Szukaj na tym blogu

sobota, 6 maja 2017

bachantka?

Taka ze mnie dziś! A moze barchanka? He he effi w barchanach, to by było ;).
Piątek juz finiszuje, a był ładny, słoneczny i ciepły, pod koniec dnia taki był. Finishuje? Skończył się!

U mnie zgodnie z założeniami, bez niespodzianek, dzień pracowity, długi, wyczerpujący.
Mogę pisać troszkę mniej składniej, niż zazwyczaj, gdyż ponieważ ;) jestemopod sporym wpływem niezwykłych i wciąż odkrywanych na nowo właściwościach cennego soku z winnych krzewów, a także wpływu owego soku bezpośrednio na mój organizm. Ale o tym później, jeśli klawiatura  mi hi hi pozwoli.
A od rana lekki zapieprz, bo piątek, więc prac porządkowych więcej, kilka pralek prania,  potem spacerek, potem wyjazd po młodą, obiad, drzemka młodego...... bla bla bla, nic nowego, tyle, że pod wieczór pogoda całkiem się ustabilizowała i pozwoliła na złapanie pozytywnej energii. Słoneczko, prawie 15 °C.
Po południu copiątkowy wyjazd na basen, a przed godzinka na placu zbaw.

Późnym popołudniem, już po zdaniu służby, podjechałam ze znajomymi do pobliskich winnic, na degustacje. Szybka, bo już prawie ostatnimi gośćmi byliśmy. Zawsze się dziwię, czemu/komu takie akcje służą. Wina z tej krainy nie cieszą się renomą, ale żeby nimi od razu szastać na lewo i prawo?  Rozlewać w kielichy bez opamiętania i wszystkim, którzy się pojawią i nie żądać zapłaty, a na dodatek umożliwiać transport podstawionymi busami. Cóż, nie mnie roztrząsać kwestie ekonomiczne właścicieli zapasów,  zostałam zaproszona, więc skorzystałam. A że mało mam możliwości,  okazji do poznania autochtonów oraz naocznie i namacalnie, wręcz "ustnie" doświadczyć tych enologicznych zdobyczy i wykwitów w naturalnym środowisku, to atrakcje przyjęłam z entuzjazmem. Tym razem takoż tubylców nie poznałam, a na ich winach się nie poznałam, mam nadzieję,eże oni na mnie także się nie poznali, hi hi. Takie poznańskie klimaciki.
Faktycznie wina nie powalają na kolanka, zaraz, zaraz, jak to nie powalają, oczywiście,że tak, nawet pozwalają na  przyjęcie pozycji kobiety upadłej oraz lekko sponiewieranej, o nieeee, tu przesadziłam, w rozumieniu,eże wyolbrzymiłam, choć taki malutki płotek, okalający winorośla chciałam przesadzić, czyli przeskoczyć - polski język, trudny język-  ale mnie powstrzymano, nim dobrze zamach, w sensie wymach, kopytkiem powzięłam, z kim ja się, z drugiej strony, zadawam? Nie, że z drugiej strony zadawam, czyli zza placów;), tylko skad inąd zadawam? Ale w aurze starych murów, lekkiej stęchlizny piwnic (mój wiek nie upoważnia do stawiania tez, że się utożsamiam z tymi klimatami, a jednak.... )wśród starego oraz nowoczesnego sprzętu, pras wszelakich, beczek i innych utensyliów, smakowały te wina, a jak!  Jakoś tak łagodnie i bez przymusu, ale ze sporą zachętą sięgałam po kolejne kieliszki. Wolę białe, i takie też degustowalam, nawet jakieś nieklarowane - ponoć taka moda. Chyba jednak w tematyce wina wolę być niemodna i nikogo za to nie winnię, żem wierna alzackim gewürtztraminerkom i rieslingom, pinot gris, pinot grigio, bo nie pinot noir, choc noir profond;),pinokio i pingwin też oki.
A teraz czas na piżamkę i sen nocy wiosennej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz