A ja
wczoraj, juz dobrze po południu (południe miałam dobrze zagospodarowane przez
M&Msika, zaraz o tym), postanowiłam zrobi odrobinę porządku w miejscach,
gdzie w ogródeczku winne krzewy rosną. Mocno zaniedbane, w niedziele je trochę poupinałam, choc stan wiedzy, mojej wiedzy, pozwala na wysuniecie wniosku, ze te krzewy na jesień się obcina, wczoraj postanowiłam
rozprawic się z zielenina, co je obrosła w sposób niekontrolowany. Zaniedbania
wokół tych krzewów siegaja początku ....wieku? A praca przy nich jest o tyle utrudniona,
haczkowanie czy tez motyczkowanie na tych spłachetkach poletek, bo, jak wiedomo, przy winoroslach naciągi z drutu stalowego ograniczają kazdy ruch, kazdy większy zamach na
chwasta kończył się blokada sprzętu, bo ten motyczek z jednej strony miał
motyczkę z drugiej, zespolony na amen taki trójpazurek, graca chyba na to mówia
i ten griffon x 3 skutecznie zaczepywał się o stalowy naciąg, niestety mocno
ten naciąg sfatygowany, ponaciągany, zwisający, zwisciąg, i dobrze ukryty
w listowiu, kolor jego tez nie różowy, nie krzykliwy, raczej taki wtapiający się w
tło,a poza tym dostęp do chaszczy tylko z jednej strony, bo z drugiej murek
tarasu, i choc stary murek starego tarasu, to on nie do ruszenia, a to z
powodu, że jako murek ma spełniać swoją role, a to z powodu, że jest trwały,
solidny i dobrze się ma. te chwasty pod krzewami takoż samo dobrze się miały, do
wczoraj. Dodam, że praca nie byłaby trudna, gdyby te narzędzia były ostre oraz
dobrze osadzone. Tak, te dwa elementy potrzebne do uzyskanie szybszego efektu
oraz precyzyjniejszych wyników, lub odwrotnie . Tępa motyka chwilami odbijała się od pacyny
trawy, sprężynowała, a gdy chciałam uzyc drugiej strony narzędzia, okazywało się
to nie takie proste. Jakby ciężar motyczki sprawiał, że za każdym moich
zamachem graca sprzte obracał się w moich dłoniach, graca tuz zaraz znajdowała
się znów na górze. Nie miałam tego zjawiska nazwać, nie umiałam zrozumieć,
początkowo myslam, ze to ten ciężar, różnica w nim, bo jak wiadomo haczka jest
wyklepana z jednego kawała stali, graca składa się głównie z przestrzeni,
wolnych, bezważnej przestrzeni wypełnionej powietrzem, a te trzy griffonki waża
niewiele i ta fizyczny aspekt narzędzia sprawia, że nie da jest mi rozkoszować
się oboma koncówkami, tak w miare po równo, jesli nie z przewaga jednej z nich.
ale nawet jesli z przewaga, to jednak ja sama chciałabym o tym decydwac, której
aktualnie końcówki zyje, a ne, że to bezduszne urzadzenie uparcie decyduje za
mnie, sprytnie rotujac sie w moich dłonach. Drugie, chyba racjonalniejsze
spostrzezenie dotczace niesubordynacji ogrodniczego narzedzia to takie, że może
moje dłonie zbyt małe, dodatkowo nie wyposażone w jakies rekawiczki ze abs, a i
trzonek,drewnany, który dzierzyły, wyświechtany, wyrobiony przez lata
uzytkownaia. Przypominam, że tepota narzedzia wskazywała na wiek dojrzały.
Powalczyłam do końca, tzn do uzyskania w miare zadowalajacego wyniku, wciąz nie
pozbawiona wrażenia, że cos tu z tym arzędziem nie gra, wciąz zadziwiana, a
jaka sparwnościa ten sprzet sie obraca. W końcu dzwigęłam moje pogarbione
plecy, oderwałam wzrok od plantacji, od ziemi, od efektów pracy, spojrzałam na
sprzet, jakim od godziny udało m się popracować osuagajac wynik....taki se i
cóż zobaczyłam? że owo stylisko drewniane wykrzywione niczym rogal
świetomarciński, krzywy niczym szpotawa noga, na całej swojej długości
przypominał cięciwę. Ot i zagadka niesprawności, czy raczej sprawności naczej,
prostego sprzetu ogrodniczego została rozwiązana. Napiszę wiecej, ten sprzet
nie miał prawa, z uwagi na te wydatna krzywiznę, zachowac sie poprawnie. Może,
gdybym chwyciła mniej wiecej w połowie, ale tak się nie da pracowac. Odkładajac
narzedzie na miejsce, czyli opierajac o nieczynne wrota, bo ten wspomniany,
opisany juz garaz dysponuje dwoma wrotami, z czego jedne tylko rozwieralne,
drugie zamkniete na sicher, na tych zamknietych 8 sztuk utensyliów
ogrodniczych, każde mocno nadgryzione zebem czasu, opartych w sposób
nonszalancki. Czemu ie w garazu? ano, bo tam nie ma miejsca, o tym juz pisałam,
ze to aki zachowanek rzeczy niepotrzebnych, taki niepotrzebnik!
Ale ten
opisany fragment dnia to jedynie około godzinki, wczesniej atrakcji dostarczała
mi M&M, a to żądając uczynienia porzadków w jej szafach. Porzadki polegały
głownie na przejrzeniu odziezy, która nazywala letnia, odseparowania jej od tej
zimowej (korsykańskie dwie pory roku?), spakowania i wyniesianie do garazu.
Może temat nie należał do komplikowanych, nie należałby do skomplikowanych,
gdyby nie to, że M&M, jao t klasyczna kobieta, nie umiała się zdecydowac,
czy ta bluzeczka jedna letnia czy zimowa, cz te spodnie należały do jej śp
Alexisa, który był chłopem na schwał, potęznym, a co za tym idzie to i
garderoba nie w rozmiarze XS, jeno słusznym 44/46. gdy sie z tym uporałam,
czekały już kolejne atrakcje. ponieważ starsza pani zazyla jakichs magicznych
substancji powodujacych rozluznienie w jej trzewiach, a co za tym idzie, takze
wydalenie owych zbednych produktów przemiany materii, dodatkowo zdopingowane to
wydalenie skutecnym, zaznaczam! dzialaniem zazytego srodeczka......no starczy
napisac, że posciel, ubranka, wszystko do zmiany, nie bee juz wdawac sie w
szczególy, drastyczne, dot podjetych działan w celu pryzwrócenia cabinetu do
stanu używalnosci bez zbednych odruców wymiotnych.
Atrakcji
moc! I te majciochy w zlewie. Biedna M&M, cała w przepraszajacej pozie,
cała w wyrzutach sumienia, że nie udało jej się zapanowac nad kataklizmem.
Nooo bliska
zalamania nerwowego, więc, zeby juz nie dokładac do jej depresji kolejnej
jednostki chorobowej, odesłam ja na fotel tarasowy i sprzatałam, sprzatałam,
sprzatałam. Hmmm, dało się! Bravo ja!
M&M
powodowana, tak mniemam, wyrzutami sumienia, choc do końca o tym nie jestem
przekonana, powzięła decyzje, ze chce sie przespacerować, co mnie uradowała
ponad miare, potrzebowałam swieżego powietrza :)
a
wieczorkiem rozkoszowałam sie zmakiem sledzi, niestety, o czym juz sie
przekonałam, mieszkajac w róznych krajach, że tu na południu wedza filety
sledziowe nim je zapakuja w rynienki. Po co? nie wiem, wszak one juz dosyc
dobrze poddane procesowi konserwacji poprzez nadmierną ilośc soli, po co to
wędzenie? smaku raczej nie dodaje No tak, wiem, co kraj to obyczaj, na dalekiej
północy kompot ze sledzia z curry w roli głownej, tu sledz podwedzany, bo wcia
on nie pickling, ale ten dymek czuc. Wymoczułam dwa filety, naezycie, osuszyłam,
dokroiłam delikatnej, słodkiej cebulki, buraczków, juz kupiony w stanie po
ugotowaniu, kleksik jogurtu naturalnego, pieprz.....uuuuuu szał ciał i uprzęży,
kolacyjka mniam.
A po tych
wszystkich atrakcjach jeszcze film fr/rus/ameryk, i juz mozna było udac se za
zasłuzony odpoczynek.
Mrauuusłodki,
ciekawa jestem Twoich poniedziałkowych działan, a także planów na dzis i
kolejne dni. Może w Ardeche bedzie mniej zajety?
Zyczę
peknego wtorku, jeslis w podróży to zycze szerokiej drogi i do usłyszenia.
Effa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz