Odnotowano, ze sporą radością, koniec dnia.
A dzien obfity w wydarzenia, ale przewidywalne, choć nie oczekiwane.
Nocka z tych short, budzik znów spowodował moją ogromną niedowiarę, że to już, że jak to? Dlaczego coś ma śmiałość dzwonić koło ucha o tak śródnocnej porze? Buta i arogancja niespotykana! Członki wydobyte z kołdrzanych czeluści, wbiegnięcie na stare tory, nagle, dobrze, że kierunek właściwy obrałam, bo mogłabym zostać stratowana, czyli po minięciu drzwi od razu na prawo, zgodnie kierunkiem wybiegu dla pokłosia. Potem dobiegnięcie do expressu, zrobienie kawy, chwilę później kaszy i tak już do wieczora, w parterze, w górze, zabawy na dywanie, noszenie młodego wraz z podrzutami, a tzw międzyczasie, którego normalnie nie ma, ale jeden raz w tygodniu musi się pojawic, ogarnięcie powierzchni płaskich, odkurzenie, umycie, wszystko to w niespełna godzinę, bo tyle udało mi się wygospodarować....... Nic specjalnego, do momentu wybudzenia F. z popołudniowej drzemki i wyjazdu w kierunku chińskiego specjalisty od medycyny naturalnej. Czasu mieliśmy aż nadto, wiec Damy udały się do sklepu w celu wymiany odzieży, ja otrzymałam polecenie udania się z F. nad jezioro, gdzie cicho, pusto. Dziś powietrze jemu nie (za)szkodziło, to samo mroźne, wilgotne, bez słońca w każdy inny dzień niebezpieczne, dziś nie i sama nie wiem, po czym rozpoznaje się różnice, kiedy można na spacer z młodym, a kiedy trzeba, a kiedy jest mus, czy nawet wręcz odwrotnie. Poszłam karnie, zdyscyplinowanie, zmarzłam, że nie wspomnę, że bylismy jedynymi spacerowiczami na ścieżkach okołojeziorowych. Chłód przenikliwy, moze inaczej, źle dobrałam garderobę do tej aury, jak to w Norge mówią, że nie ma złej pogody, tylko ludzie niestosownie ubrani. Po godzince powrót do centrum miasteczka i wkroczenie w przyjazne gabinetowe progi, a tam "badanie" les enfants przez obywatela Państwa Środka, stwierdzenie, że wszystko oki, co raduje, więc chyba nie będzie już embarga na spacery:), bo tych spacerów, a precyzyjniej dni do spacerowania, w tym roku zostało 6. Wykonanych, czy raczej w grafiku moim privé 6.
Potem jeszcze landlordowa zostala poddana próbie ogniowej, tzn mag naturalny postawił jej, na jej plecach, 5 baniek, przedtem jednak dźgając fald skórny w okolicach prawej łopatki igłą i powodując podzuirawienie owego miejsca, ból i wydostanie się "złej krwi" na zewnątrz. Czy ta zła krew wie(działa), że jest zła i że musi opuścić (nie)przyjazne tetytorium? Skąd wiadomo, ile jest zła w tej krwi i czy akurat w tym momencie przepływała przez mięsień nadgrzebieniowy, ta zła przepływała i czy to była krew natlenowana czy odtlenowana, aortalna czy żylna? Sporo pytań, kilka dźgnięć igłą, kilka kropel krwi.
Z początku byłam pewna, widząc igłę w dłoni oprawcy, że to kroki do akupunktury, ale któż, nawet z laików w temacie, dziubie igłą raz po raz uszczypnięty fald skóry wraz z tkanką tłuszczową, nie tędy droga. Jak się spodziewałam, bańka skrywająca obszar dziobany zaróżowiła się nad wyraz, inne pozostawały w tyle, inne bańki. Sam zabieg trwał 10 minut, ale to wystarczyło do małej demolki gabinetu, w wykonaniu pokłosia, wylania wody, porwania gazet, które służą, noooo do tej pory służyły innym wizytującym ten przybytek, wdeptania ciasteczek w dywan, rozdzierających ryków i wiele innych atrakcji. Moje zmysły szalały, wzrok nie nadążał za dwójką rozkosznych maleństw, które kolejno szarpały kable jakiejś specjalistycznej aparatury, domagały się uwagi lub odwrotnie, waliły w podłogę wielgachną łyżką do wkładania butów i wyrażały głośny i kategoryczny sprzeciw, gdy tę łyżkę usiłowałam raz jednemu raz drugiemu dziecku, raz z jednej raz z drugiej dłoni odebrać, pożerały w tempie godnym hieny kolejne ciasteczka, przedtem skutecznie i pieczołowicie rozdrabniając je. Obańkowana matka pociech od czasu do czasu wydawała dźwięki, które miały zdyscypliować jej latorośle, bezskutecznie, bez efektów, tych przyjętych, założonych.
Ona cierpiała fizycznie, podczas niewielkiej utraty "złej" krwi, we mnie moja słodka i nad wyraz dobra krew gotowała się z/w niemocy, wrzała i kipiała, starała się uchodzić wszelkimi możliwymi otworami i to nie wykonanymi techniką dźgnięć i pchnięć przez specjalistę i przy użyciu igły. A od młodej usłyszałam, że jak będę grzeczna to pójdę z nią na zakupy. Kochanie, nie chcę być grzeczna, nie chcę być skazana na ciężką harówę, zwaną górnolotnie zakupami, bo to jest jednostronne, egoistyczne dawanie ujścia zadowoleniu, gdy mój udział sprowadza się do zadowalania młodych i przyzwalania na demontaż espozycji i wygarnianie poszczególnych części garderoby z półek i wieszaków, przy bezgłośnej aprobacie protoplaski i moim dzikim, acz skrytym szale, i nie o garderobie teraz piszę :).
ze wszech miar potrzebuję urlopu, ja nie nadążam z odpowiednimi i odpowiedzialnymi reakcjami, dziś nawet zostałam kopnieta, plaśnięta w twarz oraz w głowę. Jedynie słuszna reakcja na takie potraktowanie mojego ciała nie znalazłaby zrozumienia w oczach matki, więc z całych sił (uwierz, że kosztowało mnie to sporo) opanowałam prawidlowy odruch i zmusiłam własne ciało do niepodejmowania interwencji, choć miło mi nie było.
Spogladam na zegarek i oczom nie wierzę (chyba te plaśnięcia w głowę były mocniejsze, niż myślałam:) ), że zbliża się jutro, a ja kończę dopiero skrobaninke.
Szukaj na tym blogu
wtorek, 13 grudnia 2016
Chinski mag
poniedziałek, 28 listopada 2016
Powrót
Juz wszyscy w komplecie, wrzaski, piski i tupot.
Zdążyłam się wyduszować, nakremuje moje wymęczone body później, tak w dresiku, z kopytkami wyprostowanymi, na stabilnym materacu, który nie podskakuje na wertepach :), łapię końcóweczke soboty.
Mio ragazzo, piszesz, ze jestem twarda. Hmmm... hmmm... i tak i nie.
Przecież to nie ja prowadzilam potężny środek lokomocji, pchać ani ciągnąć także go nie musiałam. Do mnie należało wtargać podręczny bagaż wraz z podręcznym ciałem, zająć miejsce, czasami wykonać wyjście, wszystko, lista zadań w kategorii "twardzielka roku" wyczerpana. Twarda? że wiek? Ze zasechłam? Ze się zczerstwiłam? Nooo nie wiem, nie mam w zwyczaju nagryzać się, trochę się boję bólu zadanego przez własne członki, nawet, jak miałam zaordynowane zastrzyki przeciwzakrzepowe w powłoki brzuszne, to tak się przed hand made zabiegiem spinałam, że brzuch mógłby w takich momentach brać udział w pokazach fitness i nie wiem, czy bym w strefie medalowej się nie znalazła:). Ale to były krotkie momenty. Te spinaczki mięśniowe, bardziej w kierunku spastycznych hihihi.
Trudy podróży zaliczone, zdiariowane, odłożone do archiwum. Kolejna podróż za mną. Troszke duma mnie rozpiera, że wiem, w ktorym miejscu Z. się znalazłam, jak dojść samodzielnie na dworzec, jak wymóc na automacie zakup biletu (nawet stałam się expertka, taka samozwaniec :), bo pomogłam jednej współpasazżerce zakupić tickecik), cała podróż nie była uciążliwa, bo nie skazano mnie na bezpośrednie sąsiedztwo z gadatliwą babą. Do S. mogłam rozkoszować się dwoma siedzeniam, a że nie było fifiirifi i sprzęt do puszczania filmów był atrapowaty, to specjalnie nie przeszkadzało, czytałam sobie miłe mej duszy fragmenty, trochę podrzemałam, tak nadrabialam krótką nockę przełomową. Owszem, przerzutka w S. byla trochę niekomfortowa, bo pół godz musiałam czekać na kolejny autobus, w lekkim mrozie. Dałam radę :), kolejny środek transportu był w pelni zapakowanu, ale, że to była juz głęboka nocka, to nie zostawało nic innego, jak kontynuować sen. Troszkę mój żołądek się buntował, dawał jakieś.... ostrzegawcze znaki, coś jakby hm E. znajdź drogę ewakua, bo może się przydać, lub wyrychtuj woreczek, no a nóż. ... ale nie poddawałam się, odpędzałam wek te natrętne skargi ze strony układu pokarmowego, jaaaakkoosss się udało. Ranek już niczego nie pamiętał hihi. A po godz 8.00 kolejna przerzutka, do kolejnego autobusu, wielgachnego, tzw piętruska, znów sama mogłam dzielić dwa siedzenia i na wszystko spogladałam z wysoka. Ale i tu nie było różowato, bo pokładowa toaleta, konstruktor której nie przewidział tak częstego korzystanie, przestała współpracować z chętnymi, więc nawet do mojej blond glowki nie przyszło, żeby coś pić. Głodna, i nie tylko, udałam się na docelowy dworzec, to już wiesz, znalazłam właściwy Gleis, tram i w miare spokojnie dojechałam do O.. I tu moje globtroterskie doświadczenie dało mi po ukatarzonym nosie. Nie wiedziałam, o której mam kolejny pociąg, oraz z którego pieronu, okazało się, że wystarczyło wyjść z jednego pociagu i przejść na druga strone peronu i wsiąść do drugiego, który już zdążył ruszyć, zanim się skapowałam. Na następny musiałam czekać równo godzinkę, było-minęło ( kolejne doświadczenie, które zapamiętam). W ten sposób powiedzenie, że podróże kształcą nabrało innego znaczenia. A po 5 minutach jazdy, czyli do przystanku, na ktorym wsiadłak dowiedziałam się, że dalszą drogę odbędę pieszo, bo moi właśnie w tej chwili wystartowali z domku do L. Bywa, co zrobić.
Przetuptałam te ostatnie kilkaset metrów, przywitałam sie z chiencami, zrobiłam manger, wyspacerowałam czworonogi, wyduszowałam się.
The end. Resztę znasz.
Odnoszę wrażenie, że wszystko wskoczyło na stare tory.
Przyjechałam do "siebie", leżę w "swoim" łóżku i daj Boże, jak najdłużej rozkoszować się tymi klimatami. Wszystko inne i z innymi ;) się ułoży.
Raggio dolce raggio, a Ty w końcu gdzie? Nomada z Ciebie wyrasta, albo taki rak pustelnik, tylko w troszkę innym znaczeniu, bo nie zmieniasz mieszkanek, dlatego, że z nich wyrosłeś, tylko, że los tak chciał. A ukwiał wędruje razem z Tobą? Poproszę o odpowiedź, czy ukwiał, który ma w swojej naturze przemieszczać się wraz z rakiem/krabem, wędruje razem z Tobą?
sobota, 26 listopada 2016
fachowcy
Juz jestem spokojniejsza, bo wiem, że wylądowałeś na zimnej, skandynawskiej ziemi :). To, że zimno, nie powoduje u mnie spokoju, tylko fakt, że już dotarłeś. Zimno zawsze wzbudza niepokój, u mnie wzbudza niepokój o to, że może stać się jeszcze zimniej.
I jak tu spokojnie, a także poważnie, pisać o niepokojach, gdy wystukując, czy raczej wydotykując kolejne litery na dotykowej klawiaturze, bezduszny sprzęt podpowiada słowa rodem z ....podwórka. Przykład? Chcesz przykładu? Choćby teraz, rozpoczynając klepać słowo "stać" ten "wszechwiedzący" nawiedzony tablet podpowiada i z uporem godnym maniaka trwa przy wyrażeniu, opisujacym jakże odmienną czynność, z tych fizjologicznych, pożądanych, codziennych, ale niekoniecznie do podzielenia się z najblizszymi. Noooo...... oki, bo znajdę za daleko, ale ryjek mi się śmieje od tych skojarzeń i podpowiedzi :).
Promyczku, wtorek przeleciał. Rano wyprawa do jednego z tych wielgachnogabarytowych sklepów, w celu nabycia, hihihi drogą kupna, preparatów ujędrniająco -spalająco-nawilżających (niekoniecznie wszystkie te cechy występują na raz we wszystkich specyfikach), zrealizowanie jednego mojego kaprysu ( i nie zrozum mnie źle, mam mnóstwo kaprysów, w ogóle to cała skladam się z kaprysów, ale ten jeden dziś muuusialam zrealizować), potem szybki powrót do domku, bo jednak umówieni na dziś fachowcy od/do wywiercenia 8 otworków w suficie i ścianie, po uprzednim potwierdzeniu, potem odwołaniu wizyty, w koncu podjęli decyzję, że nadjadą. Swoją decyzją, a raczej swoim niezdecydowaniem wprowadzili chaos w mój pieczołowicie uklepany grafik przedpołudniowy. Ale zależało mi na tych ...... otworkach, wiec nie marudziłam, na głos nie wyrażałam swojego niezadowolenia ze zmiany moich planów, które nierozerwalnie wiązały się z początkowym brakiem ich planów wobec moich otworków. Fachowcy wykonali zadanie szybko, pozostawili po sobie budowlany kurz i oddalili się w sobie znanym kierunku.
Zobowiązałam syna do uporządkowania łazienki, a sama udałam się na kolejną sklepową eskapadę. Odebrałam zamowione okularki, wykupiłam pigułki w aptece, weszłam w posiadanie :) goldwassera, innych artykułów bardziej lub mniej spożywczo-jadalnych, a wśród nich tusz do rzęs, ktory z natury rzeczy jest niejadalny, a także niezjadliwy, choć czasem powoduje zajadłe pieczenie powiek, śledziki, którymi nie umiem oraz nie chcę się najeść, a które nie powodują poirytowania, nooo chyba, że nagle postanowią skończyć się, i wtedy irytacja usprawiedliwiona, chrzan, ktory wcale nie jest do chrzanu, ciabatte z oliwkami, którą pożarłam w drodze do domu, za kazdym kęsem obiecując sobie, że to już ostatni kęs i niedotrzymując słowa. Ale dobrze, bo ta zeżarta buła pozwala mi na funkcjonowanie do teraz - zapomniałam, że jestem głodna, a tak naprawdę nie jestem.
Po powrocie z zakupów rzuciłam sie w wir porządków, które stały się czynnością niezbędna po przemeblowaniu, dalszym, ale już ostatecznym (do kolejnego mojego przyjazdu), potem spotkanie z namiastką zimy - lodówka i zamrażalnik wolały już o pomoc, do tego stopnia, że szuflady odmówiły współpracy i nie uwalniały produktów. To już za mna, a takze segregacja - uuuuu, pejoratywny wydźwięk he he - torebek z produktami, ktore żywot swój zakończyły rok, dwa, trzy lata temu.
A teraz siedze przy gorącej herbatce, spokojnie mogę oddać się chorobie, nie, nie, nie, żartowałam. Mam czas, żeby pisac do Ciebie, infekcja nieodwołalnie zmierza do finiszu, tylko zaczerwieniony nochal wskazuje na niezbyt delikatne obchodzenie się z nim w ostatnich dniach i nockach. Tak to jest, jak się wkłada nos w nieswoje sprawy :).
Moj Promyczku, robię przerwę w pisaniu, udaję się po kolejną herbatkę, a może jakiś kisiel? A może jogurt? Hmmm, sama nie wiem, czy i co chcę zjeść. Inaczej, wiem, co bym zjadła, ale tego nie mam w domu, wiem, czego nie chciałabym zjeść i nawet nie staram się przypomnieć, czy tym czymś dysponuję. Do wyboru mam: pierogi, pasztet z kaczki, sery żółte (w niektórych regionach kraju nazywane twardymi lub krojonymi ), twarożek, taki mmmm pyszny, grani, jajka, pstrąga w galarecie, makaron, porcje wczorajszego pomarańczowego risotto... Chyba świeża, gorąca herbatka wygrała, a przy niej pomyślę, co zrobić na kolację, zjesz ze mną? Zapraszam.
Wrócę wieczorkiem, buziaki.
środa, 16 listopada 2016
Buty
Kończy się środa, pracowita, bo od rana do teraz (jest 20.25) miałam dyżur z młodą. Rano, jak to rano, pobudka, śniadanko do szkoly, psy do lasu, ja na wybieg, patroni do pracy. Zgodnie z planem.
Jak wróciłam z lasu, pełna pozytywnych myśli, pełna energii, którą to energie pobrałam od pięknie świecącego słoneczka, którego promienie i Promyk przedzierał się przez łysiejące gałęzie i odnajdywał moją face, z każdym moim krokiem podążając wraz ze mną. Jak on to robil?
Powrót do pustego już domku, porządki, pranie, taaakie tam drobne prace, powrót Sz ze szkoły. Miałyśmy udać się na basen, ale pogoda zrobiła sie taka na "krótki rekawek i 3/4 nogawek", więc opcja schwimmen odpadła, ale pojawiła się opcja gipfel. Troche trwało, żeby do tego pomysłu zapałała Sz, ale w końcu moja siła perswazji potrafi cuda zdziałać hihihi.
Spacer piękny, męczący, ale w tak sprzyjajacych okolicznościach przyrody, że trudno było mi uwierzyć, że to już listopad. Po trzydniowej szarudze i chłodzie nie pozostalo śladu. I dobrze.
Na wędrówkę ubrałam, wbrew rozsądkowi, buty na takiej specjalnej podeszwie. Czemu wbrew rozsądkowi? Otóż owa podeszwa absolutnie nie spełnia wymagań Bergschuhe, brak jakiejkolwiek przyczepności do podłoża, które w przeważającej części składa się z rozpaćkanych liści, rozdyźdanej mazi błotnej i innych składników, które pozostawiają po sobie zwierzęta lasowe. Podeszwa o specjanym przeznaczeniu. I teraz attentionné! Celem użytkownika buta z tą spécial podeszwą jest uksztaltowanie pośladków - tak głosił napis na pudełku, tak głosiły tabloidy, tak głosiły gwiazdy "ze ścianki", czyli jak się go ma to się ma zgrabne sic! pośladki. A precyzyjniej, jak się go użytkuje aktywnie.
Właścicielką i użytkowniczką rzeczonego obuwia jestem już czwarty rok (dobry wyrób, markowy, skórzany), ale nie umiem wypowiedzieć się na temat skuteczności tej cechy, dla ktorej nabyłam drogą sponsoringu trzewiki. Być może nie doczytałam, o czyje pośladki chodzi? Bo szybciej ukształtowałabym cudze pośladki posyłając w ich kierunku solidnego kopa, ale to i bez specjalnej podeszwy można uzyskać, trzeba tylko znaleźć w miarę spokojną, opanowana ofiarę hihihi, gotową na test, a potem naocznie przekonac się o efektach.
Jednym słowem buty dostarczały dodatkowych efektów w postaci niezaplanowanych ślizgów w dół, idąc tak w górę jak i w dół, braku stabilności, buksowania, potknięć, efektów dźwiękowych: wszelakich mlaśnięc, plaśnięc i bulgotów. Coś pięknego i chip!
Może nie podniosły mi pośladków :), ale zdecydowanie poziom adrenaliny. Czyli jednak coś tam zmieniły w moim body.
Udany spacer.
Powrót do domu, powolne przygotowanie kolacyjki, lekcje angielskiego i matematyki -Geld. Dusche jej i moje, spożycie manger w moim pokoiku, na moim, dobra, niech będzie, że moim, łóżeczku, avec chiens, a jak!
Jakieś gry, memory, piosenki o jagódkach, oraz przewroty w przód, w tył i "mostki". Cóż, uczciwie przyznaję, że przewrót w przód oki, ale w tył nie próbowałam, ze strachu przed porażką, a mostek wyszedl mi .... połowicznie - biodra dźwignęłam, reszta ciała nie współgrała z biodrami. Ojjj trzeba potrenować.
wtorek, 15 listopada 2016
Płacz
Ale od początku.
milczenie zakończyła mloda, domagając się interwencji przy ogryzionym paznokciu. Od słowa do słowa i zdecydowała się ruszyć do łazienki. W łazience stara spiewka: pourquoi? warum? I tak do znudzenia.
Więc grzecznie, ale stanowczo powiedziałam, żeby już mi dała spokój, niech robi co chce, skoro nie chce sie myć, a za to chce podśmiardywać, jej sprawa. Pamiętając, że muszę na wypowiadane słowa miec szczególne baczenie. Noooo, rozległ sie ryk, jakby ją co zaatakowało. Spazmy, szloch, łkanie, do utraty tchu. Nie jestem istotą niewrażliwą, rozpoznaję "wymuszony" płacz. Tu, w tym młodym ciele sic! :) rozgrywała się jakowaś tragedya. Zacisnęłam zęby, wymusiłam uśmiech i próbując nie wydobyć z siebie warkotu i gulgotu, poszłam do jej pokoju. Przykucnęłam, żeby nie rozmawiać z nią z pozycji silniejszego (a uwierz mi, że nerw miałam naruszony, agresor załączony, wystarczyłaby iskra). Spokojnie, jak komu dobremu hihihi, od nowa zaczynam tłumaczyć, o co chodzi w zachowaniu higieny, ale Ch postanowiła tego wieczoru wypróbować na mnie wytrzymałość psychiczną, nie słuchając mnie coś zaburczała w nieznanym, mnie z pewnością, jej chyba też, języku :) dialekcie papuaskim lub zgola inuickim. A moje nerwy, jak postronki, napięte do granic. Uuuuhhhhh, znów po mojej stronie piłeczka. Grzecznie, z uśmiechem, od nowa. Wzbudziłam tym gadaniem tylko większe niezadowolenie, wyrażające się w narastajacym bulgocie z dodatkiem łez, szlumpów pod nosem i efektów dźwiękowych, których nie powstydziłaby się Violetka Villas. Kuku na muniu. Majtnęłam ręką, zniechęcona tym ....brakiem dialogu i głośno wyrzekłam, że skoro mnie nie słucha, oraz w odpowiedzi na niesłuchanie wydaje z siebie dźwięki niepodobne do niczego, to ja idę do swojego pokoju. Matko, tym otworzyłam furtę do nieznanych emocji. Młoda dała popisową solówe, prawie na bis, prawie na owacje na stojąco. Noooo nie, nie będzie mnie terroryzować. Udałam głuchą, ale wciąż nasłuchiwałam. Repertuar się skończył, aria dobiegła do mety, artystka zmęczona występem. Słyszę prośbę z jej ust, wydobywającą się w klimacie zgoła innym, niż przed sekundą: Ywa chodź. A że nie byłam skora do biegów na każde jej piśniecie, to ponegocjowałam na odległość. W końcu, zmiękczona, udałam się do niej. Paraolimpiada.
Stanęłam przed nią i w tym momencie dziecko przytuliło się do mnie, szczerze rozpłakało ( skąd ona ma tyle łez?) i poskarżyło na tę całą sytuację z brakiem rodziców. że nie wspomne o zasmarkanej mojej ulubionej bluzeczce, ale cóż tam wydzielina fizjologiczna na mojej wątlej piersi, gdy tu dramat się rozgrywa. Wygłaskałam po głowie, wysluchałam, że ona chce z mamą un gra, a nie, że mama wciąż travail. Wiesz, dorosły człowiek na podobne kłopoty poszedłby do baru, pobrał parę "schabowych" i po krzyku. Dziecko, dziewczynka w tym wieku nie radzi sobie jeszcze z emocjami, nie potrafi ich nazwać, a tym bardziej wyartykuować, a zdecydowanie nie umie kontrolować.
A do tego dochodzi brak dialogu, brak rozmów rodziców z nią. Ona czuje się opuszczona. Szkoda mi jej, to jest fajna, otwarta młoda, tylko trzeba do niej "dopasować klucz". Mnie się to chyba udaje, czasami za pomocą wytrychu hihihi.
A ja naiwnie myslalam, że dziś juz się nic nie przydarzy. Wywołałam wilka z lasu.
niedziela, 13 listopada 2016
gołąbki
A jeszcze wczoraj, przed moim wyjściem, młoda, znów zaryczana, zasmarkana, przebiegła do mnie, do łazienki bo właśnie kończyłam czyścić kabinę prysznic.- i wysmarkwaszy się w mój rękaw, poskarżyła na swój los. Nie rozumiałam tej trzyjęzycznej mowy, ale domyśliłam się, także po wcześniejszej akcji, czytaj wrzasków na młodą i straszenie, że jak nie zrobi czegoś tam z matmy, to pójdzie do drugiej klasy, że jakiś dramat przeżywa. O losie! Przytuliłam ową kupkę nieszczęścia, pocieszyłam w jedynym znanym sobie języku i coś tam opuściło. Uciszyła się i ucieszyła. A rano o 8.30 zawładnęła moją prywatną przestrzenią i wlazła pod moją kołdrę. Chyba muszę sprawić sobie ..... hm hm jakowyś stosowny przyodziewek nocny. Tak jak Ty wspomniałeś, że spanie sauté obfituje w doznania przycieżkiej koldry, to dla mnie spać w czymś, to jak owinąć się wstęgami płótna niczym mumień. Chyba na dłuższą metę, mam na myśli parogodzinny wypoczynek nocny, efekt byłby totalnego zejścia bez możliwości skorzystania z klawisza Esc i można by mnie w tym przenieść do sali dydaktycznej GUMedu. Takie mna targają odczucia w temacie pyjamy.
A wracając do młodej i jej pojawienia się w mojej samotni, gdzie od jakiegoś czasu kawałeczek materaca i pościelki dzielę z ministworkiem, jej wizyta nie ucieszyła mnie, bo znów zostałam brutalnie wyrwana z czułych, delikatnych, mmmmmhhhhh pożądanych objęć strażnika snu.
Ale do kogo ma to młode się udać? U Effki drzwi stoja otworem, górne kończyny gotowe do wzięcia w objęcia (wolałabym brać w objecia przedstawiciela płci przeciwnej, a już ponad wszystko być brana w objęcia tegoż), oraz umysł do przyjecia potoku bla bla bla.
sobota, 5 listopada 2016
listopad
Poniedziałek wieńczący miesiąc ma sie ku końcowi. Dzionek przeleciał, jak każdy. Rewelacji nie oczekiwałam i mnie nie zawiódł:).
Jak się spało? A otóż i spało mi sie całkiem źle. Nie wiem, czy to wina ciśnienia atmosf. czy wysilku basenowego (choć tu akurat zmian zmęczeniowych mięśni nie odczuwam), czy jakiegoś podświadomego stresu? Nie wiem, choć wstałam wciąż wg starego czasu, nawet wyspana, to ze świadomością trudniejszej nocki. Od kilku dni troszkę też boli mnie lewa skron, lewy oczodół, oraz (jak dobrze pamiętam z anatomii ) przedsionek serducha. Kupiłam dziś kwas acetylosalicylowy :), czyli pisząc po ludzku aspiryne, dogadałam się z panią w aptece, co mi dolega, dobrała chyba stosowną. Zażyłam i ....... czekam. Troszkę minęło. A może to już te lata? Babo co piszesz? Nie może, tylko z całą pewnością, och, och, kobieto ogarnij się. Dość. Basta per oggi.
Myślę, że trochę kłopotów, spraw sie skumulowalo, jakies stresogenne sytuacje. Chyba so bene che cosa devo fare. Muszę przestać wszystko dosłownie brać i na klatę, nabrać dystansu do spraw, których nie przeskoczę, nie kopać się z koniem i nie usilować, a nawet nie próbować wkładać dwóch kapeluszy na jedną głowę (tak mi kiedyś powiedział na uczelni jeden z profesorow, nota bene bardzo w porządku gość, bardzo mi pomógł, ale też rozszyfrowal mnie od razu. Usłyszałam: Ewka nie włożysz dwóch kapeluszy na głowę, musisz wybrać. ).
So bene che cosa devo fare, ma non so da quale parte per cominciare. Tak bo mam już taki charakter.
A wracając do dziś, to wykonałam paszteciki stuffed sauerkraut mit champignon i z reszty ciasta dwie chałki. Ale zabrzmiało, że niby zrobiłam chałę tylko małą, taką chałkęe. Nie, nie, nie, zrobiłam taki wyrób cukierniczy o nazwie chałka. Skosztowałam, dobre. Ciekawe, czy range rover-owej, eeee.... landlordowej zasmakuje?
Ok. 17 .15 wystroiłam Szelkę w ubranko czarownicy, rajstopki w czarne kocurki, face wymalowalam na pajęczo, chapeau czarowne-czarownicowe na głowę i w drogę. Podwiozłam ją pod dom koleżanki, a sama, sama i samotna, porzuconaaaaa, buuuuu, nie licząc towarzyszących mi chien-ców, pojechałam nad rzekę, wybiegać czworonogi. Wieczór ładny, rześki, jakieś kląskanie, jakieś pogwizdywanie, nieraz ptaszęcia, nieraz na psy hihihi, coś jakby cykada albo jej podobny cheval, szum i pluskanie plytkiej wody w rzece, opadające z szelestem listki, nadgryziony księżyc, delikatna i niezbyt głośna muzyka w klubie żeglarskim. Szkoda, naprawdę szkoda, że nie mogę takich wieczorów dzielić z innym osobnikiem, takim wrażliwym na przyrodę, wrażliwym na kolory, dźwięki i zapachy. Tutaj jesień "smakuje"zupelnie inaczej, przyjaźniej, przyjemniej. Ale jak się nie ma co się lubi, to.... trzeba otrzeć łzy, pomyśleć pozytywnie i dreptać dalej przez te chemin życia.
Po powrocie z relaksującego spaceru, przez dwie godziny siedziałam w kuchni i czekałam, z michą pełną łakoci, na dzieci, które tego wieczoru miały na progu wykrzyczeć: treat or trick, lub süße oder sauer, lub dolcetto o scherzetto, lub behandle eller knep. Niestety, żadne z dzieci nie zawędrowało pod dom, w którym czekałam.
Po ósmej przytupała Szelka i zażyczyla sobie, żeby jeszcze z nią "na żebry" iść. Dobra, poszłam, ubrałam chiens w kolie hihihi, fajnie mają, w koliach chodzą, i poszłyśmy po kolejny domach, po kolejne cukierki. Przytargała całą torbę wszelakich łakoci. Tak sobie naiwnie (jestem naiwna, niektórzy moi serdeczni znajomi mówią, że to dobroduszność, a ja wiem, że naiwność), że może zostanę poczęstowana. Nic bardziej mylnego. Dziewczę dorasta w pełnym egoizmie, utrwalanym przez brak reakcji na jej zachowanie, egoistyczne zachowanie, jej protoplastów.
Oddała mi jednego, słownie jednego, cukierka, takiego czarnego ciagutka, z lukrecji. Rozpakowany "delikates" trafił do mojej dłoni z komentarzem, że ona takich nie lubi. Noooo słodkie dziewczę i jakie szczere. Oddała nadgryzionego ciągutka. Ja też takich wyjatkowo nie lubię. Wiec dar Szelki wylądował w kibelku.
A ja w końcu, po całym kolejnym dniu spędzonym z energiczną młodą mademoiselle wylądowałam w łóżeczku. Nie boj się, nawet kolderki nie strzepalam, żeby tego mikro-stworka nie pozbawić przyjemności obcowania z kołdrzanymi tatrami. Aaa teraz już wiem, czemu tak źle spalam. Odzwyczaiłam się od dzielenia przestrzeni nocnej z osobnikiem płci przeciwnej, nie, żebym dzieliła z osobnikiem tej samej płci, nie, nie. Tak tego nie odczytaj. Ale nie bój nic, tego sie nie zapomina, jak jazdy na rowerze :).
Promyczku, dolce raggio spokojnej, relaksujacej nocki, pogodnego poranka, milej niedzieli.
Ja jutro z nimi do ..... Basel. Ironia losu, serendypiti.