Szukaj na tym blogu

niedziela, 30 października 2016

Poniedziałek

Tu oki, na tyle, na ile oki można nazwać panującą tu atmosferę - patroni wczorajszej nocy znów dość głośno perorowali między soba, a właściwie były to dwa równoległe,  jednoczesne monologi. Temat dyskusji chyba jeden, ale mocno skrajne zdania, powodujące wybuchy emocji, podniesiony ton. Akcja rozwijała sie błyskawicznie, i choć nie rozumiałam ani jednego slowa (owszem, były "czytelnie" wypowiadane, ale w obcy dla mnie języku hihi) po tonie i następujących po sobie reakcjach mogłam się domyślać, że każdy z nich broni swojego zdania jak niepodległości. Bałam się, że obudzą młodą, bo jej pokój graniczy bezpośrednio z przestrzenią owego nocnego spektaklu.
Nocka przeleciała, przyleciała kolejna wtorkowo-srodkowa. A od rana: rytualny poranny obchód chiens/Effi/las, jakieś prace porządkowe, lunch Szelki, znów prace polegające na myciu, czyszczeniu, odkurzaniu.
Powrót młodej, wyszykowanie jej na  Klavierunterricht, bo dziś miała zgodę od rodzicielki, że może sama się udać do madame od klawikordu :), potem z chjensami i młodą nad rzekę. Szybko zapadający zmrok, oraz uchodząca para z ust nie pozwalała delektować się spacerem.
Do przedwczoraj myślałam, że uda mi się "przezimować" bez stosownego, ciepłego odzienia w postaci kurteczki czy paltocika, nie wspominajac o Handschuhe, Kopfschuhe, Schuheschuhe hihihi. Bo czemu buty są na dłonie i stopy, a na głowę to już nie?
Jednak po dzisiejszym poranku zmieniłam zdanie, noooo chyba, że w tzw miedzyczasie aura zmieni zdanie, na co skrycie liczę.
Wszystkie moje ciepłe ubranka, czapeczki, szaliczki, rekawiczki i buciki zostały w domku. Pakowałam sie do H...i przed 7 lipca, w okresie gdy u nas i tu panowały upały, chwilami nieznośne rozkoszne upały.  Weź tu człowieku w takiej chwili myśl o kurtce puchowej i ciepłych glovsach, nie da się. Od samego myślenie o tego typu odzieży robiło się jeszcze gorecej. I tym sposobem wylądowałam w alpejskim kraju bez alpejskiej ochrony. Ale spoko, coś się wymyśli.  A na niedziele prognozują ciepełko, sonne, petit nuages. W B...l tak ma być. Nie wiem, jak w Strassgrodzie, ale...... ale sie dowiem i Tobie powiem.

Właśnie moi powrocili z roboty,  obiadek dla nich przygotowałam, stoi gotowy do ogrzania. Dla Goliata pierś kurzęca (on nie jada warzyw, pod żadna postacią, wyjątek stanowią ziemniaki, pod każdą postacią) i ugotowane, przygotowane do odsmażenia nomen omen kartofelki :), dla niej jarską zupkę z czarnej soczewicy z dużą iloscia warzyw, bez kartofelków (ona nie jada mięsa, wyjątek robi dla ryby). Tłuką się obecnie po kuchni. Matulu, czy oni nie potrafią cicho rozmawiać?  Chyba nie.
Strasznie akustyczny jest ten przybytek, otwarte przestrzenie robią swoje.

Dzis młoda dopytywała się o Paryż.  Zobacz, doppelte kiełbasi z halbieren, a pamięta rozmowę sprzed tygodni. Musiałam jej powiedzieć, że nic z tego. Oni nawet z nią nie rozmawiali, że jedno z nich się nie zgodziło. Smutno to przyjęła, ale, że zyje mocno egocentrycznie i jest w tym utwierdzana, to jej sie wydaje, ze jak poprosi papę to on, jak zwykle, ulegnie jej urokowi i da promesse na wyjazd. Ja wolalabym o tym, jakie ruchy zostana ostatecznie ustalone, wiedzieć szybciej. Ale, tak jak w każdym innym temacie, to w tym nie spodziewam się zmiany zdania przez papu asa :).

Szkoda. Wywołując ten temat młoda poruszyła delikatna, osobistą strunę w moim  fiz-psych body.

Promyku dający ciepło, opromieniający te jesienne szarugi i mgły, a teraz życzę Tobie sweet dream, śpij spokojnie, jutro koniecznie napisz o pleckach, Twoich pleckach, nooooo ....chyba, że spotkałeś inne fajne plecki warte, aby o nich napisać, to też poproszę :), śnij o pięknych chwilach (pleckach? ) do jutra. Źle zabrzmialo i niezgodnie z intencjami. Chcę, żebyś się jeszcze dziś odezwał, ale z uwagi na występujące u Ciebie trudności z netem jestem wyrozumiała,  grzecznie czekam w kolejce.

wtorek, 25 października 2016

Włoski obiad

Niedziel zleciał, trochę wg innego scenariusza, niż zwykle.
Pobudka przed 9.00, kawka, już w towarzystwie Szelki, niestety :(.
Wybieg do lasu z chiencami, szybki powrót,  bo dzis jechaliśmy do Bale na jakis włoski obiad, ooooczywiscie przed godz 13 wyserwowany, a jak! Moj żołądek cierpi, nie umiem trawić ciężkich, obiadowych dań, przed wieczorem. Noooo, tak już mam. Rano kawka/kawki, ok czternastej jogurt z muesli, lub nic, zależy od nastroju, pod wieczór ciepły posiłek,  najczesciej warzywa i biała  rybka. Ale wracając do dziś. Poczęstunek był zorganizowany w jakiejś przykoscielnej salce (na ścianie wisiał krucyfiks, a pod sufitem kula dyskotekowa. Tworzyło to lekki dysonans). Stoły ustawione w długie rzedy, kupa luda gadająca po włosku i niemiecku. Ja mialam zaszczyt znaleźć się obok przemiłego, wesołego, starszego Włocha. Po 3 kieliszku wina nawet coś zaczęłam rozumieć hihihi. A sam obiad to : na przystawkę parmeńska ( albo prosciutto crudo) z płatkami parmezanu i odrobiną pikli, a na główne (Ona rano szczególnie zachwalała tę potrawę, bo to północno-włoski specjał) i teraz uważaj, ponieważ rzadko ma się okazję jeść oba te produkty łącznie, na jednym talerzu, dodam, że głębokim talerzu, oraz posługując się nożem i widelcem. A więc makaron w kolorze .... eeeee..... błota :), taki szarszy niż szary, chyba razowy lub gryczany, hand made, dziwnie cięty, nierówno. I to jeszcze nie sprawiało zawirowania w żołądku.  Do makaronu szef kuchni i znawca sztuki kulinarnej (choć tu mam więcej niż spore wątpliwości ) ugotowane ...... ziemniaki. Wszystko to spojone sosem jakby serowym i rozpaćkanym warzywem, co się tu nazywa mangold. Mój, na prywatny użytek, zmysł wzroku i smaku zdębiał i prosił nogi o wstawiennictwo, żeby udać się szybko ku drzwiom. Ale z kolei ciekawość oraz skrzywienie zawodowe postanowiło bliżej zapoznać się ze smakiej owej strawy. Zanim widelcem skrupulatnie rozsunęłam tagliatelle i wygrzebalam na bok kartofelki, to młoda wyjadła je wszystkie z mojego talerza, tym samym pozbawiając mnie doznań, ale też ratując z opresji, gdyby owe doznania okazały się zbyt ..... silne.
Makaron z reszta mazidła byl na 3+. Ci moi byli bardzo krytyczni, ten Włoch obok także. Mówili, że w tym roku potrawa była skopana.
Ja się nie wypowiadałam, bo nie miałam do czego się odnieść, pierwszy raz jadłam to coś, co nawet posiada nazwę, która zaczyna się na pizzoćostam. Potem przyszło kolejne rozczarowanie. Ona jeszcze w aucie opowiadała, że na deser przygotowują coś, co ja znam z podróży po Malcie i tam nazywa sie to kannoli lub cannoli ( takie ciastka w kształcie trochę jak cygaro wypelnione kremem z mascarpone i fig -pyszota). Nie ukrywam, że na ten deser nastawiłam się wyjątkowo. Hmmmm, hmmm. Podano stollen. No i weź tu człowieku i szczerze raduj się z uczty rodem z Italii. Nie da się, noo z całych sił nie da :).
Wino starało się podciągnąć notę. Na kawę w papierowych filizaneczkach, jak do esspresso, nie załapałam się.  Może i dobrze.
Po kontrowersyjnym posiłku grzecznie podziekowalam nonnie Rajmundzie, bo to ona mnie zaprosiła. Nawet mnie wycałowala, chyba mnie lubi.
Potem był spacer wśród karuzeli i innych atrakcji. Do każdej wielka kolejka. Nie chciało się nikomu stać, więc wróciliśmy nad rzekę i promem przedostaliśmy na drugi brzeg.  Aaaa, bo zapomnialam napisać, że to włoskie "wielkie żarcie" odbyło się w małym Bale i po tej stronie zostało auto, do którego promem wróciliśmy. Powrót do domu, powtórka z młodą doppelt und halbieren-jutro test, powtórka ubrań po angielsku, kąpiel i młoda lulu, a ja kończę list do Cię.
Jeszcze usłyszałam, że muzea w Basel nie oferują niczego specjalnego. Ale już nie dociekałam, co konkretnie wypowiadajaca się miała na myśli.  Mogłabym jeszcze rozsierdzić owego samozwańczego kustosza, który  ma jedynie rację, a to groziło kalectwem, psychicznym kalectwem?

wtorek, 18 października 2016

Dolce

Niedziela zastała mnie z informacja, że mam pod opieką młodą. Cóż robić?. A no, upiec kasztany i wyruszyć w górki i góreczki.
Piękny, słoneczny, ciepły dzień, przyjemnie pokonywało się kolejne schody, kolejne wzniesienia. Odkryłam bajkową wręcz łączke, cisza, spokój, takie miejsce dziewicze, choć nie do końca, bo trawka była koszona :), nieskalane buciorami ludzi, dla których przyroda jest tylko po to, żeby słuchać rąbanki dyskotekowej i śmierdzieć grillem. Śmierdzieć w pojęciu: wykonywać owo śmierdzenie, a nie nim pachnieć.
Cudnie, relax na maxa, chłonęłam tę atmosferę,  buzię wystawiłam do słoneczka, młoda robiła fikołki, bo przewrotami w przód tego nie nazwałabym, hihihi. Ładowałam akumulatorki.

Powrót. Wymyśliłam inna trasę.  Tak sobie pomyślałam, że skoro jest dopiero 14.30, to mamy jeszcze sporo czasu, żeby ew. wrócić na znany szlak. Aaaaa, bym zapomniała.  Jak już podałam hasło do odwrotu, Dolce, to ta większa chienne, która cały czas leżała i opalała futro, gdzieś nam znikła. O matko, znów jakiś manewr ze strony chien, żeby podnieść cisnienie, moje prywatne, niskie, ale w granicach prawidłowych, ciśnienie?  Wrzaski i ryki oraz zachęcające nawoływania spowodowały, że Dolce pojawiła się niczym pies-zombi, cała w jakimś szlamie, błocie oraz udekorowana tu i ówdzie rzęsą wodną. O matko i córko! Swoim działaniem naruszyła powierzchnię wody w jakimś zastałym zbiorniku wodnym. Z nagla poruszona ton zaczęła wydalać spod gestej czupryny rzęsy zapachy przyprawiające o mdłości.  Fuuuuujjjj. Pies czuł to zgoła inaczej. Jak dotąd brazowe plamy na jej sierści stały się czarne, ociekające i okrutnie śmierdzące, spod brzucha skapywały brudne krople i kawałki błota, utytłana była do połowy swojej wysokości. Intensywna woń wlokąca się za psem mogłaby zaspokoić stado bydła.  Dla mnie spore przeżycie.  Uuufff, idź teraz z takim śmierdzielem, ale weź i zapakuj to coś do auta i przewieź do domu. Auto małe, zanim dojedziemy, to padniemy z nadmiaru niepożądanego aromatu.
Nowa trasa okazała się na tyle długa,  że chienne zdążyła wyśmierdzieć się, przeschnąć i wykruszyć z siebie część błocka. A sama trasa to skalne wyłomy, jakby jaskinie, bloki, porosłe mchem rozpadliny, urokliwie, szpic z napisem kleine Matterhorn, ściana skalana z napisem Waldhexe, mosteczki, przepusty. Fantastycznie, bajkowo, bajecznie.
W domku pieska szybko wstawiłam do brodzika, umyłam podwozie, a nie, najpierw sama sie wyduszowałam, potem Dolce. Samotna kolacja i spanko. Także samotne, ale tak, jak w przypadku kolacji samotność jest rzadkością, to w przypadku spanka samotność jest normą. Nie, inaczej, stała się normą,  hmmm, hhhmmm.

W poniedzialek postanowiłam, tak na pełnym spontanie, wyruszyć w górki i gipfele, w odwrotną do wczorajszej trasy. Bez maroni i bez chienasow. Tylko boire, młoda i ja. Miała to byc szybka, męcząca trasa. I była, była, a jakże, do momentu, gdy odebrałam telefon odpatronki i usłyszałam, że młoda ma być jak najszybciej w szkole, że te poranne zajęcia nie zwalnialy w żaden sposób z udziału w drugiej części, tej po tradycyjnej pauzie na lunch. Nooooo, powiem/napiszę uczciwie,  że zrobiło mi się ...... conajmniej dziwnie. Różne wyrazy pod adresem różnych ludzi cisneły mi się na usta. Szybko zwróciliśmy z trasy, a brakowało nam do tego, aby stanąć na plaskim :) z 10 do 15 metrow "wspinaczki". Szczęście w tym wszystkim,  że wybrałam tę trasę, ktora okazała się łatwą w zbieganiu. Przy samochodzie pojawilam się w 15 minut( za sobą miałyśmy wspinaczkę trwającą godzine i kwadrans), młoda 3 minuty później zaryczana, zasmarkana. Jeszcze po drodze podczas truchtu musiałam co rusz odpowiadać na pytania, dlaczego szkoła?, warum?, warum tak? W kółko i dookoła. Uuuhhhh.
W szkole zameldowalysmy się chwilę przed trzecią,  a zajęcia do 16.05.
A potem to juz wypracowanym rytmem, czyli powrót do domu, szybka kawa, spacer z psami.

wtorek, 11 października 2016

Misiek w "dżudodze"

Środa zleciała, jak każdy dzień. Pobudka, dziś niespodziewanie pół, całe niedospane pół godziny wcześniej, bo młoda wtargnęla do mojej samotni domagając się manger et boire; śniadanie, wyprawienie do ecole, spacer z chienas, w tym czasie patrony nadzorowały zapakunek całego, gromadzonego dwa miesiące, dobytku przeznaczonego do umeblowania biura. Była tego okazała ciężarówka. Jak wróciłam - z trofeum w postaci 3 dorodnych, nadjedzonych przez ślimory, a więc smacznych ;) grzybów- ze spaceru to jeszcze walczyli z załadunkiem. Nooooo, nie landlordy tylko najemni pracownicy, oni zaś w pozycji horyzontalnej na sofie gapili się w tv lub snuli  po chałupie dezorganizując mi pracę i wprowadzając pierwastek niepokoju. W końcu wszystko upchnięto i karawana wyruszyła nach Z...h, a ja moglam oddać się pracy...... hihihi zawodowej, czyli konserwacji powierzchni płaskich. Potem lekcje z młodą: angielski, test uhrzeit, multiplication et division z matmy i basen, taki mały, wioskowy, przytulny, ale dobrze wyposażony. Mały mam na myśli 25metrowy z 3 torami, reszta niecki przeznaczona dla enfantów, dające relaks jacuzzi, jedną zjeżdżalnią i finito. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym znów nie chciała sobie udowodnić, ile potrafię "zrobić" basenów. Hmmm,  mniej, niż oczekiwałam, ale też czas naglił, spacer z fauna, bo teraz zmrok zapada znienacka, że po 18tej musiałyśmy szybko wracać do domku. Ale wypływana, wyjakucjowana, przyjemnie wymęczona, zrelaksowana wróciłam do domku. Szybki spacer z hienami. Kolacja dla młodzieży i dla mnie, bo patrony mieli nadjechać późną porą. A że dziecko zażyło już kapieli w nadmiarze, to dziś tylko mycie kłow i lulu. I tym sposobem ja też szybciej w łóżeczku.
Jutro pobudka o 6.50, głupia szkoła, kto to wymyślił takie ranne, a właściwie późnonocne wstawanie, nie wiesz? Ale pocieszajace jest to, ze jeszcze dwa dni i znow weekend oraz zmiana czasu na zimowy, hurrraaa, cała jedna godzina dłużej do spania, oooo i tak to lubię.

A w poprzednie dni oddawałam się pracom ogrodniczym. Woreczek z pachnąca lawenda, ktory mi podarowałeś, przypomniał  o zaniedbanej lawendzie w "naszym" ogródku. Jak zaczęłam ją ciachać, to się z jednej wiecheci objawiły 3 krzaczki oraz dwa jakieś odnóża. Odnóża wykarczowałam, krzaczki przycięłam i teraz powinna ładnie zakwitnąć. Te krzewy nie były prowadzone od kilku lat, prawie zdziczała ta lawenda, bo nikt jej nie obrywał.
Potem wzięłam się z róże, a one dosłownie za mnie. Łapska mam podrapane, przedramiona poranione mimo solidnej bluzy z reliefem :) i rekawic ochronnych wygladam, jakbym miała niezbyt udane spotkanie z dzikim kotem, ranki po zadrapaniach i ukluciach opuchnięte, nieprzyjemnie swędza. Poprzycinałam, wiele lat nieprzycinane, krzaczki róż, znów udało mi się wyodrębnić poszczególne nasadzenia, bo przed tą orką to wyglądało jak jeden wielki chaszcz. Jak można tak ogród zapuścić, tego nie ma hektarów,  zaledwie kilka różyczek, żywopłot z bukszpanu i takiej ładnej liściastej rośliny,  chyba zimozielonej, ale tego nie wiem, i trawnik. Dwie godziny prac działkowiczki w ogródku w Montag i następnego dnia 3 godziny. Ogarnęłam ogród i teren od chodnika, czyli za płotem.  Przycinanie, wyrywanie chwastow i zamiecenie liści, ktore w niezliczonej liczbie leca gdzie popadnie., Tak bez pytania. Wystarczy np otworzyć potężne,  podwojne  wrota garażu,  robi  się jakaś proznia, czy co? I wszystkie male listeczki z okolicznych akacji lub akacjopodobnych wlatuja do środka.

Nuda, nuda, sam widzisz, ze u mnie nic ciekawego.

Wracając do niedzieli. Naprawdę myślałeś o tym, żeby stanąć na głowie? Napiszę szczerze: według mnie "stanąłeś na głowie" znajdując w napiętym Twoim grafiku czas dla mnie. Schlebiam sobie myślą o tym, że wykroiłeśs dla mnie tych parę naprawdę miłych, sympatycznych godzin i mogliśmy się spotkać. Ale gdybyś kiedyś jeszcze raz chciał, powtarzam : chciał :) stanąć na głowie w mojej obecności, nie będę się sprzeciwiać, a i stosowny moment z pewnością nadejdzie. Jestem ciekawa zwłaszcza tych wypowiadanych grusz, podczas gdy ciało pozostaje w pozycji odwróconej.
Żałuję,  ale w czasie gdy ja studiowałam nie było zajec z yogi ( katowali nas nordic walkingiem), misie Yogi tak i to w wydaniu przeróżnym, od misiów z lekka nadwagą do jednego misia z nadwagą olbrzymią (przypomniał mi się fragment z dyplomatorium. Otóż ów wspomniany miś, a właściwie obleśny michu z potężną nadwagą i brakiem higieny, niestety!, został wyczytany do odebrania nagrody rektora. Wspomnę jeszcze, że wszyscy tego dnia ubrani byli w togi. Władze w stosowne purpury i sobole ;) dyplomanci w skromne, niebieskie "fartuchy- szelesty", zapinane pod szyją, na jeden guziczek i pętelkę, ważne! guziczek i pętelka znajdowała się po wewnętrznej stronie togi, tak, że po prawidłowym ubraniu togi i zapięciu nie było go widać. Wracamy do wyczytanego kolegi. Teraz wyobraź sobie powagę sytuacji,  stosowna cisza, audytorium zamiera, wyczytywany wstaje ......gdy wstał w celu udania się na scenę, usłyszałam konfidencjonalny szept innego kolegi z roku: teeee, on ma dżudogę na lewą stronę ubraną.  Ogólny rechot na Auli, nawet kadra rechotała. Jeszcze teraz, jak to sobie przypominam to jest mi wesolo.
Faktycznie ten młot ubrał fartuch na lewa stronę,  sugerując się guzikiem, ale już calym wykończeniem, wszystkimi szwami, nie. To było dobre :)

poniedziałek, 3 października 2016

czarny poniedziałek

hejjj hoooo!
Tak sobie skrobię, oj nie, tylko nie to,uuu, to takie niepoprawne ideowo i politycznie, nie, nie, nie skrobię, tylko piszę, a wręcz stukam...... noooo co to? znów skrecam w kierunku jakże, a jakże! (nie)pożądanym,  oj oj, to co ja w końcu robię? stukam się po głowie i zachodzę, ooooo nnniieee, ratunku! zachodzę w głowę. A chciałam tylko napisać, że po/piszę się/sobie i Tobie troszkę, wystukując kolejne literki na tablecie.
Ostatni czwartek września przebył niczym w Bogurodzicy, po żywocie rajski przebyt, kirielejson. No więc czwartek przeleciał odhaczon, lub odhaczył przelecon (znów nutka sexistowska! co jest?!)
Dzionek pracowity, a ja w nim, pracowita. Od rana, bo choć nocka rwana i szarpana, to na pierwsze dryń budzika, choć nie skora do żartów na temat wstawania, a tylko w kategorii żart(u)ów należałoby brać dźwięk dzwonka o godzinie 7.00, wstaję bez marudzenia, z tej to prostej przyczyny, że zawsze tak zdziwiona, tak zdumiona, ze nie wręcz zszokowana, jestem nadspodziewanie szybkim przebiegnięciem nocy, że dziób nieczynny, z wrażenia rozwarty, tchu brakuje i nie ma warunków na marudzenie, a potem to już tylko lepiej, bo przecież gadzina za gadzina, upływ czasu, panta rhei.
I znow spacerek w kierunku площади, аэропорта из аэропланами, крутыми тропинками в горы, вдоль быстрых и медленных рек, минуя большие озёра, весёлый шагал человек (to o mnie). Четырнадцать лет ему было (оооо!jednak nie o mnie), и нёс он дорожный мешок, а в нём полотенце и мыло. дальше я забыла.

A wracając, ech, aż nie chce się wracać do opisu tych szarych, monotonnych czwartków, piątków, poniedziałków, egal.
No więc: spacery, obiadki, kaprysy i muchy w nosie u młodej, młody poprawny, ładnie je, ładnie śpi, siusiu na nocniczek, drugi spacer, znów tylko z młodym, bo młoda do fryzjera udała się, z patronką.
Po powrocie odkurzanie, drobne prace porządkowe i gwóźdź programu, czyli wykonanie hand made ciasta - biszkoptu pod tort Sachera, zgodnie z recepturą, jedną z licznych nieautoryzowanych, nielicencjonowanych, bo ta prawdziwa recepta pilnie strzeżona przez kolejne pokolenia cukierników Hotelu Sacher w Wiedniu, jedynie słusznych i prawowitych spadkobierców przepisu. Wyszło chyba  oki, pachnie ładnie, nęci barwą czekoladową, przepis nie był latwy (a tu także brakuje podstwowych sprzętów kuchennych i foremek ciastowych) do wykonania, sama jestem ciekawa smaku, jutro wykonam dalsze czynności, czyli przerżnę ( a jak! klimat listu podtrzymany hihi) na pół, ale nie w poprzek czy też po skosie, nie, nie, to byłoby za proste, przelecę  go :) wzdłuż, a jak, jak szaleć to szaleć, pójdę po bandzie, i wysmaruję konfiturą morelową, tak jak stanowi przepis, a całość obleje polewą z mlecznej czekolady. Chyba godny torcik na uczczenie jubileuszu.

Na spacerku uchwyciłam parę ładnych momentow sic! (chmurki, górki) i po raz pierwszy pożałowałam, że nie wzięłam aparatu fotograficznego,  bo ten fołn nie robi dobrych zbliżeń ( oooo, znow sexik, he he), w ogóle nic dobrego nie robi, same niedobre.

KochaneczkuM caustki dawam i bardzo teskno przytulam
Myślę o TobiE

niedziela, 2 października 2016

Wtorek

Wtorek przeleciał,  nie bez wrażeń.

Rano rutyna, żeby nie napisać rutynka : śniadanie na już i na wynos, ogarnięcie młodej i przybytku, piesy i stokrotki na ponad godzinnym spacerku we mgle i opadach, drobnych i prawie nieodczuwalnych. Potem lunch, druga tura szkoły,  ja w tym czasie zagniotłam ciasto na pierogi (poproszono mnie, żebym zrobiła na zapas, gdy ja będę bawic w 3city landlordy będą, hihihi, ciepło mnie wspominać, spożywając dzieło rąk moich, że o nogach nie wspomnę, nie, żebym te pierogisy własnymi kopytami ugniatała i kształtowała,  nie, nie, bardziej mi kończyny dolne były potrzebne do utrzymania prawidłowej sylwetki w pionie, oraz do utrzymania body podczas wszelkiego rodzaju przemieszczania i rotacji, wznosów, opadów we wszelkich płaszczyznach i osiach ciała. Amen). Oczywiście, co się nierozerwalnie wiąże z ciastem na pierogi, także stałam się autorką farszu, w tym przypadku mięsnego z niewielkim dodatkiem czosnku i cebuli. Ciasta zagniotłam dla zastępu głodomorów, jutro dalsza część produkcji, tylko muszę obmysleć stuffing, chyba w kierunku jarskiego podążę.

Ale, żeby nie było, że wszystko zgodnie z planami. Nie wiem, czy to wpływ fazy, aktualnej fazy la lune, czy może zgoła innej, bardziej osobistej, intymnej fazy, mojej prywatnej, wszystko leciało mi z rąk, pozostawałam pod wpływem dziwnych drgań, drżeń, wibracji, wstrząsków, tąpnięć. Udało mi się, choć się wcale nie starałam, wylać zawartość szklanki z sokiem na tableta i telefony,  nie szczędząc powierzchni nocnej szafeczki i pierwszej szuflady z zawartością, oraz podłogi. Zbieranie słodkiego płynu przysparzało, w moim stanie rozdygotania, dodatkowych atrakcji, ściereczka dziwnym trafem nie przygotowała się do wchłonięcia płynu, gdy przebłagałam szmatkę i starłam z jednej części, ów płyn pojawiał się obok, skąd? nie wiem. Nierówna, z góry skazana na przegraną, walka nie miała końca. Swoim wyczynem otworzyłam jakieś tajemne drzwi do niezliczonej ilości soku. Gdyby chociaż to była woda. Tablet wytarłam najszybciej, obdzierając go z okładki, którą w ostatniej kolejności wypłukałam na zlewem, telefony były drugie w kolejce, potem garść długopisów,  które, niestety, źle zniosły higieniczne zabiegi, bo nie chcą pisać, i kolejne drobiazgi, które stanowią zawartość każdej, powtarzam, każdej, kobiecej szuflady w szafce nocnej. Mając na uwadze, że owa szafka została mi przekazana do użytku na czas określony, choć bliżej nieokreślony, to i tak tych imponterabiliów jest mało.

Sok i jego wymuszona nieobecność w szklance to był jeno antrakt. W produkcji pierogów, do wycinania regularnych krążków użyłam, nomen omen, szklanki, którą już w pierwszej minucie udało mi się wypuścić z ręki i obtłuc tak nieszczęśliwie, że drobinki szkła, dosłownie drobineczki, wbiły się w wyciśnięte krążki, gotowe do nadziania. Żeby być precyzyjną w opisie, szklany przedmiot wyślizgnął mi się z ręki, choć w ostatniej chwili starałam się zapobiec kataklizmowy, wyobraźnia wystrzeliła z bloków startowych, a moje niezdarne paluchy wykonywały chwyty i podrzuty, w celu zminimalizowania skutków, czy zamierzone czynności skutecznie zniwelowały rozmiar katastrofy? Hhmm, zapiszę fonetycznie : jajn.

Zatrzęsłam się w swojej nieporadności i bezsilności i z precyzją godną jubilera, choć bez stosownego szkła powiększającego, wydłubałam niepożądane składniki z ciasta, wydziubałam ze stolnicy, wbijajac sobie skutecznie i boleśnie w opuszki palców. Niech to trafi. ……coś trafi, zaopatrzyłam łapki oraz zaopatrzyłam się w szklankę o grubszym szkle, a sobie dodatkowo obiecałam pełną koncentrację.  Jakoś dalej już nic się nie wydarzyło, nie poparzyłam się wrzątkiem podczas operacji wrzucania, a potem wydobywania pierogów.

Ale, że wtorek z silnym oddziaływaniem dziwnych wibracji i energii jeszcze się nie skończył, liczę jeszcze na jakieś atrakcje hi hi hi.

 

Noooo, żeby nie było, że jednak jestem witch. Przed chwilą napisała do mnie Przyjaciółka (florecistka, nie mylić z florystką hihi, światowego rankingu), że zorganizowała spotkanie  z udziałem mojej siostry, która to wyraziła szczególną ochotę, tylko teraz na co? Na  to spotkanie? Na pojednanie? Na przelamanie oporu wgzlędem mnie? I zaproponowała, moja siostra zaproponowała, że odbędzie się to w jej mieszkaniu, którego osobiście nie widziałam,  ale zapoznałam się z wnętrzem dwukrotnie:  raz przeglądając internetowe wydanie periodyku traktującego o wnętrzach i architekturze, drugi raz, czytając wywiad z moją siostrą na portalu xxx.pl, wywiad, który w głównej mierze dotyczył wnętrza jej mieszkania,  jej wnętrza trochę mniej (ale na zdjęciach pochwaliła się porcelaną oraz innymi przedmiotami po naszych oliwskich dziadkach, które, według mojej wiedzy, zostawały w posiadaniu naszego taty. Jakże się myliłam, uświadomił mi to  artykuł na portalu. Ja nie mam po nich nic. Wydziedziczyli mnie???).

Trochę się boję, bo to acz wyczekiwane, to jednak niespodziewane spotkanie będzie.

sobota, 1 października 2016

wandale?

A co u mnie?  Przez dom, przez ponad 5 godzin, przelatywalo plemię Wandali, niszcząc po drodze wszystko i obracając wniwecz. Przyjechali na wiczerzu, nasza kolacja,  jakieś potomki Czechow z młodymi. Nooooo, dom do remontu, a przynajmniej do odmalowania. Cztery osobniki płci obojga (w tym Chelka) w wieku, gdy siły są niespożyte, a energię czerpie się podskakując i wykrzykując, tudzież biegnąc i rycząc, każdy kolejny wizaż był znaczony śladami ich małych łapek odbitych na białych ścianach, opanowały wszystkie trzy kondygnacje domu, wszystkie pomieszczenia. Dostały się nawet tam, gdzie solidny chateau zabezpieczał przed wtragnięciem. Jak tego dokonali? W tzw międzyczasie pochłaniali, z siłą porządnego odkurzacza, kolejne batoniki, ciasteczka, czekoladki, a trasę owej szarańczy wyznaczały kolejne porzucone, puste opakowania. Jak się domyślasz, wszelakie płyny zdatne do picia i wypicia także dzieliły los słodyczy i znikały w ich przepastnych gardłach. Dobrze, że toalet było w nadmiarze :).
Protoplaści "rozkosznych" maleństw, dotąd zdrowi, ogluchli, oślepli i stali się osobnikami niezdolnymi do pełnienia funkcji dyscyplinujących. Moje osobiste organy słuchu, mowy oraz wzroku nie nadażaly za kolejnymi. ... doznaniami. A  interwencje były z góry skazane na porażkę.Tak sobie na prędce pomyślałam, że może bajka z krecikiem w roli głównej lub szlagiery Vondrackowej przywolają do porzadku. Nawet głośno wyrazilam taką wolę, że poczytam, poopowiadam, ale nie spotkało się to z aprobatą.  Nie, to nie.
Znalazłam schronienie w moim pokoiku, a dzieciaki znalazły mnie, obdarowały jakimś badylem i z bojowymi okrzykami opuściły przybytek. Miałam udać się za nimi, ale .... nie chciało mi się,  tak zwyczajnie odpuścilam sobie pogoń za dziatwa. Od czasu do czasu jednak zapuszczałam się na wrogie terytorium, bo krzyki wskazywały na rany, guzy i inne kontuzje poniesione podczas " zabawy", kolejne czekoladki załatwiały sprawę niczym lekarstwo przepisane przez NFZ ( gdybyś się nie spotkał z tym skrótem, oznacza niepubliczną służbę zdrowia w III RP).
Ale skoro to piszę do Ciebie, to znaczy,  że "zgliszcza" dogasają, wrogie hordy opuściły przybytek, a dzień pokaże skalę zniszczeń.
Widzisz, że z całych sił staram się nie nudzić, a i patroni dbają o zakres moich obowiązków co i rusz urozmaicając mi dzień.
Ale, żeby nie było, że to dzisiejsze to wcale nie takie znów nadzwyczajne wydarzenie, to wczoraj, a właściwie już dzisiaj landlordy wróciły z przyjaciółmi i delikatna imprezka trwala do godz. 5.30. Teraz nie żartuję.  Cały wczorajszy dzień byłam z Chanel sama, odrobilyśmy lekcje, odbyłysmy wizytę  u stomatołki (gdzie uprzejma pani doktorka wzięła mnie za babcię Chanelki, hihihi), pospacerowałyśmy z chienasami, zjadłyśmy kolację, wykąpałyśmy się - każda w swoim czasie :), poczytałyśmy lekturę i poszłyśmy spac - każda osobno.
Patroni nadjechali chwilę po północy. Wyobraź sobie, cisza nocna, dom śpi, a tu stajesz się mimowolnym świadkiem dalszej części rozmowy i imprezy, ktora przenosi się z miasta do salonu. Moj pokój od reszty domu dzieli dwoje drzwi, ale mlodej tylko jedne. Bałam się, że ona się obudzi. Rano powiedziała mi, że słyszała rozmowy, czyli cicho nie było.
Nockę miałam spaną na raty. Oczywiście pobudka zgodnie z grafikiem dotyczy tylko dwóch z czterech istot zamieszkujących owe przestrzenie. I nie mam tu na myśli arbeitsgiver'ow. Czyli wszystko na czas, a jak !!! I tak się też odbyło.  Odespie sobie kiedyś tam.