Szukaj na tym blogu

sobota, 6 maja 2017

bachantka?

Taka ze mnie dziś! A moze barchanka? He he effi w barchanach, to by było ;).
Piątek juz finiszuje, a był ładny, słoneczny i ciepły, pod koniec dnia taki był. Finishuje? Skończył się!

U mnie zgodnie z założeniami, bez niespodzianek, dzień pracowity, długi, wyczerpujący.
Mogę pisać troszkę mniej składniej, niż zazwyczaj, gdyż ponieważ ;) jestemopod sporym wpływem niezwykłych i wciąż odkrywanych na nowo właściwościach cennego soku z winnych krzewów, a także wpływu owego soku bezpośrednio na mój organizm. Ale o tym później, jeśli klawiatura  mi hi hi pozwoli.
A od rana lekki zapieprz, bo piątek, więc prac porządkowych więcej, kilka pralek prania,  potem spacerek, potem wyjazd po młodą, obiad, drzemka młodego...... bla bla bla, nic nowego, tyle, że pod wieczór pogoda całkiem się ustabilizowała i pozwoliła na złapanie pozytywnej energii. Słoneczko, prawie 15 °C.
Po południu copiątkowy wyjazd na basen, a przed godzinka na placu zbaw.

Późnym popołudniem, już po zdaniu służby, podjechałam ze znajomymi do pobliskich winnic, na degustacje. Szybka, bo już prawie ostatnimi gośćmi byliśmy. Zawsze się dziwię, czemu/komu takie akcje służą. Wina z tej krainy nie cieszą się renomą, ale żeby nimi od razu szastać na lewo i prawo?  Rozlewać w kielichy bez opamiętania i wszystkim, którzy się pojawią i nie żądać zapłaty, a na dodatek umożliwiać transport podstawionymi busami. Cóż, nie mnie roztrząsać kwestie ekonomiczne właścicieli zapasów,  zostałam zaproszona, więc skorzystałam. A że mało mam możliwości,  okazji do poznania autochtonów oraz naocznie i namacalnie, wręcz "ustnie" doświadczyć tych enologicznych zdobyczy i wykwitów w naturalnym środowisku, to atrakcje przyjęłam z entuzjazmem. Tym razem takoż tubylców nie poznałam, a na ich winach się nie poznałam, mam nadzieję,eże oni na mnie także się nie poznali, hi hi. Takie poznańskie klimaciki.
Faktycznie wina nie powalają na kolanka, zaraz, zaraz, jak to nie powalają, oczywiście,że tak, nawet pozwalają na  przyjęcie pozycji kobiety upadłej oraz lekko sponiewieranej, o nieeee, tu przesadziłam, w rozumieniu,eże wyolbrzymiłam, choć taki malutki płotek, okalający winorośla chciałam przesadzić, czyli przeskoczyć - polski język, trudny język-  ale mnie powstrzymano, nim dobrze zamach, w sensie wymach, kopytkiem powzięłam, z kim ja się, z drugiej strony, zadawam? Nie, że z drugiej strony zadawam, czyli zza placów;), tylko skad inąd zadawam? Ale w aurze starych murów, lekkiej stęchlizny piwnic (mój wiek nie upoważnia do stawiania tez, że się utożsamiam z tymi klimatami, a jednak.... )wśród starego oraz nowoczesnego sprzętu, pras wszelakich, beczek i innych utensyliów, smakowały te wina, a jak!  Jakoś tak łagodnie i bez przymusu, ale ze sporą zachętą sięgałam po kolejne kieliszki. Wolę białe, i takie też degustowalam, nawet jakieś nieklarowane - ponoć taka moda. Chyba jednak w tematyce wina wolę być niemodna i nikogo za to nie winnię, żem wierna alzackim gewürtztraminerkom i rieslingom, pinot gris, pinot grigio, bo nie pinot noir, choc noir profond;),pinokio i pingwin też oki.
A teraz czas na piżamkę i sen nocy wiosennej.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Piątek juz zamknięty, a od rana mocno pracowity, taki piątek z zadaniami specjalnymi, którymi niespecjalnie się przyjmowałam,  ale wykonalam należycie. Mam na myśli prace zmierzające do przywrócenia porządku, ładu i higieny we wszystkich pomieszczeniach - wieczorem ślad po moich działaniach zaginął.   Wszak piątek właśnie takimi zadaniami się m.in. charakteryzuje. Tempo pracy należyte, bo jeszcze spacerek przedpołudniowy do odpękania, nim po młodą,  w tzw międzyczasie uwarzenie garnka zupy dla młodzieży,  tak, żeby zostało na jutro, dobrze, że pracozbawczyni nie przygotowała sterty prania do uprania i rozwieszenia, a z ich kosza na bieliznę (chcialam dodac slowo "brudną", ale byłoby to spore nadużycie w stosunku do stanu zabrudzenia owej odzieży)  az "kipi", bo czasu by nie starczyło na zaplanowane czynności. Obiadek, spanko młodego, podczas którego, tego spanka, a nie młodego he he, sporządzenie kolejnego garnca zupy, dla dorosłych, na długi, majowy weekend oraz wymieszanie ciasta na naleśniki i wykonanie rzeczonych, bo taki dziś miałam zamiar, żeby je wyserwować jako podwieczorek. Młoda pożarla 4 sztuki, nooo dorosły by się nie powstydził. Niektóry dorosły by się nie powstydził, nie jeden dorosły, hmmm, w tym domostwie jeden dorosły;). Po naleśnikach wypad na place de jeux a Budry, aprés la piscine a Boudry.
Gdy wróciłam wieczorem z młodą do domku,  po stercie naleśników ślad i słuch zaginął, a zupa nosiła ślady używania. Zaś pani tego domostwa dostała monsterglobusa, zaległa na kanapie i skonanym głosem informowała o swojej przypadłości, która jednak nie przeszkodziła jej w udziale w konsumpcji dań wykonanych moimi dłońmi. Kirk w wykonaniu amatorów;). W czym ja uczestniczę?
Wieczorem jeszcze przystąpienie do prasowania, bo we wtorek zajdzie potężna obawa, że się nie wykopię z kolejnej sterty wysuszonego prania.
Na posiłek znalazłam czas już po prasowaniu, a jeszcze przed kąpielą, tak ok.21h, zjadając ( z apetytem) podsmażone tofu i plasterki cukinii. Wciąż zastanawia mnie mój prywatny, spowolniony matabolizm, oraz jego skutki w nadmarze nagromadzonej tkanki tluszczowej. Co jest?  Dostarczam organizmowi  w porywach, dostarczam w porywach, organizmem dysponuję już od ponad pół wieku, dziennie ok. 1200kcal, to jest poniżej połowy pożądanych i wskazanych wartości, a efektow nie widać. A spodziewałabym się zobaczyć efekty w postaci ubytku masy, ubytku złogów tłuszczu, efektywnie oraz, co ważniejsze, efektownie wyszczuplić talię, brzuch, uda i pośladki,eże o ramionach nie wspomnę. Nic bardziej mylnego.  Mój organizm pobiera z powietrza niezbędne dla utrzymania wałeczków tłuszczu składniki, produkuje cellulit z tlenu i gromadzi tłuszcz z azotu, lub odwrotnie;).
Kochanie, nowa data od 40 minut. A ja zaczynam cieszyć się długim Wochenende. Luuuuubiętakie wieczorki,  co łagodnie przechodzą w nockę, a nocka jeszcze łagodniej w świt. Lubię, ale nie sama. Obejrzymy razem wschód słońca? Obojętnie, w jakim regionie. Chciałabym choć jeden taki poranek z Tobą u boku, poproschemmm!

środa, 12 kwietnia 2017

spacerek i kąpiel

ostatni wolnościowy czwartek za mną. Jakoś przeszedł,  choć gdy commence to pisać (20.20h) to z pokładu jeszcze dźwięki dochodzą, ale mnie już nie obchodzą.
Dzień jak to dzień, przeleciał, na prozaicznych zajęciach i obowiązkach,  dzień nie miał wyjścia, a ja mu wtórowałam, temu dniu i temu wyjściu.  A rozpędził się równo o 7.00, gorącą kawką, gorącą wodą z miodem i imbirem, ciepłą kaszką dla młodego,  potem już wytarte tory, czyli przygotowanie obiadu, dłuższy, bo trwający półtorej godziny spacerek, obiadek i drzemka młodego, krótka, a potem oddawanie się z należytą czcią i pieczołowitością pracom konserwatorsko-konserwującym. Taka konserwa ze mnie dziś.
Podczas mojej czyścicielskiej działalności oni, czyli E. I młode wybyli na spacerek. I to warto odnotować, bo mineo już pół roku mojej pracy i dziś dopiero doświadczyłam takiego widoku, że mama idzie z dziećmi na spacerek, nie shopping, nie wizyta u koleżanki, tylko spacer. Widok niezapomniany, choć przygotowania jak do wesela rozmazały trochę obraz. a ja miałam 2,5h aby zdążyć ze wszystkim. Zdążyłam, choć pot po pooopie się lał,  jeszcze zjazd do suszarni, jeszcze wyniesienie do piwnicy jakichś zbędnych niezbeędności i już nadeszła rozkrzyczana grupka. Podwieczorek. Przygotowywałam młodemu ryż z jakimś sosem, upewniwszy się,  że młoda zje jajecznicę. Spokojnie stoję przy kuchence i podgrzewam (mikrofala jest mi zabroniona do podgrzewania dzieciowego jedzonka, im nie, chyba to jest ustalanie, przesuwanie i napinanie granic wytrzymałości, mojej psychicznej wytrzymalosci. ale spuszczam na to zasłonę milczenia), do moich uszu dochodzi pytanie, czy mogę jednocześnie mieszać potrawę dla Flipa i rozbijać jajka, oraz smażyć owe w postaci jajówy,, wcześniej je robełtawszy. Znów, przez moment, flash, naszła mnie myśl,eże gdzieś kiedyś bylam posiadaczką kilku par kończyn, w którymś momencie ontogenezy, mojej, niezauważenie odpadły mi kończyn górne,  pozostały najsilniejsze. A ślady  po owych nieobecnych kończynach są widoczne dla moich patronów i mają o to do mnie żal. O to odpadnięcie. Ja nic takiego nie zauważam i nie uważam, że kiedyś byłam ośmiornicą.
Chyba uruchomiłam, zachowanym na skrajne, extremalne potrzeby, poklad asertywności. Opanowałam szczękę, aby niekontrolowanie nie zgrzytnęła, przymknęłam powieki, aby wzrok skierowany w stronę pytającej nie był zbyt zabójczy, przystopowałam struny głosowe, skore do wydania ekstraordynaryjnego charkotu, wysiliłam się i grzecznie odpowiedziałam, że ona może przejąć mój obowiązek zapodawania strawy młodemu, a ja wtedy uwarzę jajecznicę z całymi nakeżnymi szykanami. Usłyszałam,eże przy kuchence jest za mało miejsca dla dwóch. Dalej nie rozwiązywało to problemu. Wiem, tego nie trzeba mi mówić, ale zimnego jedzenia nie wyserwuję, w mikroweli jest interdit,  nie jestem wawelski smok, żeby ziać ogniem w celu przyspieszenia zagrzania strawy. Potrwało to jeszcze chwilkę, zwolniłam, nie, że spowolniłam, tylko,eże ustąpiłam miejsca i już mogła ona oddawać się (nie)zapomnianym:) kucharskim czynnościom. To było jedno, takie prawie nic nie znaczące, ale wcześniej, przed południem poddano mnie kolejnej probie. Usłyszałam, że na młodej dolegliwości ze strony układu pokarmowego (w rozmowie bliżej nieokreślone dolegliwości) i rzekomy brak apetytu (fakt, nie je żadnych owocw, a warzywa tylko przemycone w postaci rozgotowanych zup i sosw), ale parówy, mięcha, ziemniaki, szynki, makarony, "pastfudy"w ilości nieograniczonej, więc ciężko to nazwać brakiem apetytu, raczej problem tkwi w układzie wydalniczym:)ale do rzeczy, można zastosować ....... kąpiele całego ciała w tymianku czy innym "o mój rozmarynie", chyba nie był cząber wymieniony ani lubczyk, czy zgoła arcydzięgiel lub kozieradka:) Jakieś zioło,  ecozioło, niezłe ziółko. Napar w wannie i dziecię zanurzone do wysokości mięśnia sercowego, grzecznie oddające się zdrowotnemu wpływowi zabiegu wyobraźnia wystartowała, już widziałam, z jakim oddaniem mama przygotowuje ową kąpiel, z jaką należytą troską pochyla się nad wanną, jak odmierza, jak peroruje o dobroczynnych właściwościach,  a wokół fruwają papillon i świergoczą oiseaux, woń ziela rozpościera się po mieszkaniu, miło drażni nozdrza i pobudza zmysły.......w zwiazku z tym przeoczyłam fakt ile, skąd, jak długo, na jak długo,  i jakiego argumentu użyć, aby młoda zechciała wejść oraz , co ważne,  jeśli nue ważniejsze,, opuścić wannę, bo kapiel zdrowotna, nawet jak pomysł chory, musi trwać określony czas.
Mam sie tu z nimi. Nauczono mnie, początkowo chciałam napisać, że nauczyłam się, rzekomo sama, ale to nie byłaby prawda, nauczono mnie, wymuszono wręcz na mnie  powagi i dystansu, z jakimi przyjmować tego typu rewelacje, jeśli nie rewolucje. Na spokojnie zapytałam, jak ową kąpiel sobie wyobraża/ją, jak chcą tego dokonać, kąpiel lecznicza różni się od rozrbryzgiwania wody w wannie, dzieci, jeśli już się kąpią, bo nie codziennie, toasą łączone w pary ;), pytań było więcej, ale żeby nie było to opacznie zrozumiane,eże tematem się zainteresowałam, że podchwyciłam,eże ja tak,eże chętnie, eże tylko tego jeszcze pragnęłam, to ograniczyłam się tylko tematu samej organizacji ziołomoczenia. I odpowiedź napotkała na trudności, trudności napotkały na odpowiedź.

niedziela, 9 kwietnia 2017

dętka

Niedziela przeleciała, nie dane mi było zakosztować wolnego zbyt długo, Eladyta jeszcze wczoraj 3 razy mi przypominała,  poprzez słane ssmany,że o 13 mam być nazad. A,że jestem, przynajmniej staram się być, jednostką zdyscyplinowaną, to pojawiłam się w drzwiach przybytku,  który czasem, z rozpędu, nazywam moim domem, jeszcze nim na zegarze kosciółkowym wybiła godz.13.
A potem to już obowiązki, lżejsze,  bo niedziela. Chociaż, jak się tak przyjrzeć skrupulatniej, to wcale nie lżejsze. Wycieczka rowerowa, z premedytacją, która skrupiła się na mnie, o czym pozn :), premedytacja polegająca na zmęczeniu młodej, coby tyle nie paplała. Ona wszędzie musi być erste - dobra cecha- więc goniłam za nią na holenderce, podkręcając tempo i prowokując hartmannowy owoc do jeszcze większego wysiłku, że o sobie nie wspomnę.  A jeszcze przed wyruszeniem owej holenderce napompowałam tylną oponkę, bo była zupełnie bez powietrza. Nie spodziewałam się, że powietrze ujdzie podczas wyprawy.  Wprawdzie wyprawa nie należała do czasochłonnych, tudzież odległochłonnych hi hi, kręciłyśmy się wzdłuż rzeki, potem chciałam podjechać w kier. Murgental :), byłyśmy  nawet na dobrej drodze, cisza, spokój, relaks, ale jak przysłuchałam się dźwiękom wydawanym przez wspomniany wynalazek (twórca owej damki musiał mieć nieźle na pieńku z damami,żeby wymyślić coś takiego, taki rower, być może była to twórczyni, co jeszcze gorzej świadczy o jej zamierzeniach i efekcie końcowym w postaci nieergonomicznego w żadnym, najmniejszym nawet calu), a precyzyjniej przez tylne koło,  potem skierowałam wzrok podążając za dźwiękami, które przypominały trzeszczenie  gumy na asfalcie, a w gruncie rzeczy takimi były,  oczom moim (jednemu lekko zezowatemu hi hi hi, ale już nie pamiętam, które to) ukazała się sflaczała opona, bez krztyny, bez bąbelka powietrza, bez śladu po napompowaniu. Uuu uuu, moja buta została ukarana. Do domu był do pokonania odcinek trochę dłuższy,  niż ten, który nawigacja Tobie pokazała jako przejezdny, a to była ścieżka rowerowa- pamiętasz? My byłyśmy jakieś pol km w stronę M.
Jazda na tym wynalazku nie należy do łatwej i przyjemnej, a gdy jeszcze wynalazek gubi powietrze, oraz nie jest zaopatrzony w stosowny instrument, który to powietrze na powrót  umieścić pośrednio w oponce, a bezpośrednio w dętce, to wyzwanie staje się trudne do sprostania. Ale, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z jednostką wyjątkowo odporną na przeciwności losu hihihi, noooo o sobie tak ładnie piszę,  to jakoś, z potężnym akcentem na jakoś, dałam radę dobrnąć do mety. Częściowo odcinek pokonywany był w pozycji,  gdy nie korzystałam z siodełka,  żeby jak najmniej dociążać tylną oś, co odbiło się na nogach, które musiały wykonać większy wysiłek fizyczny, a na to, żeby zejść z roweru i prowadzić go nie pozwalała mi ambicja. W rezultacie dotarłam umęczona do domu, gdzie szybko napoiłam moje spragnione wody body, ubrałam psom kolie i zaopatrzone w instrument dęty plastikowy,  zwany popularnie fletem prostym, udaliśmy się do lasu. Czemu z fletem do naturalnego środowiska,  które obfituje w dźwięki wszelakie,  a do tego miłe moim Ohre?  A no, potomstwo Hart/Moni potrzebowało nabyć wprawy w posługiwaniu się wspomnianym instrumentem, umiejętności niezbędne na jutrzejsza lekcję muzyki. To, co wydobywało się z fletu w żaden znany mi sposób nie moglam nazwać grą.  Były to próby, moze etiudy, moze wariacje na nieznany bliżej temat, jęki,  skpwyty, piski i rzężenie, gra w żadnym wypadku,  a już odtworzenie zapisu nutowego na pewno nie. Znow, jsk podczas uderzenia w klawisze piano, wartości nut, pauzy, akordy nie mialy znaczenia.  Dziewczę delektowało się,  wręcz upajało wydobywanymi dźwiękami, za każdym dymnieciem w ustnik wykrzykiwało: patrz! jakby to coś miało zmienić, lub w czymś pomóc. Nawet nie miałam ochoty jej korygować, usilnie wzrok mój oraz inne zmysły, żeby od nich nie odejść:) kierowałam na czubki drzew, wsłuchiwałam się w trele ptaków, podziwiałam wiosenną zieleń  młodych listków i traw oraz miałam baczenie na psy.
Alles, po kilkukrotym zapewnieniu z mojej strony,eże gra ślicznie oraz, co w muzyce ważne, zgodnie z zamysłem autora (a nie przyszło mi to zbyt trudno) opuściła sobie młoda katowanie jazgotem.
A po powrocie szybka kąpiel jej i moja,  włosy jej i moje, pomoc w matmie, uuuuuu, to już była droga przez mękę.  Zadania z treścią,  która to treść stanowiła zagadkę dla Heli, zreszta dla Eli także, czyli może to były trudne zadania?, a mnie udało się je rozwiązać zupełnie przy użyciu sił nadprzyrodzonych? Nie, nie, nie czułam żadnej interwencji zza światów, a zadanie było ..... łatwe? Dla mnie łatwe? Toż to dritte klasse dopiero, a nie całki i macierze.


czwartek, 30 marca 2017

Dzis darza się jeden z niewielu woeczorków nocnych lub/i nocy wieczornych, gdy nie jesteśmy sobie ...... mm ...widoczni. Ale jesteśmy!  Widocznie :) tak czasem trzeba, żeby los zagrał nam na nosie (zauważyłeś, że mijamy się w miejscach pobytu? Najpierw P., teraz B., ale nic to nie zmienia w relacji-cjach między Nami. Nie obawiaj -jmy się. A może właśnie zmienia?Tak, tak. Właśnie, że zmienia, bo gdy Cię nie widzę, to wzdycham i płaczę,  tęsknota za Tobą, za rozmowa z Tobą lub choćby przeczytaniem wieści, jest tym większa, im mniejsza jest możliwość ujrzenia Twej pogodnej, doopalonej, mądrej buzi, pięknych oczu, na które dziś ze szczególną uwagą patrzyłam,  może dlatego, że tylko "do oczu" widziałam Twoją buzię,  a może dlatego, że na oczach, pięknych, błękitnych i takich "świeżych" skupiłam się najbardziej? (niech ta ruska foka ze swoimi "starczymi" uwagami spada) Więc te sporadyczne, z mej strony występujące jak żubr w puszczy, czyli rzadko, niezwykle rzadko, okazjonalnie, w charakterze okazu -ale okaz ze mnie, nie wiedziałam. Nie wiedziałam? A Ty wiedziałeś? - bardziej samotne niż codziennie samotne wieczorki potęgują pragnienie posiadania Ciebie częściej i wtedy myśli moje intensywniej biegną w Twoim kierunku, bez względu na kierunek, w którym obecnie się znajdziesz. Chyba nie powinnam o tym pisać, ale już napisałam.

A sobota idzie dziwnym trybem, ja piszę do Ciebie, a E.odkurza posługując się odkurzaczem, noooo świat nie widział jeszcze tego, hihi. Teraz gdzieś oboje wybyli, pewnie na zakupy, bo w lodowce jeno pingwin i światło :), Hela od 3 godzin zaszczyca swoja paplanina inną helvecką familię,  całe szczęście, bo od rana, gdy tylko podniosła powieki, tyłek z wyrka i wniosła wyniosłe body na Este этаж od razu zaczęła nadawać dyszkantem, świdrującym co wrażliwsze organy słuchu, na wysokich obrotach, nieprzerwanie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, sprzeciwiając się zarazem woli, czynnościom i argumentom papy, skąd u niej tyle złości, wręcz agresji tuż po przebudzeniu? Wciąż mnie to dziwi, a nie powinno, już był czas przywyknąć, przejść nad tym do porządku dziennego, a tu zaskoczenie, że znowu zostałam zaskoczona. Zaskakujące dziewczę w zaskakującej familii i zaskoczona tym wszystkim Effi.
Mio Raggio, o czym jeszcze chciałam napisać? W rozmowie sprzed kilku dni usłyszałam od Ciebie, ze nie mam być sobą? To było chyba zapodane :) w kontekście relacji damsko-męskich, chyba. Jak to? To kim mam być? Jaką postc mam przybrać, w kogo się przeobrazić? Ja już poniekąd mam wrażenie, nie, nie wrażenie, wręcz przekonanie, że nie jestem sobą.  Poprzednia Effka była lekko rozhisteryzowaną, reagującą nerwowo i ekstremalnie na wszystko, co nie było po jej, słusznej lub nie, myśli. Rzucanie słuchawką, foch, epitety to były narzędzia w zasięgu ręki reki i broń boże, stanąć w promieniu rażenia.  Tamta ja była przekonana do swojej jedynie słusznej koncepcji, w bardzo szerokim spektrum rozumianej koncepcji. Zmieniłam się, nie pod wpływem, czy na prośbę, nie, nie, raczej poprzez doświadczenia, z którymi przyszło mi skonfrontować się. samo jakoś tak wyszło, a skonstatowałam po czasie, że ja to hmm jakaś juz inna ja. Wyciszona, nie reagująca zbyt spontanicznie (śmiech został, ufff, całe szczęście). Nie chcę się zmieniać, już nie, dobrze mi w tej skórze,  nie czuję, żebym dopasowała do siebie kolejny model "przyodziewku", a moze przybliżysz mi, co miałeś na myśli.  Wiesz, ja reprezentuję grupę blondynek z wyboru, procesy myślowe przebiegają u mnie w tempie,któregonależy spodziewać się u blond Lady ( tak mawiał prof od psychologii), więc nie spodziewajmy się oszałamiających rezultatów, heh, to nie prawda. Sama nie wiem, jaka jestem. Wiem,eże u mnie nie ma szarości, jest białe lub czarne, pośredniego brak, że każdą uwagę bardzo biorę do siebie,  że szybko poddaję się,  choć powinnam chociaż spróbować zawalczyć, że schodzę z miejsca, ustępuję pola walki,eże głęboko przeżywam wszystkie zdarzenia i wydarzenia, że zbyt łatwo można mnie zranić, ale nawet jak rana jest szarpana i głębola, nie chowam urazy, szkoda życia na to. Dobrze mi z tym, ale.....może z czymś innym będzie mi lepiej?

Amen



wtorek, 28 lutego 2017

Królik


Ja właśnie wyłączam żelazko,  składam deskę, chociaż nie, deska jeszcze jutro się przyda, bo prasowania odpękano part I, zostaje jeszcze na przynajmniej jeden wieczór. I tak zauważyłam,że choć pralek wciąż 5, to prasowania mniej, chyba oszczędniej dzieci ubieram, choć nie należy z tego od razu wyciągać wniosków, że dzieci zaniedbane, czy (z)goła :) brudne, nie.

A poniedziałek zaczął się spokojnie i po nawet udanej nocce - zbudziłam się tylko 2 razy. Młody swoim spaniem pozwolił na wypicie kawy, przygotowanie warzyw i owoców, jedno na zupkę, drugie na kompocik i sprawienie mięska. Jeszcze przed wyjściem E. zapowiedziała, że młody ma coś z oczami, zaczerwienione, czy jakoś tak (jak ona to w nocy wyśledziła? Młody jak zając, śpi z otwartymi oczami, czy jak? A propos zająca, dziś przyrządzałam dla niej królica :( ) i ona to skonsultuje telefonicznie z pediatra, nie tego królica Boże broń, tylko dolegliwość młodego i gdyby się okazało, że trzeba będzie pojechać, to ja mam się tam z młodym udc, bo ona nie będzie brać wolnego. Tam, czyli do miasteczka obok. Moja wyobraźnia, na mój prywatny użytek, znów fiknęła koziołka, co mnie tu jeszcze spotka? W jakim niby języku mam się dogadać z tym lekarzem? Bo co innego zapytać o drogę, co innego zamow kawę, ale wizyta u lekarza? Jakie jeszcze dodatkowe zajęcia weja do programu obowiązkowego? Całe szczęście, że tym razem do wizyty nie doszło, raportowałam co godzinę o stanie wód głównych rzek ...eee o stanie spojówek i okolic,  nic niepokojącego nie zauważyłam. A młody pospał do 8.15, potem śniadanko, potem półtorej godzinki przeznaczonej na konserwacje powierzchni płaskich, runda do suszarni, zupka (przy)goto(wy)wała się sama ;już można było na spacerek, potem obiadek, drzemka, a w tym czasie postanowiłam upiec "pasztet z ziaren słonecznika", ten żółty ser,, mimo, że jest przepyszny, to zaczął mi wchodzić w bioderka i pas, impas :)i. Eufemizm zbyteczny, wlazł mi w biodra i talie, która przestaje byc talią, a zaczyna być balią:). Przestaję być, jak to ładnie określiłeś, compact.
Produkt pasztetopodobny wyszedł nadspodziewanie smaczny, zdrowy i niskokaloryczny, choć nie do końca udało mi się osiągnąć pożądaną konsystencję, ponieważ w tym domu nie inwestuje się w żaden solidny sprzęt kuchenny, nie ma dobrego blendera, nawet takiego niskich lotów, jest blenderek dla Barbie, wyciskarka do cytrusów ino manualna:), sokowirówka ma obroty, które nie pozwalają uzyskać soku,  mikserek ręczny, taki "wentylatorek", że Twój przyrządzik
 do spieniania mleka ma większą wydajno, nie ma czym pracować. Że nie wspomnę o braku maszyny do szycia, o zwykłych igłach już pisałam.

Królik został skrytykowany, że twardy, a cóż ja mogę, że wyścigowego, czy może ochwaconego  zwierza nabyła? Trenerką jego byłam? Nawet nie wiem, z jakiej on hodowli? Czy klatkowy, czy plaine air :) Skąd mogę wiedzieć, jaki tryb życia prowadził ów król? Siedzę w tych mięśniach, czy precyzyjniej pęczkach włókien mięśniowych, śledziłam jego życie i wiem,eże byl raczej sprinterem niż dlugodystansowcem, domatorem czy raczej aktywnym fizycznie? Miałam wpływ na rozwój jego masy mięśniowej? Suplementowalam dietę? Nawet go nie kupowałam, to do kogo pretensje? Ale poddusiłam te miesnie jeszcze dodatkowe półtorej godziny, i jak do tej chwili nie zmiękłyy, to już tego nie zrobią. Wprawdzie to nie jajko kurzęce,eże im dłużej gotujesz, tym bardziej na twardo, choć i jajo  swoje granice wytrzymałości ma, a wiem to stąd, że kiedyś moja siostra nie wyłączyła na czas palnika pod garnuszkiem z jajkiem i jajko doskoczyło do sufitu i tam zostało, aż do ....remontu, i nie było w jednym kawałku, jak doskakiwało to już było go duuuużżoo :), białko zwierzęce działa dokładnie odwrotnie,  tzn nie wiem, czy też nie doskakuje do sufitu, gdy zbyt gorąco mu się zrobi, zwłaszcza,że to królik to i skakać potrafi, ale gdy zachować odpowiedni poziom, nazwijmy to nawodnienia, to powinno spokojnie w garnku stracić swoją hardość, eeee twardość, pod warunkiem, że nie wyzionęło ducha ze starości lub nie było sterydowym koksem za życia,  bo wtedy żadna, znana mi i przy użyciu dostępnych przyrządów, obróbka termiczna nie podoła. Taki zwierz,  czy precyzyjnie jego mięso staje się super odporne na wszelkie działanie sił zewnętrznych. Masz poniekąd wrażenie, że walczysz z osłem. Uparciuchem.

niedziela, 5 lutego 2017

Sobota dobiega końca, a ja to dokładnie czuję w kończynach górnych i dolnych, tak wolnych jak i zniewolonych (wolne to ta część, co swobodnie bimba, gdy po temu są warunki, do bimbania warunki)
Stawiając czoła namowom przyjaciół, żeby aktywnie oraz w okolicy spędzać wolny czas, a także podejmując decyzje, które stają się, w moim przypadku,  często wyzwaniem, jeśli nie wezwaniem, takim swoistym (z)ewem:) postanowiłam wyruszyć w najbliższe jurajskie górki.
Za cel postawiłam sobie Col de la Tourne, jedyne 1066 m, zgodnie z jednymi źródłami, i ponad 1100 powołując się na inne (później będzie o tym, skąd ta różnica, taka hipoteza, moja!). Odległość od domku niespełna 15 km, w jedna stronę, po liniach krzywych,  bo jak wiemy, pod górkę trzeba obrać technikę trawersowania, czasem tak, jak idzie droga, czasem, gdy droga ginie pod miękką, śniegową, jakże zdradliwą, poduchą, wyznaczyć jednorazowo pożądany kierunek. Tak było i tym razem. Najpierw kolejką do Neuenburga, stamtąd do Chambrelien i wysiadka ......w gęstej zadymce śnieżnej oraz potężnej wichurze. Z zapełnionego pociągu wysiadła jedna, jedyna desperatka....Effičca i zaraz stała się niewidoczna dla towarzystwa w ciepłych wagonach. Otuliła mnie gęsta, chłodna i wdzierająca się za kołnierz, śnieżna kołdra. Ale, żem baranica, co się zowie, to juz nie opuściłam, a raczej przypuściłam szturm na ową górkę. Nie miałam zresztą wyjścia,  pociąg dziwnym trafem po jednych torach tylko, w kierunku niepożądanym, a o mijance nie miałam bladego pojęcia. Nie zaprzątało mi to głowy, bo zamierzałam pokonać już do końca całą trasę, w te i wewte,  nożnie. Droga prowadziła przez Rochefort, chcąc się upewnić, czy aby dobrze spamiętałam, już na zewnątrz rozpostarłam "analogową" mapę i nim dostrzegłam ustalony punkt, nim przywołałam wytyczony kierunek, mapa przeszła w stan płynny, zasilając wioskową infrastrukturę kanalizacyjną,  o ile taka istniała. Pozostało zaufać pamięci,  która już na rezerwie leci. Wiedziałam, że pod górkę, że trochę po szosie, trochę przez las. Wyruszyłam. Chwilam było całkiem przyjemnie, chwilami całkiem nieprzyjemnie, wiatr raz był sprzymierzeńcem,  raz wręcz odwrotnie, chwilami miałam wrażenie halsowania po bezkresnych połaciach śniegu . Tych odwrotnych razów jakoś więcej, w przewadze. Dość, że na kolejnych OS urywałam po 10 - 20 minutek. Na polane, udającą szczyt, wdrapałam się przed założonym czasem. I teraz o tej różnicy w podawanych wartosciach/wysokościach.  Na gorze było tyle śniegu, że nie sposób było odszukać konkretnej drogi, myślę że to przechodziło...... ludzkie pojęcie:), uklepany na sporą wysokosc, słupki, na których umieszczono kierunki marszruty były,, oraz były na poziomie ....moich kolan, a jak niektórzy wiedzą, kolana mam nie za wysoko. O kolankach też jeszcze napiszę. Zasypane śniegiem.
Warunki, raczej ich brak oraz kompletne przemoczenie odzieży nie pozwoliły na wykonanie choćby jednego zdjęcia,  telefon nie reagował, udając zamoczenie (dlatego też moja pisaninka może być niewiarygodna sic! i niechaj taka zostanie). Jeszcze rozważałam wejście na nie odległy szczycik, ale kolejny podmuch mroźnego wiatru oraz świadomość,eże mam mokre stringi, zdecydowały za mnie. Odwrót.
Schodzilo się rewelacyjnie, bo po pierwsze- z górki:), po drugie w dziewiczym, kopnym śniegu, który wdarł się niepostrzeżenie w obuwie i tam, w postaci wody już pozostał (do teraz), po trzecie każdykrok przybliżał mnie do domku. Dodatkową atrakcję stanowiły przejeżdżające pługi odśnieżne, które koncertowo odwały robotę, odwalając śnieg na pobocze, po którym ja się przemieszczałam. Pługi nie były jedynymi dostarczycielami rozrywki, w postaci dodatkowych śnieżno-błotnych porcji na moich/od Ciebie legginsach, to co lemiesze zaniedbały nadrabiali co gorliwsi kierowcy. Nie powiem, byli i tacy co zwalniali, byli i tacy, przed którymi umykałam w zaspy. W trakcie tego powrotu śnieżyca przemieniła się w deszczyce. A mnie już było obojętnie, oraz bardzo mokro i zimno. Futerko na kapturze przykleiło się do czoła, cała kurtka przykleiła się do innych części ciała . Palce prawej dłoni nie nawiązywały już porozumienia z mózgiem, a może odwrotnie? Telefon, pozostający w wewnętrznej kieszeni kurtki postanowił zamo(mil)knąć. Krople deszczu dążyły kark, mimo nasuniętego, i obsuwającego się pod ciężarem wody kaptura woda była wszechobecna.
Dobrze, że choć droga znana. Postanowiłam iść krótszą trasą, niż pod górę, i choć to się wiązało z ciągłym umykaniem przed chlapiącymi samochodami, to wydawało się rozsądniejsze.
Gdy już tak całkiem przemoczona, zmarznięta, zrezygnowana, bliska łez, spowolniłam, najpierw zatrąbiło, a potem  zatrzymało się niepozorne auto z niepozorną parą emerytów i z samochodziku wydobyło się pytanie, w którym usłyszałam tylko znaną nazwę znanej mi miehsciwości. Od razu skojarzyłam, że nie pytają o droge, tylko proponują podwózke. Grzecznie podziękowałam i skorzystałam z okazji. I tym sposobem w domku znalazłam się cała, bez oznak zbliżającego się całą mocą obłędu,  choć dalej mokra do suchej nitki.
Gdy zajęłam odzież,  która nie tak latwo się poddawała owej operacji, ponieważ zmonoliciła się z moim body przez te wodne godziny, moim oczom ukazały się......makowoczerwone uda oraz  filetowe, niczym śliwka węgierka, kolana, (być może inne części ciała również nie odbiegały kolorem, ale wzrok nie sięgał) śliwkowe plamy porozlewane na kształt kontynentów, pomyślałam, że to za sprawa  pięknych i praktycznych, choć dziś przechodzących chrzest bojowy, legginsów które, pod wplywem nasączenia pozbywały się nadmiaru farby. Ale żeby tylko na kolankach, a cóż im kolanka uczyniły, że zostały uhonorowane barwą oberżyny? A co z resztą ciała, przyoblekniętego jeno w purpurę?
Pierwszy raz doznałam czegoś takiego i z myślą, że mydełko sobie z tym poradzi, wskoczyłam pod prysznic. Nic bardziej mylnego. Jakby tego było mało, całe ciało zaczęło przedziwnie swędzieć i mrowić. To akurat umiałam sobie wytłumaczyć - zbytnie wychłodzenie niektórych części ciała, ale co z kolankami?. Ileż mogę stać pod prysznicem i szorować? Czym szorować, kiedy nie schodzi.
Uporałam się jeszcze z włosami i powzięłam decyzję,  niełatwą! o wyjściu spod natrysku oraz,że już do końca życia będę skazana na jakieś nogowe dolegliwości, które dodadzą kolorytu. Komu?
Na szczęście, po kilkudziesięciu minutach śliwkowe plamy powoli przeszły w zaczerwienienie, potem zaróżowenie, aż wróciły do normy. Ja starałam się także  dojść do normy, ale niemoc rodzicielska objawiająca się w niemożności uspienia F. oraz jego protesty wyrażane głośnym rykiem stanowiły antybodziec relaksacyjny. Właściwie to ja nie umiem znaleźć rozwiązania na czas mojego wolnego weekendu w czasie niepogody.