o TobiE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz