Szukaj na tym blogu

wtorek, 23 października 2018

Motyczka



A ja wczoraj, juz dobrze po południu (południe miałam dobrze zagospodarowane przez M&Msika, zaraz o tym), postanowiłam zrobi odrobinę porządku w miejscach, gdzie w ogródeczku winne krzewy rosną. Mocno zaniedbane, w niedziele je trochę poupinałam, choc stan wiedzy, mojej wiedzy, pozwala na wysuniecie wniosku, ze te krzewy na jesień się obcina, wczoraj postanowiłam rozprawic się z zielenina, co je obrosła w sposób niekontrolowany. Zaniedbania wokół tych krzewów siegaja początku ....wieku? A praca przy nich jest o tyle utrudniona, haczkowanie czy tez motyczkowanie na tych spłachetkach poletek, bo, jak wiedomo, przy winoroslach naciągi z drutu stalowego ograniczają kazdy ruch, kazdy większy zamach na chwasta kończył się blokada sprzętu, bo ten motyczek z jednej strony miał motyczkę z drugiej, zespolony na amen taki trójpazurek, graca chyba na to mówia i ten griffon x 3 skutecznie zaczepywał się o stalowy naciąg, niestety mocno ten naciąg sfatygowany, ponaciągany, zwisający, zwisciąg,  i dobrze ukryty w listowiu, kolor jego tez nie różowy, nie krzykliwy, raczej taki wtapiający się w tło,a poza tym dostęp do chaszczy tylko z jednej strony, bo z drugiej murek tarasu, i choc stary murek starego tarasu, to on nie do ruszenia, a to z powodu, że jako murek ma spełniać swoją role, a to z powodu, że jest trwały, solidny i dobrze się ma. te chwasty pod krzewami takoż samo dobrze się miały, do wczoraj. Dodam, że praca nie byłaby trudna, gdyby te narzędzia były ostre oraz dobrze osadzone. Tak, te dwa elementy potrzebne do uzyskanie szybszego efektu oraz precyzyjniejszych wyników, lub odwrotnie . Tępa motyka chwilami odbijała się od pacyny trawy, sprężynowała, a gdy chciałam uzyc drugiej strony narzędzia, okazywało się to nie takie proste. Jakby ciężar motyczki sprawiał, że za każdym moich zamachem graca sprzte obracał się w moich dłoniach, graca tuz zaraz znajdowała się znów na górze. Nie miałam tego zjawiska nazwać, nie umiałam zrozumieć, początkowo myslam, ze to ten ciężar, różnica w nim, bo jak wiadomo haczka jest wyklepana z jednego kawała stali, graca składa się głównie z przestrzeni, wolnych, bezważnej przestrzeni wypełnionej powietrzem, a te trzy griffonki waża niewiele i ta fizyczny aspekt narzędzia sprawia, że nie da jest mi rozkoszować się oboma koncówkami, tak w miare po równo, jesli nie z przewaga jednej z nich. ale nawet jesli z przewaga, to jednak ja sama chciałabym o tym decydwac, której aktualnie końcówki zyje, a ne, że to bezduszne urzadzenie uparcie decyduje za mnie, sprytnie rotujac sie w moich dłonach. Drugie, chyba racjonalniejsze spostrzezenie dotczace niesubordynacji ogrodniczego narzedzia to takie, że może moje dłonie zbyt małe, dodatkowo nie wyposażone w jakies rekawiczki ze abs, a i trzonek,drewnany, który dzierzyły, wyświechtany, wyrobiony przez lata uzytkownaia. Przypominam, że tepota narzedzia wskazywała na wiek dojrzały. Powalczyłam do końca, tzn do uzyskania w miare zadowalajacego wyniku, wciąz nie pozbawiona wrażenia, że cos tu z tym arzędziem nie gra, wciąz zadziwiana, a jaka sparwnościa ten sprzet sie obraca. W końcu dzwigęłam moje pogarbione plecy, oderwałam wzrok od plantacji, od ziemi, od efektów pracy, spojrzałam na sprzet, jakim od godziny udało m się popracować osuagajac wynik....taki se i cóż zobaczyłam? że owo stylisko drewniane wykrzywione niczym rogal świetomarciński, krzywy niczym szpotawa noga, na całej swojej długości przypominał cięciwę. Ot i zagadka niesprawności, czy raczej sprawności naczej, prostego sprzetu ogrodniczego została rozwiązana. Napiszę wiecej, ten sprzet nie miał prawa, z uwagi na te wydatna krzywiznę, zachowac sie poprawnie. Może, gdybym chwyciła mniej wiecej w połowie, ale tak się nie da pracowac. Odkładajac narzedzie na miejsce, czyli opierajac o nieczynne wrota, bo ten wspomniany, opisany juz garaz dysponuje dwoma wrotami, z czego jedne tylko rozwieralne, drugie zamkniete na sicher, na tych zamknietych 8 sztuk utensyliów ogrodniczych, każde mocno nadgryzione zebem czasu, opartych  w sposób nonszalancki. Czemu ie w garazu? ano, bo tam nie ma miejsca, o tym juz pisałam, ze to aki zachowanek rzeczy niepotrzebnych, taki niepotrzebnik!
Ale ten opisany fragment dnia to jedynie około godzinki, wczesniej atrakcji dostarczała mi M&M, a to żądając uczynienia porzadków w jej szafach. Porzadki polegały głownie na przejrzeniu odziezy, która nazywala letnia, odseparowania jej od tej zimowej (korsykańskie dwie pory roku?), spakowania i wyniesianie do garazu. Może temat nie należał do komplikowanych, nie należałby do skomplikowanych, gdyby nie to, że M&M, jao t klasyczna kobieta, nie umiała się zdecydowac, czy ta bluzeczka jedna letnia czy zimowa, cz te spodnie należały do jej śp Alexisa, który był chłopem na schwał, potęznym, a co za tym idzie to i garderoba nie w rozmiarze XS, jeno słusznym 44/46. gdy sie z tym uporałam, czekały już kolejne atrakcje. ponieważ starsza pani zazyla jakichs magicznych substancji powodujacych rozluznienie w jej trzewiach, a co za tym idzie, takze wydalenie owych zbednych produktów przemiany materii, dodatkowo zdopingowane to wydalenie skutecnym, zaznaczam! dzialaniem zazytego srodeczka......no starczy napisac, że posciel, ubranka, wszystko do zmiany, nie bee juz wdawac sie w szczególy, drastyczne, dot podjetych działan w celu pryzwrócenia cabinetu do stanu używalnosci bez zbednych odruców wymiotnych.
Atrakcji moc! I te majciochy w zlewie. Biedna M&M, cała w przepraszajacej pozie, cała w wyrzutach sumienia, że nie udało jej się zapanowac nad kataklizmem.
Nooo bliska zalamania nerwowego, więc, zeby juz nie dokładac do jej depresji kolejnej jednostki chorobowej, odesłam ja na fotel tarasowy i sprzatałam, sprzatałam, sprzatałam. Hmmm, dało się! Bravo ja!
M&M powodowana, tak mniemam, wyrzutami sumienia, choc do końca o tym nie jestem przekonana, powzięła decyzje, ze chce sie przespacerować, co mnie uradowała ponad miare, potrzebowałam swieżego powietrza :)
a wieczorkiem rozkoszowałam sie zmakiem sledzi, niestety, o czym juz sie przekonałam, mieszkajac w róznych krajach, że tu na południu wedza filety sledziowe nim je zapakuja w rynienki. Po co? nie wiem, wszak one juz dosyc dobrze poddane procesowi konserwacji poprzez nadmierną ilośc soli, po co to wędzenie? smaku raczej nie dodaje No tak, wiem, co kraj to obyczaj, na dalekiej północy kompot ze sledzia z curry w roli głownej, tu sledz podwedzany, bo wcia on nie pickling, ale ten dymek czuc. Wymoczułam dwa filety, naezycie, osuszyłam, dokroiłam delikatnej, słodkiej cebulki, buraczków, juz kupiony w stanie po ugotowaniu, kleksik jogurtu naturalnego, pieprz.....uuuuuu szał ciał i uprzęży, kolacyjka mniam.
A po tych wszystkich atrakcjach jeszcze film fr/rus/ameryk, i juz mozna było udac se za zasłuzony odpoczynek.
Mrauuusłodki, ciekawa jestem Twoich poniedziałkowych działan, a także planów na dzis i kolejne dni. Może w Ardeche bedzie mniej zajety?
Zyczę peknego wtorku, jeslis w podróży to zycze szerokiej drogi i do usłyszenia.

Effa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz