Szukaj na tym blogu
niedziela, 9 kwietnia 2017
dętka
A potem to już obowiązki, lżejsze, bo niedziela. Chociaż, jak się tak przyjrzeć skrupulatniej, to wcale nie lżejsze. Wycieczka rowerowa, z premedytacją, która skrupiła się na mnie, o czym pozn :), premedytacja polegająca na zmęczeniu młodej, coby tyle nie paplała. Ona wszędzie musi być erste - dobra cecha- więc goniłam za nią na holenderce, podkręcając tempo i prowokując hartmannowy owoc do jeszcze większego wysiłku, że o sobie nie wspomnę. A jeszcze przed wyruszeniem owej holenderce napompowałam tylną oponkę, bo była zupełnie bez powietrza. Nie spodziewałam się, że powietrze ujdzie podczas wyprawy. Wprawdzie wyprawa nie należała do czasochłonnych, tudzież odległochłonnych hi hi, kręciłyśmy się wzdłuż rzeki, potem chciałam podjechać w kier. Murgental :), byłyśmy nawet na dobrej drodze, cisza, spokój, relaks, ale jak przysłuchałam się dźwiękom wydawanym przez wspomniany wynalazek (twórca owej damki musiał mieć nieźle na pieńku z damami,żeby wymyślić coś takiego, taki rower, być może była to twórczyni, co jeszcze gorzej świadczy o jej zamierzeniach i efekcie końcowym w postaci nieergonomicznego w żadnym, najmniejszym nawet calu), a precyzyjniej przez tylne koło, potem skierowałam wzrok podążając za dźwiękami, które przypominały trzeszczenie gumy na asfalcie, a w gruncie rzeczy takimi były, oczom moim (jednemu lekko zezowatemu hi hi hi, ale już nie pamiętam, które to) ukazała się sflaczała opona, bez krztyny, bez bąbelka powietrza, bez śladu po napompowaniu. Uuu uuu, moja buta została ukarana. Do domu był do pokonania odcinek trochę dłuższy, niż ten, który nawigacja Tobie pokazała jako przejezdny, a to była ścieżka rowerowa- pamiętasz? My byłyśmy jakieś pol km w stronę M.
Jazda na tym wynalazku nie należy do łatwej i przyjemnej, a gdy jeszcze wynalazek gubi powietrze, oraz nie jest zaopatrzony w stosowny instrument, który to powietrze na powrót umieścić pośrednio w oponce, a bezpośrednio w dętce, to wyzwanie staje się trudne do sprostania. Ale, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z jednostką wyjątkowo odporną na przeciwności losu hihihi, noooo o sobie tak ładnie piszę, to jakoś, z potężnym akcentem na jakoś, dałam radę dobrnąć do mety. Częściowo odcinek pokonywany był w pozycji, gdy nie korzystałam z siodełka, żeby jak najmniej dociążać tylną oś, co odbiło się na nogach, które musiały wykonać większy wysiłek fizyczny, a na to, żeby zejść z roweru i prowadzić go nie pozwalała mi ambicja. W rezultacie dotarłam umęczona do domu, gdzie szybko napoiłam moje spragnione wody body, ubrałam psom kolie i zaopatrzone w instrument dęty plastikowy, zwany popularnie fletem prostym, udaliśmy się do lasu. Czemu z fletem do naturalnego środowiska, które obfituje w dźwięki wszelakie, a do tego miłe moim Ohre? A no, potomstwo Hart/Moni potrzebowało nabyć wprawy w posługiwaniu się wspomnianym instrumentem, umiejętności niezbędne na jutrzejsza lekcję muzyki. To, co wydobywało się z fletu w żaden znany mi sposób nie moglam nazwać grą. Były to próby, moze etiudy, moze wariacje na nieznany bliżej temat, jęki, skpwyty, piski i rzężenie, gra w żadnym wypadku, a już odtworzenie zapisu nutowego na pewno nie. Znow, jsk podczas uderzenia w klawisze piano, wartości nut, pauzy, akordy nie mialy znaczenia. Dziewczę delektowało się, wręcz upajało wydobywanymi dźwiękami, za każdym dymnieciem w ustnik wykrzykiwało: patrz! jakby to coś miało zmienić, lub w czymś pomóc. Nawet nie miałam ochoty jej korygować, usilnie wzrok mój oraz inne zmysły, żeby od nich nie odejść:) kierowałam na czubki drzew, wsłuchiwałam się w trele ptaków, podziwiałam wiosenną zieleń młodych listków i traw oraz miałam baczenie na psy.
Alles, po kilkukrotym zapewnieniu z mojej strony,eże gra ślicznie oraz, co w muzyce ważne, zgodnie z zamysłem autora (a nie przyszło mi to zbyt trudno) opuściła sobie młoda katowanie jazgotem.
A po powrocie szybka kąpiel jej i moja, włosy jej i moje, pomoc w matmie, uuuuuu, to już była droga przez mękę. Zadania z treścią, która to treść stanowiła zagadkę dla Heli, zreszta dla Eli także, czyli może to były trudne zadania?, a mnie udało się je rozwiązać zupełnie przy użyciu sił nadprzyrodzonych? Nie, nie, nie czułam żadnej interwencji zza światów, a zadanie było ..... łatwe? Dla mnie łatwe? Toż to dritte klasse dopiero, a nie całki i macierze.
czwartek, 30 marca 2017
A sobota idzie dziwnym trybem, ja piszę do Ciebie, a E.odkurza posługując się odkurzaczem, noooo świat nie widział jeszcze tego, hihi. Teraz gdzieś oboje wybyli, pewnie na zakupy, bo w lodowce jeno pingwin i światło :), Hela od 3 godzin zaszczyca swoja paplanina inną helvecką familię, całe szczęście, bo od rana, gdy tylko podniosła powieki, tyłek z wyrka i wniosła wyniosłe body na Este этаж od razu zaczęła nadawać dyszkantem, świdrującym co wrażliwsze organy słuchu, na wysokich obrotach, nieprzerwanie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, sprzeciwiając się zarazem woli, czynnościom i argumentom papy, skąd u niej tyle złości, wręcz agresji tuż po przebudzeniu? Wciąż mnie to dziwi, a nie powinno, już był czas przywyknąć, przejść nad tym do porządku dziennego, a tu zaskoczenie, że znowu zostałam zaskoczona. Zaskakujące dziewczę w zaskakującej familii i zaskoczona tym wszystkim Effi.
Mio Raggio, o czym jeszcze chciałam napisać? W rozmowie sprzed kilku dni usłyszałam od Ciebie, ze nie mam być sobą? To było chyba zapodane :) w kontekście relacji damsko-męskich, chyba. Jak to? To kim mam być? Jaką postc mam przybrać, w kogo się przeobrazić? Ja już poniekąd mam wrażenie, nie, nie wrażenie, wręcz przekonanie, że nie jestem sobą. Poprzednia Effka była lekko rozhisteryzowaną, reagującą nerwowo i ekstremalnie na wszystko, co nie było po jej, słusznej lub nie, myśli. Rzucanie słuchawką, foch, epitety to były narzędzia w zasięgu ręki reki i broń boże, stanąć w promieniu rażenia. Tamta ja była przekonana do swojej jedynie słusznej koncepcji, w bardzo szerokim spektrum rozumianej koncepcji. Zmieniłam się, nie pod wpływem, czy na prośbę, nie, nie, raczej poprzez doświadczenia, z którymi przyszło mi skonfrontować się. samo jakoś tak wyszło, a skonstatowałam po czasie, że ja to hmm jakaś juz inna ja. Wyciszona, nie reagująca zbyt spontanicznie (śmiech został, ufff, całe szczęście). Nie chcę się zmieniać, już nie, dobrze mi w tej skórze, nie czuję, żebym dopasowała do siebie kolejny model "przyodziewku", a moze przybliżysz mi, co miałeś na myśli. Wiesz, ja reprezentuję grupę blondynek z wyboru, procesy myślowe przebiegają u mnie w tempie,któregonależy spodziewać się u blond Lady ( tak mawiał prof od psychologii), więc nie spodziewajmy się oszałamiających rezultatów, heh, to nie prawda. Sama nie wiem, jaka jestem. Wiem,eże u mnie nie ma szarości, jest białe lub czarne, pośredniego brak, że każdą uwagę bardzo biorę do siebie, że szybko poddaję się, choć powinnam chociaż spróbować zawalczyć, że schodzę z miejsca, ustępuję pola walki,eże głęboko przeżywam wszystkie zdarzenia i wydarzenia, że zbyt łatwo można mnie zranić, ale nawet jak rana jest szarpana i głębola, nie chowam urazy, szkoda życia na to. Dobrze mi z tym, ale.....może z czymś innym będzie mi lepiej?
Amen
wtorek, 28 lutego 2017
Królik
Ja właśnie wyłączam żelazko, składam deskę, chociaż nie, deska jeszcze jutro się przyda, bo prasowania odpękano part I, zostaje jeszcze na przynajmniej jeden wieczór. I tak zauważyłam,że choć pralek wciąż 5, to prasowania mniej, chyba oszczędniej dzieci ubieram, choć nie należy z tego od razu wyciągać wniosków, że dzieci zaniedbane, czy (z)goła :) brudne, nie.
A poniedziałek zaczął się spokojnie i po nawet udanej nocce - zbudziłam się tylko 2 razy. Młody swoim spaniem pozwolił na wypicie kawy, przygotowanie warzyw i owoców, jedno na zupkę, drugie na kompocik i sprawienie mięska. Jeszcze przed wyjściem E. zapowiedziała, że młody ma coś z oczami, zaczerwienione, czy jakoś tak (jak ona to w nocy wyśledziła? Młody jak zając, śpi z otwartymi oczami, czy jak? A propos zająca, dziś przyrządzałam dla niej królica :( ) i ona to skonsultuje telefonicznie z pediatra, nie tego królica Boże broń, tylko dolegliwość młodego i gdyby się okazało, że trzeba będzie pojechać, to ja mam się tam z młodym udc, bo ona nie będzie brać wolnego. Tam, czyli do miasteczka obok. Moja wyobraźnia, na mój prywatny użytek, znów fiknęła koziołka, co mnie tu jeszcze spotka? W jakim niby języku mam się dogadać z tym lekarzem? Bo co innego zapytać o drogę, co innego zamow kawę, ale wizyta u lekarza? Jakie jeszcze dodatkowe zajęcia weja do programu obowiązkowego? Całe szczęście, że tym razem do wizyty nie doszło, raportowałam co godzinę o stanie wód głównych rzek ...eee o stanie spojówek i okolic, nic niepokojącego nie zauważyłam. A młody pospał do 8.15, potem śniadanko, potem półtorej godzinki przeznaczonej na konserwacje powierzchni płaskich, runda do suszarni, zupka (przy)goto(wy)wała się sama ;już można było na spacerek, potem obiadek, drzemka, a w tym czasie postanowiłam upiec "pasztet z ziaren słonecznika", ten żółty ser,, mimo, że jest przepyszny, to zaczął mi wchodzić w bioderka i pas, impas :)i. Eufemizm zbyteczny, wlazł mi w biodra i talie, która przestaje byc talią, a zaczyna być balią:). Przestaję być, jak to ładnie określiłeś, compact.
Produkt pasztetopodobny wyszedł nadspodziewanie smaczny, zdrowy i niskokaloryczny, choć nie do końca udało mi się osiągnąć pożądaną konsystencję, ponieważ w tym domu nie inwestuje się w żaden solidny sprzęt kuchenny, nie ma dobrego blendera, nawet takiego niskich lotów, jest blenderek dla Barbie, wyciskarka do cytrusów ino manualna:), sokowirówka ma obroty, które nie pozwalają uzyskać soku, mikserek ręczny, taki "wentylatorek", że Twój przyrządzik
do spieniania mleka ma większą wydajno, nie ma czym pracować. Że nie wspomnę o braku maszyny do szycia, o zwykłych igłach już pisałam.
Królik został skrytykowany, że twardy, a cóż ja mogę, że wyścigowego, czy może ochwaconego zwierza nabyła? Trenerką jego byłam? Nawet nie wiem, z jakiej on hodowli? Czy klatkowy, czy plaine air :) Skąd mogę wiedzieć, jaki tryb życia prowadził ów król? Siedzę w tych mięśniach, czy precyzyjniej pęczkach włókien mięśniowych, śledziłam jego życie i wiem,eże byl raczej sprinterem niż dlugodystansowcem, domatorem czy raczej aktywnym fizycznie? Miałam wpływ na rozwój jego masy mięśniowej? Suplementowalam dietę? Nawet go nie kupowałam, to do kogo pretensje? Ale poddusiłam te miesnie jeszcze dodatkowe półtorej godziny, i jak do tej chwili nie zmiękłyy, to już tego nie zrobią. Wprawdzie to nie jajko kurzęce,eże im dłużej gotujesz, tym bardziej na twardo, choć i jajo swoje granice wytrzymałości ma, a wiem to stąd, że kiedyś moja siostra nie wyłączyła na czas palnika pod garnuszkiem z jajkiem i jajko doskoczyło do sufitu i tam zostało, aż do ....remontu, i nie było w jednym kawałku, jak doskakiwało to już było go duuuużżoo :), białko zwierzęce działa dokładnie odwrotnie, tzn nie wiem, czy też nie doskakuje do sufitu, gdy zbyt gorąco mu się zrobi, zwłaszcza,że to królik to i skakać potrafi, ale gdy zachować odpowiedni poziom, nazwijmy to nawodnienia, to powinno spokojnie w garnku stracić swoją hardość, eeee twardość, pod warunkiem, że nie wyzionęło ducha ze starości lub nie było sterydowym koksem za życia, bo wtedy żadna, znana mi i przy użyciu dostępnych przyrządów, obróbka termiczna nie podoła. Taki zwierz, czy precyzyjnie jego mięso staje się super odporne na wszelkie działanie sił zewnętrznych. Masz poniekąd wrażenie, że walczysz z osłem. Uparciuchem.
niedziela, 5 lutego 2017
Stawiając czoła namowom przyjaciół, żeby aktywnie oraz w okolicy spędzać wolny czas, a także podejmując decyzje, które stają się, w moim przypadku, często wyzwaniem, jeśli nie wezwaniem, takim swoistym (z)ewem:) postanowiłam wyruszyć w najbliższe jurajskie górki.
Za cel postawiłam sobie Col de la Tourne, jedyne 1066 m, zgodnie z jednymi źródłami, i ponad 1100 powołując się na inne (później będzie o tym, skąd ta różnica, taka hipoteza, moja!). Odległość od domku niespełna 15 km, w jedna stronę, po liniach krzywych, bo jak wiemy, pod górkę trzeba obrać technikę trawersowania, czasem tak, jak idzie droga, czasem, gdy droga ginie pod miękką, śniegową, jakże zdradliwą, poduchą, wyznaczyć jednorazowo pożądany kierunek. Tak było i tym razem. Najpierw kolejką do Neuenburga, stamtąd do Chambrelien i wysiadka ......w gęstej zadymce śnieżnej oraz potężnej wichurze. Z zapełnionego pociągu wysiadła jedna, jedyna desperatka....Effičca i zaraz stała się niewidoczna dla towarzystwa w ciepłych wagonach. Otuliła mnie gęsta, chłodna i wdzierająca się za kołnierz, śnieżna kołdra. Ale, żem baranica, co się zowie, to juz nie opuściłam, a raczej przypuściłam szturm na ową górkę. Nie miałam zresztą wyjścia, pociąg dziwnym trafem po jednych torach tylko, w kierunku niepożądanym, a o mijance nie miałam bladego pojęcia. Nie zaprzątało mi to głowy, bo zamierzałam pokonać już do końca całą trasę, w te i wewte, nożnie. Droga prowadziła przez Rochefort, chcąc się upewnić, czy aby dobrze spamiętałam, już na zewnątrz rozpostarłam "analogową" mapę i nim dostrzegłam ustalony punkt, nim przywołałam wytyczony kierunek, mapa przeszła w stan płynny, zasilając wioskową infrastrukturę kanalizacyjną, o ile taka istniała. Pozostało zaufać pamięci, która już na rezerwie leci. Wiedziałam, że pod górkę, że trochę po szosie, trochę przez las. Wyruszyłam. Chwilam było całkiem przyjemnie, chwilami całkiem nieprzyjemnie, wiatr raz był sprzymierzeńcem, raz wręcz odwrotnie, chwilami miałam wrażenie halsowania po bezkresnych połaciach śniegu . Tych odwrotnych razów jakoś więcej, w przewadze. Dość, że na kolejnych OS urywałam po 10 - 20 minutek. Na polane, udającą szczyt, wdrapałam się przed założonym czasem. I teraz o tej różnicy w podawanych wartosciach/wysokościach. Na gorze było tyle śniegu, że nie sposób było odszukać konkretnej drogi, myślę że to przechodziło...... ludzkie pojęcie:), uklepany na sporą wysokosc, słupki, na których umieszczono kierunki marszruty były,, oraz były na poziomie ....moich kolan, a jak niektórzy wiedzą, kolana mam nie za wysoko. O kolankach też jeszcze napiszę. Zasypane śniegiem.
Warunki, raczej ich brak oraz kompletne przemoczenie odzieży nie pozwoliły na wykonanie choćby jednego zdjęcia, telefon nie reagował, udając zamoczenie (dlatego też moja pisaninka może być niewiarygodna sic! i niechaj taka zostanie). Jeszcze rozważałam wejście na nie odległy szczycik, ale kolejny podmuch mroźnego wiatru oraz świadomość,eże mam mokre stringi, zdecydowały za mnie. Odwrót.
Schodzilo się rewelacyjnie, bo po pierwsze- z górki:), po drugie w dziewiczym, kopnym śniegu, który wdarł się niepostrzeżenie w obuwie i tam, w postaci wody już pozostał (do teraz), po trzecie każdykrok przybliżał mnie do domku. Dodatkową atrakcję stanowiły przejeżdżające pługi odśnieżne, które koncertowo odwały robotę, odwalając śnieg na pobocze, po którym ja się przemieszczałam. Pługi nie były jedynymi dostarczycielami rozrywki, w postaci dodatkowych śnieżno-błotnych porcji na moich/od Ciebie legginsach, to co lemiesze zaniedbały nadrabiali co gorliwsi kierowcy. Nie powiem, byli i tacy co zwalniali, byli i tacy, przed którymi umykałam w zaspy. W trakcie tego powrotu śnieżyca przemieniła się w deszczyce. A mnie już było obojętnie, oraz bardzo mokro i zimno. Futerko na kapturze przykleiło się do czoła, cała kurtka przykleiła się do innych części ciała . Palce prawej dłoni nie nawiązywały już porozumienia z mózgiem, a może odwrotnie? Telefon, pozostający w wewnętrznej kieszeni kurtki postanowił zamo(mil)knąć. Krople deszczu dążyły kark, mimo nasuniętego, i obsuwającego się pod ciężarem wody kaptura woda była wszechobecna.
Dobrze, że choć droga znana. Postanowiłam iść krótszą trasą, niż pod górę, i choć to się wiązało z ciągłym umykaniem przed chlapiącymi samochodami, to wydawało się rozsądniejsze.
Gdy już tak całkiem przemoczona, zmarznięta, zrezygnowana, bliska łez, spowolniłam, najpierw zatrąbiło, a potem zatrzymało się niepozorne auto z niepozorną parą emerytów i z samochodziku wydobyło się pytanie, w którym usłyszałam tylko znaną nazwę znanej mi miehsciwości. Od razu skojarzyłam, że nie pytają o droge, tylko proponują podwózke. Grzecznie podziękowałam i skorzystałam z okazji. I tym sposobem w domku znalazłam się cała, bez oznak zbliżającego się całą mocą obłędu, choć dalej mokra do suchej nitki.
Gdy zajęłam odzież, która nie tak latwo się poddawała owej operacji, ponieważ zmonoliciła się z moim body przez te wodne godziny, moim oczom ukazały się......makowoczerwone uda oraz filetowe, niczym śliwka węgierka, kolana, (być może inne części ciała również nie odbiegały kolorem, ale wzrok nie sięgał) śliwkowe plamy porozlewane na kształt kontynentów, pomyślałam, że to za sprawa pięknych i praktycznych, choć dziś przechodzących chrzest bojowy, legginsów które, pod wplywem nasączenia pozbywały się nadmiaru farby. Ale żeby tylko na kolankach, a cóż im kolanka uczyniły, że zostały uhonorowane barwą oberżyny? A co z resztą ciała, przyoblekniętego jeno w purpurę?
Pierwszy raz doznałam czegoś takiego i z myślą, że mydełko sobie z tym poradzi, wskoczyłam pod prysznic. Nic bardziej mylnego. Jakby tego było mało, całe ciało zaczęło przedziwnie swędzieć i mrowić. To akurat umiałam sobie wytłumaczyć - zbytnie wychłodzenie niektórych części ciała, ale co z kolankami?. Ileż mogę stać pod prysznicem i szorować? Czym szorować, kiedy nie schodzi.
Uporałam się jeszcze z włosami i powzięłam decyzję, niełatwą! o wyjściu spod natrysku oraz,że już do końca życia będę skazana na jakieś nogowe dolegliwości, które dodadzą kolorytu. Komu?
Na szczęście, po kilkudziesięciu minutach śliwkowe plamy powoli przeszły w zaczerwienienie, potem zaróżowenie, aż wróciły do normy. Ja starałam się także dojść do normy, ale niemoc rodzicielska objawiająca się w niemożności uspienia F. oraz jego protesty wyrażane głośnym rykiem stanowiły antybodziec relaksacyjny. Właściwie to ja nie umiem znaleźć rozwiązania na czas mojego wolnego weekendu w czasie niepogody.
wtorek, 24 stycznia 2017
szoping
Wyobraźnia moja wystartowała, już widzę stanikowo-majtkowa część sklepu, wszystko na wieszaczkach, wszystko w zasięgu rak młodego, wszystko dostępne, stosy stringów, tang i innych niewymownych, z tkanin dalekich strukturą do bawełny przemysłowej, innych underwearów, które ześlizgują się, opadają z wieszaczków lub z całymi wieszaczkami, na podlo, miedzy nimi Filipek, jak pajdokracja, to pajdokracja, a co! a wózek znów stanie się niepotrzebnym gadżetem, bo przecież wiadomo wszem i wobec, że dzieciom w wózku jest niewygodnie. Dobrze, gdyby młody nie zaniechał wycia, gdy traci matkę z oczu oraz nie zaniedbał podnoszenia rączek do góry, który to gest przez rodziców rozumiany jest jako "weź mnie", tak jak to czynił dziś , to ja będę miała raczej spokój, a mamunia owego Filipka będzie staniki mierzyć z młodym na ramionach, bo każda próba, przynajmniej dziś tak było , przekazania go mnie kończyła się wrzaskiem, jego wrzaskiem. Chyba będę miała fajny dzień. Muszę tylko przybrać wyraz twarzy "tępa idiotka" i z ochotą , acz wielkim opóźnieniem biec na ratunek, tak En jak i rozrzuconej bieliźnie. Nie wierzę, że dla siebiescoś znajdę, nawet specjalnie nie będę szukać , mając na uwadze fakt,że wtedy mogłoby mi coś umknąć z atrakcji czynionych przez tę dwrójkę , a to zdecydowanie będą chwile niepowtarzalne, tak jak niepowtarzalny jest każdy segment każdego dnia. Sama jazda samochodem, rozbieranie przed upchnięciem w fotelik, a swoją drogą ciekawe, że w foteliku dziecku jest/musi być wygodnie, a w wózku już nie, ponowne wciskanie w przyodziewek rozbrykane maleństwa, rzecz na parkingach samochodowych będzie się odbywać, ponowne rozdziewanie młodego w sklepie, zapowiada się fantastyczny dzień.
Ale to nie wszystko.
Dziś zostałam dwukrotnie zaskoczona, chyba musiałam zrobić wielgachne oczy, bo Edyta też takie zrobiła. Pierwsze pytanie dotyczyło obiadu. Wczoraj rozpoczęłam rozmrażanie skawalonego mięcha, na jutrzejszy obiad, bo jak wszyscy (ci, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z wołowiną (taki to okaz właśnie był , dodatkowo opisany - rosołowe) wiedzą , że to mięso z gatunku opornych na obróbkę termiczna, często też efekt końcowy daleko odbiegający od za i nie da rady w pół godziny wykonać strawnego i smacznego sic! obiadu. A właśnie z takim pytaniem, czy mięso już jest gotowe spotkałam się pół godzin od przystąpienia do produkcji bitek. Szarpnęło mną, ale zdecydowałam się tylko na głupawą minę, wspomniane duże oczy i siłą stłumiłam charkot. Drugie pytanie dotyczyło jutrzejszej wyprawy do sklepu oraz na zajęcia, precyzyjniej dot kwestii wyżywienia, ale wyżywienia młodych. Naprawdę nie wiem, jak ona do tej pory funkcjonowała. Dzieci z gatunku jedzących chleb, czy to jest problem zrobić kanapki? Czy ona myślała, że ja zabezpieczę gorącą wodę i kaszkę oraz utensylia wszelakie w postaci misek, łyżek i czego tam jeszcze i będę na parkingu, pośród samochodów warzyć strawę? Jej wina, bo zamiast przyzwyczaić dzieci,eże rodzice siadają na kawkę, choćby w centrum handlowym, to i one spokojnie by coś zjadły, to swoim dziwnym podejściem do macierzyństwa spowodowała, że teraz ma dylemat. Zaprawdę powiadam, dzień będzie ciekawy
niedziela, 25 grudnia 2016
WOPR
Goście odjechali, salonosypialnia odgruzowana, naczynka pomyte, winko wypite, 2 flaszki, wesoło, oj wesolutko, zostało troszkę lazanii, cannelloni wchlonięte, alles ist Ordnung.
Ja przy "Wyludniaczu", boć i dom wyludniony, ale chyba/z pewnością normalnie nic nie rozumiem, o czym SB do mnie rozmawia hihihi.
Jutro lub w piątek muszę oddać lektury do biblioteki, zostanie niefajne poczucie, ze nie podołałam, ale z całych swoich sił próbowałam oraz, co ważne, nie lubię nie doczytać do końca, bo zostaje nieodparte lub nawet nie poparte niczym, wrażenie, że odpuściłam, z różnych przyczyn odpuściłam, a może właśnie za kilka kartek pochłonie mnie lektura bez reszty, zresztą. Nie dałam sobie/jej szansy. Hmmm, cóż, wrócę do niej przy najbliższej okazji, mam tu na mysli Bernharda, bo z SB i jego proza zapisanych stronic do jutra sobie poradzę, niemniej bez zrozumienia, help me.... plażę, aaa, ze plażę, no tak veni, vidi, nie vici, bo jakoweś mikrokrążenie we wodzie się rozplęgły i nie pozwoliły na zwycięstwo . Do wody mi niespieszno było, zwłaszcza, że czujni ratownicy pod egidą wopr odgwizdywali każdorazowo (chyba w wykonaniu Ślązaków, a tablet podpowiedzial? hihi ślimaków, co za intuicja!) próby wejscia do wody. Nie znoszę zakazów, ale jeszcze bardziej nie znoszę, jak ktoś na/do mnie gwiżdzę, bez względu na przynależność organizacyjną gwizdającego, chyba, że gwizdnie, a w tym gwiździe wyczuję aprobatę, zainteresowanie, poklask. Ale i tak mało to i przyjemne i spodziewane, bo to musialoby być fiu fiu bez użycia sifflet'a, ale o czym ja tu deliberuję? głodnemu chlebek na myśli.
Głodna nie jestem, zjadłam dziś sporo, a nawet chyba i bardziej.
na poczatek mozzarelke z pornodorkiem, eee tego, pomidorkiem, kromeczka razowieca i kromeczka żytniegio, do tego sznapsik naleweczki z ironii, nooo nie Effi trzymaj pion, z aronii, potem po grubosci, czyli cannellonii vege plus kotek du rohne, dla innych lazania ze sporym udzialem miesiwa, oczywiscie zapita koteczkiem. Potem kawka, do kawki czarna jak noc listopadowa, tudzież lipcowa, czekoladka, a kawka zaparzona w dzbanuszku i zapodana w filizaneczkach z cieniuchnej, białej, (zd)radzieckiej porcelanki. Zapomniałam, że takie coś mam w kredensiku. Pozostałości po latach świetności, szeroko pojętej świetności, nie mylić ze świętością, bo to nie to samo, choć. ... jakby się zastanowić. .. to może, morze, wracamy do morza. Ładny dzień, słoneczny, nie nazbyt gorący, taki w sam raz. Morza szum, ptaków śpiew, dzika tłuszcza choć w liczbie znikomej, więcej było na morzu niż nad. I to dziwne, że tych w piankach, na deskach bakterie surfujacych omijały szerokim łukiem. Tak podejrzewam, bo ich, tych, co na morzu, zakaz kąpieli nie obowiązywał, a nikt mi nie powie, że na desce nie ma się kontaktu z woda.
uuuu szkolone te (ur)wirusy, przyczajka przy brzegu, a może one, te wirusy i bakterie pływać nie potrafią? I skaczą tylko na tych, co ... pływać nie potrafią? Takie zjednoczenie braci (i sióstr) w nieumiejętność?
A że upał dał się we znaki i przyzwyczajenie, że jak na plaży, to piwko się należy? Jedno małe piwko pour moi, frytki dla młodzieży, ktora to młodzież, a raczej jej organizm charakteryzuje się cechą, pożądaną w latach dorosłych, gdy spożywa się, bez uszczerbku na zdrowiu, produkty zdrowiu nie służące. Nie moja młodzież, nie mój brzuch.
powrót do .... no właśnie, jakby to opisać? Powrót do domku, ale w tempie zgoła olimpijskim, rekord trasy, zaraz, zaraz, autobus jechał prawidlowo, czyli tempem niespiesznym, a mnie od jednego autobusu, ktory zawiózł mnie w okolicę domostwa, do drugiego autobusu, który miał mnie zawieźć do przychodni zostalo 20 minut. Wiec sprint do domu, wjazd winda na 6 pietro, dopasowanie kluczy do odpowiednich otworów, szybki, expresowy prysznic, osuszenie, niezbyt dokładne, ciała, przywdzianie sukienczyny w kolorze maku, wypad w kierunku windy, oczywiście w butach, ściągnięcie jej na odpowiednie piętro, nie tej sukienki ani butów, tylko windy, zwanej, nie wiedziec czemu, dźwigiem osobowym, zjazd do parteru i sprint na przystanek. Zrobiłam to w 15 minut, rekord? rekord.
Wizyta u lekarza - pisałam, drobne zakupy w markecie i powrot do domku.
Resztę juz znasz.
czwartek, 15 grudnia 2016
po/grzaniec
Hejka, Drogi ...
sorki, sorki, mam już w sobie jednego ugrzanego puncha z zawartością 8,5% alko i smakiem żurawiny od Canady - względy natury medycznej przemówiły za zakupem (nabyciem, hihih, drogą kupna), nic innego tylko dla zdrowotności, bo jak wiemy, żurawina na pęcherz dobra jest. Co oczywiście nie oznacza zaraz, że mam kłopoty i problemy ze strony układu warszaws...... eeee, tego ... moczowego, nie, no, nein. Profilaktyka, Kochany, profilaktyka tańsza od leczenia. Reasumujac, jestem nagrzana, Jezzzuuuu, co ja wypisuje, zabierzcie mi klawiaturę, nie, zabierzcie mi tableta, nim palne kolejne głupstwo lub umieszczę w tekście sarkastyczną, ironiczną, kpiacą, cyniczną etc. uwagę. Z góry przepraszam, dziś nie odpowiadam za paluchy u rąk - mózg, blondynki z wyboru swoje, dłonie swoje. Sama jestem ciekawa, co jeszcze napiszę, a pysk już mi się raduje, a w szarych oczętach przeskakują diabliki hihihi.
Ale wracając do powitania, jeszcze raz
Hejka, Raggio, dobry wieczór, tu R..t!!!
Dzionek, jak to dzionek, zaczął się, ale troszkę później, bo dzis frei w école, spacer w dużym deszczu w chiencami, petit déjeuner dla S., małe porządki i wypad na basen.
Zamiast wypadu do Z. trafiła się nam, czyli Szelce i mnie, niebywała atrakcja w postaci wypadu do lokalnego, wioskowego, pobliskiego basenu. Oni zabrali mi "moje autko", Range z gatunku czolg zostawili, bo paliwożerne, a do mojej dyspozycji zostawili Volvo, które nadaje sie tylko na krotkie dystanse, sprinter jakiś, czy co? Ogólnie zmiana zaplanowanych na piątek atrakcji.
Przebywając tu, w tym mieście, w tym domiszczu i w tej familii zaczynam mieć wątpliwości, czy przez przypadek nie zmieniono mi, w ferworze walki i zmian wszelakich, mojego imienia, bo tu wciąż wszystko, co bezpośrednio mnie dotyczy, zmienia się w zaskakującym tempie i w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Tylko jak to sprawdzić? Zawołam na siebie i zobaczę, czy zareaguję.
A piateczek dzis deszczowo-barowy, leje od wczoraj, czasam ze sporymi podmuchami wiatru, jest w miare ciepło, ale bardzo, bardzo mokro. A pobyt na plywalni jakby dodatkowo nawilżył moje ciałko, ale bez podmuchów -cokolwiek to znaczy (oooo, zaczyna sie hihihi).
Dziś zrobiłam w godzinę bez 5 minut 62 długości baseniku, co daje 1550 m. Ale to piszę tylko i wyłącznie w kategorii info, a nie chwalenia się. Taki news pomiędzy newsami o chienas, o S., o aurze itd.
Pokonywałam kolejne długości, a myśli swobodnie krążyły wokol różnych spraw i osób i choć byłam z młodą, która usiłowała pod woda wykrzyczeć Yyywaa regarde (domyslasz sie, że ze skutkiem null), to tak jakby bez niej, bez jej nawoływania. Odsapnęlam od niej. Potem jeszcze miłe mojemu ciałku bąbelki jakucjowe, relax, fajnie, a potem to jusz dusz, Kleider y, i kawka w barze, w oczekiwaniu na młodą. Do domku zjechałyśmy ok. h 18. Kolacyjka, wspomniany ugrzany i powodujący ugrzanie punch, ojojo skończył sie. Poczekaj, idę po kolejną porcyjke, nigdzie nie odchodź, czekaj, bo się pogniewamy :))).
Jestes? Nooo, masz szczęście ;).
Po kolacyjce usłyszałam prośbę, czy nie pojechałabym po jakieś słodycze do Coop. Tu, w S mają przegwizdane, bo zakupy robia w kupie albo szparze. Kto tak sklepy nazywa? Wyobraź sobie, dzwoni Twoj telefon: gdzie jestes? w szparze, wziąć coś dla ciebie? Albo: słabo cię słyszę, bo jestem w szparze, lub : jestem właśnie w kupie, nie potrzebujesz czegoś? Noooo witki opadają, co można wziąć ze spar...u/y, a czego można szukać w coop ie? Dziwny, zaiste, dziwny kraj. Słodycze, a w tym czekolady nabyłam w .... coopie :)).
I wiesz co, tak sobie brnę dalej w rozważaniach i naszło mnie takie spostrzeżenie. Bo zobacz, to ich ( Sz, ale nie chcę uogólniać, że rzecz dotyczy wszystkich) proste, żeby nie napisać prostackie, ale nie, nie bójmy się, jednak prostackie (i nie o prostacie to będzie. Chociaż! Chyba jednak troszkę tak, bo to, o czym chcę napisać, gdzies tam w niedalekim sąsiedztwie tegoż gruczołu się, nooo może nie rodzi, ale wydobywa... Effka pierwsze ostrzeżenie - uspokój się. Przepraszam, a ile mogę dostac ostrzeżeń? Co? no co? zapytać nie można? ) zachowanie, mam tu na myśli swobodne dysponowanie czasem i decydowanie o momencie podzielenia się z obecnymi .... radosnymi nowinami z cylku " mam problemy gastryczne" lub zgoła z innej strony przewodu pokarmowego. Co u niektórych wywołuje salwy smiechu, a u Ludów Północy zażenowanie, konsternację, zawstydzenie. Oraz nieśmiałość w zwroceniu uwagi na niestosowne zachowanie. A to nieobyczajne zachowanie jest, być może, skutkiem robienia zakupów w tych sklepach.
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach. Mocno wierzę, że nauki przekazywane młodej pozwolą jej bez z(a)mieszania uczestniczyć w towarzyskim życiu, juz jako dorosła panna.
Może to jedno pokolenie jest, z przyczyn nieznanych, felerne?
Wychlałam drugą szklanice grzanca, a po trzecią nie chce mi się iść. Przyniesiesz po drodze? oki.
Takie i inne rozmyslania towarzyszyly mi dziś.
A teraz idę pogadać z rodzinka, a Tobie życzę udanego, choć ciasnego wieczoru. No nie, ale wyszło, a miałam na myśli, ze ciasno będzie w Twoim apartamencie. Doooobra, nie rozwijam, bo dostane czerwoną kartkę.