Szukaj na tym blogu

wtorek, 15 listopada 2016

Płacz

Ale od początku.
milczenie zakończyła mloda, domagając się interwencji przy ogryzionym paznokciu. Od słowa do słowa i zdecydowała się ruszyć do łazienki.  W łazience stara spiewka: pourquoi?  warum? I tak do znudzenia.
Więc grzecznie, ale  stanowczo powiedziałam, żeby już mi dała spokój,  niech robi co chce, skoro nie chce sie myć, a za to chce podśmiardywać, jej sprawa. Pamiętając,  że muszę na wypowiadane słowa miec szczególne baczenie. Noooo, rozległ sie ryk,  jakby ją co zaatakowało. Spazmy, szloch, łkanie, do utraty tchu. Nie jestem istotą niewrażliwą, rozpoznaję "wymuszony" płacz. Tu, w tym młodym ciele sic! :) rozgrywała się jakowaś tragedya. Zacisnęłam zęby, wymusiłam uśmiech i próbując nie wydobyć z siebie warkotu i gulgotu, poszłam do jej pokoju. Przykucnęłam, żeby nie rozmawiać z nią z pozycji silniejszego (a uwierz mi, że nerw miałam naruszony, agresor załączony,  wystarczyłaby iskra). Spokojnie, jak komu dobremu hihihi, od nowa zaczynam tłumaczyć,  o co chodzi w zachowaniu higieny, ale Ch postanowiła tego wieczoru wypróbować na mnie wytrzymałość psychiczną, nie słuchając mnie coś zaburczała w nieznanym, mnie z pewnością, jej chyba też,  języku :) dialekcie papuaskim lub zgola inuickim. A moje nerwy, jak postronki, napięte do granic.  Uuuuhhhhh, znów po mojej stronie piłeczka. Grzecznie,  z uśmiechem, od nowa. Wzbudziłam tym gadaniem tylko większe niezadowolenie, wyrażające się w narastajacym bulgocie z dodatkiem łez, szlumpów pod nosem i efektów dźwiękowych, których nie powstydziłaby się Violetka Villas. Kuku na muniu. Majtnęłam ręką, zniechęcona tym ....brakiem dialogu i głośno wyrzekłam, że skoro mnie nie słucha, oraz w odpowiedzi na niesłuchanie wydaje z siebie dźwięki niepodobne do niczego, to ja idę do swojego pokoju. Matko, tym otworzyłam furtę do nieznanych emocji. Młoda dała popisową solówe, prawie na bis, prawie na owacje na stojąco. Noooo nie, nie będzie mnie terroryzować. Udałam głuchą, ale wciąż nasłuchiwałam. Repertuar się skończył, aria dobiegła do mety, artystka zmęczona występem.  Słyszę prośbę z jej ust, wydobywającą się w klimacie zgoła innym, niż przed sekundą: Ywa chodź. A że nie byłam skora do biegów na każde jej piśniecie, to ponegocjowałam na odległość.  W końcu, zmiękczona, udałam się do niej. Paraolimpiada.
Stanęłam przed nią i w tym momencie dziecko przytuliło się do mnie, szczerze rozpłakało ( skąd ona ma tyle łez?) i poskarżyło na tę całą sytuację z brakiem rodziców. że nie wspomne o zasmarkanej mojej ulubionej bluzeczce, ale cóż tam wydzielina fizjologiczna na mojej wątlej piersi, gdy tu dramat się rozgrywa. Wygłaskałam po głowie, wysluchałam, że ona chce z mamą un gra, a nie,  że mama wciąż travail. Wiesz, dorosły człowiek na podobne kłopoty poszedłby do baru, pobrał parę "schabowych" i po krzyku. Dziecko, dziewczynka w tym wieku nie radzi sobie jeszcze z emocjami, nie potrafi ich nazwać, a tym bardziej wyartykuować, a zdecydowanie nie umie kontrolować.
A do tego dochodzi brak dialogu, brak rozmów rodziców z nią.  Ona czuje się opuszczona. Szkoda mi jej, to jest fajna, otwarta młoda, tylko trzeba do niej "dopasować klucz". Mnie się to chyba udaje, czasami za pomocą wytrychu hihihi.

A ja naiwnie myslalam, że dziś juz się nic nie przydarzy. Wywołałam wilka z lasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz