Szukaj na tym blogu

sobota, 5 listopada 2016

listopad

Poniedziałek wieńczący miesiąc  ma sie ku końcowi. Dzionek przeleciał, jak każdy. Rewelacji nie oczekiwałam i mnie nie zawiódł:).
Jak się spało? A otóż i spało mi sie całkiem źle.  Nie wiem,  czy to wina ciśnienia atmosf. czy wysilku basenowego (choć tu akurat zmian zmęczeniowych mięśni nie odczuwam), czy jakiegoś podświadomego stresu? Nie wiem, choć wstałam wciąż wg starego czasu, nawet wyspana, to ze świadomością trudniejszej nocki. Od kilku dni troszkę też boli mnie lewa skron, lewy oczodół, oraz (jak dobrze pamiętam z anatomii ) przedsionek serducha. Kupiłam dziś kwas acetylosalicylowy :), czyli pisząc po ludzku aspiryne, dogadałam się z panią w aptece,  co mi dolega, dobrała chyba stosowną. Zażyłam i ....... czekam. Troszkę minęło. A może to już te lata? Babo co piszesz? Nie może, tylko z całą pewnością, och, och, kobieto ogarnij się.  Dość. Basta per oggi.
Myślę, że trochę  kłopotów, spraw sie skumulowalo, jakies stresogenne sytuacje. Chyba so bene che cosa devo fare. Muszę  przestać wszystko dosłownie brać i na klatę, nabrać dystansu do spraw, których nie przeskoczę, nie kopać się z koniem i nie usilować, a nawet nie próbować wkładać dwóch kapeluszy na jedną głowę (tak mi kiedyś powiedział na uczelni jeden z profesorow, nota bene bardzo w porządku gość, bardzo mi pomógł, ale też rozszyfrowal mnie od razu. Usłyszałam: Ewka nie włożysz dwóch kapeluszy na głowę, musisz wybrać. ).
So bene che cosa devo fare, ma non so da quale parte per cominciare. Tak bo mam już taki charakter.
A wracając do dziś, to wykonałam paszteciki stuffed sauerkraut mit champignon i z reszty ciasta dwie chałki. Ale zabrzmiało,  że niby zrobiłam chałę tylko małą, taką chałkęe. Nie, nie, nie, zrobiłam taki wyrób cukierniczy o nazwie chałka. Skosztowałam, dobre. Ciekawe, czy range rover-owej, eeee.... landlordowej zasmakuje?
Ok. 17 .15 wystroiłam Szelkę w ubranko czarownicy, rajstopki w czarne kocurki, face wymalowalam na pajęczo, chapeau czarowne-czarownicowe na głowę i w drogę.  Podwiozłam ją pod dom koleżanki, a sama, sama i samotna, porzuconaaaaa, buuuuu, nie licząc towarzyszących mi chien-ców, pojechałam nad rzekę, wybiegać czworonogi. Wieczór ładny, rześki, jakieś kląskanie, jakieś pogwizdywanie, nieraz ptaszęcia, nieraz na psy hihihi, coś jakby cykada albo jej podobny cheval, szum i pluskanie plytkiej wody w rzece, opadające z szelestem listki, nadgryziony księżyc, delikatna i niezbyt głośna muzyka w klubie żeglarskim. Szkoda, naprawdę szkoda, że nie mogę takich wieczorów dzielić z innym osobnikiem, takim wrażliwym na przyrodę, wrażliwym na kolory, dźwięki i zapachy. Tutaj jesień "smakuje"zupelnie inaczej, przyjaźniej, przyjemniej. Ale jak się nie ma co się lubi, to.... trzeba otrzeć łzy, pomyśleć pozytywnie i dreptać dalej przez te chemin życia.
Po powrocie z relaksującego spaceru, przez dwie godziny siedziałam w kuchni i czekałam, z michą pełną łakoci, na dzieci, które tego wieczoru miały na progu wykrzyczeć: treat or trick, lub süße oder sauer, lub dolcetto o scherzetto, lub behandle eller knep. Niestety, żadne z dzieci nie zawędrowało pod dom, w którym czekałam.
Po ósmej przytupała Szelka i zażyczyla sobie, żeby jeszcze z nią "na żebry" iść. Dobra, poszłam, ubrałam chiens w kolie hihihi, fajnie mają, w koliach chodzą, i poszłyśmy po kolejny domach, po kolejne cukierki. Przytargała całą torbę wszelakich łakoci. Tak sobie naiwnie (jestem naiwna, niektórzy moi serdeczni znajomi mówią, że to dobroduszność, a ja wiem, że naiwność), że może zostanę poczęstowana. Nic bardziej mylnego. Dziewczę dorasta w pełnym egoizmie, utrwalanym przez brak reakcji na jej zachowanie, egoistyczne zachowanie, jej protoplastów.
Oddała mi jednego, słownie jednego, cukierka, takiego czarnego ciagutka, z lukrecji. Rozpakowany "delikates" trafił do mojej dłoni z komentarzem, że ona takich nie lubi. Noooo słodkie dziewczę i jakie szczere. Oddała nadgryzionego ciągutka. Ja też takich wyjatkowo nie lubię. Wiec dar Szelki wylądował w kibelku.
A ja w końcu, po całym kolejnym dniu spędzonym z energiczną młodą mademoiselle wylądowałam w łóżeczku.  Nie boj się, nawet kolderki nie strzepalam, żeby tego mikro-stworka nie pozbawić przyjemności obcowania z kołdrzanymi tatrami. Aaa teraz już wiem, czemu tak źle spalam. Odzwyczaiłam się od dzielenia przestrzeni nocnej z osobnikiem płci przeciwnej, nie, żebym dzieliła z osobnikiem tej samej płci, nie, nie. Tak tego nie odczytaj. Ale nie bój nic, tego sie nie zapomina, jak jazdy na rowerze :).

Promyczku, dolce raggio spokojnej,  relaksujacej nocki, pogodnego poranka, milej niedzieli.
Ja jutro z nimi do ..... Basel. Ironia losu, serendypiti.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz