Goście odjechali, salonosypialnia odgruzowana, naczynka pomyte, winko wypite, 2 flaszki, wesoło, oj wesolutko, zostało troszkę lazanii, cannelloni wchlonięte, alles ist Ordnung.
Ja przy "Wyludniaczu", boć i dom wyludniony, ale chyba/z pewnością normalnie nic nie rozumiem, o czym SB do mnie rozmawia hihihi.
Jutro lub w piątek muszę oddać lektury do biblioteki, zostanie niefajne poczucie, ze nie podołałam, ale z całych swoich sił próbowałam oraz, co ważne, nie lubię nie doczytać do końca, bo zostaje nieodparte lub nawet nie poparte niczym, wrażenie, że odpuściłam, z różnych przyczyn odpuściłam, a może właśnie za kilka kartek pochłonie mnie lektura bez reszty, zresztą. Nie dałam sobie/jej szansy. Hmmm, cóż, wrócę do niej przy najbliższej okazji, mam tu na mysli Bernharda, bo z SB i jego proza zapisanych stronic do jutra sobie poradzę, niemniej bez zrozumienia, help me.... plażę, aaa, ze plażę, no tak veni, vidi, nie vici, bo jakoweś mikrokrążenie we wodzie się rozplęgły i nie pozwoliły na zwycięstwo . Do wody mi niespieszno było, zwłaszcza, że czujni ratownicy pod egidą wopr odgwizdywali każdorazowo (chyba w wykonaniu Ślązaków, a tablet podpowiedzial? hihi ślimaków, co za intuicja!) próby wejscia do wody. Nie znoszę zakazów, ale jeszcze bardziej nie znoszę, jak ktoś na/do mnie gwiżdzę, bez względu na przynależność organizacyjną gwizdającego, chyba, że gwizdnie, a w tym gwiździe wyczuję aprobatę, zainteresowanie, poklask. Ale i tak mało to i przyjemne i spodziewane, bo to musialoby być fiu fiu bez użycia sifflet'a, ale o czym ja tu deliberuję? głodnemu chlebek na myśli.
Głodna nie jestem, zjadłam dziś sporo, a nawet chyba i bardziej.
na poczatek mozzarelke z pornodorkiem, eee tego, pomidorkiem, kromeczka razowieca i kromeczka żytniegio, do tego sznapsik naleweczki z ironii, nooo nie Effi trzymaj pion, z aronii, potem po grubosci, czyli cannellonii vege plus kotek du rohne, dla innych lazania ze sporym udzialem miesiwa, oczywiscie zapita koteczkiem. Potem kawka, do kawki czarna jak noc listopadowa, tudzież lipcowa, czekoladka, a kawka zaparzona w dzbanuszku i zapodana w filizaneczkach z cieniuchnej, białej, (zd)radzieckiej porcelanki. Zapomniałam, że takie coś mam w kredensiku. Pozostałości po latach świetności, szeroko pojętej świetności, nie mylić ze świętością, bo to nie to samo, choć. ... jakby się zastanowić. .. to może, morze, wracamy do morza. Ładny dzień, słoneczny, nie nazbyt gorący, taki w sam raz. Morza szum, ptaków śpiew, dzika tłuszcza choć w liczbie znikomej, więcej było na morzu niż nad. I to dziwne, że tych w piankach, na deskach bakterie surfujacych omijały szerokim łukiem. Tak podejrzewam, bo ich, tych, co na morzu, zakaz kąpieli nie obowiązywał, a nikt mi nie powie, że na desce nie ma się kontaktu z woda.
uuuu szkolone te (ur)wirusy, przyczajka przy brzegu, a może one, te wirusy i bakterie pływać nie potrafią? I skaczą tylko na tych, co ... pływać nie potrafią? Takie zjednoczenie braci (i sióstr) w nieumiejętność?
A że upał dał się we znaki i przyzwyczajenie, że jak na plaży, to piwko się należy? Jedno małe piwko pour moi, frytki dla młodzieży, ktora to młodzież, a raczej jej organizm charakteryzuje się cechą, pożądaną w latach dorosłych, gdy spożywa się, bez uszczerbku na zdrowiu, produkty zdrowiu nie służące. Nie moja młodzież, nie mój brzuch.
powrót do .... no właśnie, jakby to opisać? Powrót do domku, ale w tempie zgoła olimpijskim, rekord trasy, zaraz, zaraz, autobus jechał prawidlowo, czyli tempem niespiesznym, a mnie od jednego autobusu, ktory zawiózł mnie w okolicę domostwa, do drugiego autobusu, który miał mnie zawieźć do przychodni zostalo 20 minut. Wiec sprint do domu, wjazd winda na 6 pietro, dopasowanie kluczy do odpowiednich otworów, szybki, expresowy prysznic, osuszenie, niezbyt dokładne, ciała, przywdzianie sukienczyny w kolorze maku, wypad w kierunku windy, oczywiście w butach, ściągnięcie jej na odpowiednie piętro, nie tej sukienki ani butów, tylko windy, zwanej, nie wiedziec czemu, dźwigiem osobowym, zjazd do parteru i sprint na przystanek. Zrobiłam to w 15 minut, rekord? rekord.
Wizyta u lekarza - pisałam, drobne zakupy w markecie i powrot do domku.
Resztę juz znasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz