Szukaj na tym blogu
wtorek, 23 października 2018
Motyczka
piątek, 12 stycznia 2018
hulaj-noga
Właśnie na chwilkę przycupnęłam na kanapie i zdziwiona stwierdziłam, że ćwiartek przeleciał świńskim truchtem.
Dzień rozpoczął się głośnym przytupem w wykonaniu pierworodnej. Ile pary można mieć w tak małych piętach? Takich dzieci nie powinno się, zdecydowanie nie powinno się podkuwać, albo zainwestować w dywany, bo szczerze współczuję lokatorom pod nami. Od godz.7 biegi przełajowe, slalomy mega-giganty, wszystko przy zastosowaniu techniki "wyjście z pięty", do tego dochodzą skoki z kanap i stołu, pchanie nie tylko kulą, miotanie nie tylko młotem, raczej wszystkim tylko nie młotem, bo takowego na podorędziu nie odnotowano (i tylko tego by brakowało), a mając już skrystalizowane pojęcie o umiejętonosciach manualnych, czyli prostym majsterkowaniu landlorda, to i młotka pewnie szukać ze świecą, do dyspozycji (na razie tylko dorosłych, a dodatkowo nie skłonnych do używania w celach innych, niż zalecenia producenta) tłuczek kuchenny z tasakiem, takie dwa w jednym, head&sholders. Dla młodych niedostępny, jak dotychczas.
Młody przy takim "powitaniu słońca" nie miał szansy na dłuższy sen, a i, z niezrozumiałą dla mnie radością i ochota, dołączył do zabawy.
Nooo, ćwiartek na dobre się zaczął. I nie był to łatwy czwartku początek, środek oraz koniec, ponieważ zostałam z dziećmi sama. Patron, jak to patron, pojechał do FirMy, patronka zaś udała się na umówioną wizytę u kosmetyczki i paznokciolożki i wróciła po 3 godzinnej nieobecności, dosłownie na chwile, do domku, by z głupia frant spytać: czy są naleśniki?, Bo o nich wczoraj wspominałam, wspominałam, że zrobię. Witki mi opadły, musiałam zrobić minę debilki 100%, złapałam jakąś chwilową, krótkotrwałą zawiechę, podczas której, w pośpiechu przeanalizowałam tych 6 porannych godzin, nie umiałam sobie przypomnieć, czy zdażyłam usiaść na chwilkę, od godz.7.00, a zbliżała się 13h. Aaa owszem zdążyłam, tak, zdążyłam, bo gdy już wróciłam z 2godz spacerku rano, przewinęłam Flipa i ululałam do snu, to usiadłam u Leili na dywanie i kolejne 2 godziny, z przerwa na dopilnowanie obiadku, bawiłyśmy się w sklep. Ale nie było mowy o zabawie w sklep w pokoiku i jednoczesne smażenie naleśników w pomieszczeniu do tego przeznaczonym. Owszem, muszę napisać, że naleśniki planowałam, ale na kolację, a to dlatego, żeby już po odpękaniu programu obowiązkowego zająć się wieczorem czymś innym, niż dziećmi. Taki tylko cel mi przyświecał.
To moje zdziwienie na twarzy wywołało z kolei grymas zdziwienia na twarzy pytającej. I chyba byśmy się tak dziwiły do dnia ostatecznego, jeśli nie sądu, co nie było w tym momencie dziwne, bo swoimi kolejnymi reakcjami-odpowiedziami na reakcje poprzedniczki zaskakiwałyśmy same siebie. Spektakl przerwał ryk młodego.
A potem zupki, pakowanie plecaczka, zabranie hulajnogi, z takim zamiarem, że młodej od tego hulania nogi się zmęczą i w końcu przestanie tupać (jakże mylne założenie, o czym przekonałam się wieczorem), i wypad na plac zbawmnie do B.
Tam do godziny 16.30 bieganie za młodym lub obok, ubiegając jego decyzje, zapobiegając kataklizmom wszelakim, jeśli nie katastrofie lub mniejszym urazom, wybiegając myślą i zapobiegliwie przewidując kolejne kroki.Oraz jednocześnie rzucając okiem na młodą. Teraz wiem, poczemu Panbozia dal mi zezowate oko ;). Dokonać takiego wyczynu, czyli śledzić dwie postaci równocześnie niezezowatym okiem się nie da. Noooo, nie da się.
Powrót w tempie niespiesznym, bo i do czego? Gdy Patronka zapowiedziała, ze przed 17h jej nie będzie, bo ma termin :) u jakiegoś chińskiego maga od masażu limfatycznego. I kto zabroni biednemu bogato zyć?
A w domku to już obiecane naleśniki, zapak/wypak zmywarki i jak już myślałam, że nic więcej mnie dziś nie spotka, Lelia zrobiła siusiu na ęrodku salonu, tak po prostu, rozstawiła nogi i, nie komunikując nic nikomu, a 3 dorosłych w pokoju, oddała mocz w ilości przypisywanej pojemności pęcherza u dorosłego. Brak reakcji ze strony elternów spowodował u mnie jakiś odpływ wszelakich sil.
A, że już wszystkie miny z zakresu zdziwionych odpracowałam w południe, to najnormalniej w świecie zabrakło mi inwencji. Sklęsła, ale juz po chwili poderwałam się i dziarsko, z mopem w ręce i śpiewem na ustach, śpiewem, żeby zagłuszyć to, co działo się w mojej głowie, zagłuszyć potężna chęć wyrzucenia z siebie słów powszechnie uznawanych za wulgarne, obelżywe, a przynajmniej niecenzuralne.
Dzień dobiegł końca
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Internet jest niezastąpionym źrodłem informacji wszelakich. Jak to drzewiej bywało, gdy całe pokolenia nie dysponowały takim narzędziem? Skąd czerpały i czy czerpały wiedzę? Czy wszystkie te informacje, pozyskane z netu są wiarygodne, czy nalezy brać do siebie? Czy wszystko wdrażać w życie? Czy nad wszystkim się pochylić i doszukać się sensu, w zalewie info?
Skąd te dylematy? Pewnie już się domyślasz, że rodzinka, w/u której przyszło mi spędzić kawałek schyłka lata życia (eufemizm hi hi) jest proeco, probio, pronatura i ogólnie propro, co nie przeszkadza w użytkowaniu dwóch samochodów o napędzie benzynowym (np. mam płukać tzw mokre chusteczki, przystosowane, zgodnie z sugestia producenta, do poop niemowlęcych, przed wytarciem nimi poopy niemowlęcej, bo nie wiadomo, co w nich jest, czym są nasączone, dobrze, że nie muszę pracć pampersów, choć tu akurat wiadomo, w jakiejś części, wiadomo, co w nich jest) A dziś dodatkowo empirycznie doświadczyłam, ile (nie)korzyści przysparza wiedza z netu, a nawet ile radości oraz wątków, z których mogę skorzystać, pisząc o tym. Proszę, nie pytaj jaki przyświeca cel owym działaniom, i nie mam tu na myśli działania -tworzenia listu, jeno działania, które pozwalają wdrożyć w życie wiadomości nabyte drogą elektroniczną, o których, tych działaniach powyżej-poniżej.
Rano zaproponowano mi udział w wyjściu/wyjeździe na targ, to juzż wiesz, ale nie wiesz, hmm...a może? że dzieci, przewożone w fotelikach przeznaczonych do przewożenia dzieci w samochodach, przewozi się bez odzienia wierzchniego. Od dziś do odwołania, bez odzienia. Beznadzieja!
Zabrakło mi odwagi, aby zadać pytanie: dlaczego tak?. Myślę też, że odpowiedzi żadną miarą nie umiałabym pojąć ;). A teraz wyobraź sobie, że podchodzimy do zaparkowanego na dworze samochodu, który dodatkowo jest w bogatej, śnieżnej okrywie, i co robi mamusia maleństwa? Ściąga z niego,z tego dziecięcia, niedawno ubrany kombinezon, który, jak wiemy, bo każdy kombinezon taki jest, inaczej nie byłby kombinezonem, stanowi monolit, i nie da rady zdjąć go połowicznie. Tzn da rade, i do pewnego momentu nawet myślałam, ze E. tak zrobi, że zsunie z młodego tę częśc górna (wciaąż jednak pozostaje zagadka, dlaczego ma to zrobić, ona dzis , a ja w przyszłości, gdy już sama będę po(d)wozić dzieci na różne zajęcia, w roóżnych kierunkach) i posadzi F. w siedzeniu. Tak się nie stało, dziecię zostało pozbawione kombinezonu i butów. Ważne, aaa może nie?, że droga na targ to 10 miut jazdy samochodem, tak, że nie zdążył się nagrzać wewnątrz, samochód, a w nim rozebrane dziecię, nagrzać. Mnie bylło gorąco z samego wrażenia, jakie na mnie zrobiło małe dziecko w rajstopkach i sweterku, na dworze, w środku zimy.
Po dotarciu do celu, czynności podjęto w odwrotnej kolejności. I o ile łatwiej jest zdejmować ubranie, o tyle trudniej w warunkach polowych jest w to ubranie nadziać ruchliwego człowieczka. Po pół godzinie, bo tyle czasu zabrało nam kupowanie u p. Joli bio i eco, ważne! o czym niżej, produktów, powtórka z rozrywki, czyli rozdziewanie młodego, na dworze, w trakcie, gdy obficie sypalł la neige, a temperatura wskazywalła minus 1, a po 10 minutach kolejne ubieranie, nie muszę pisać, że na dworze, na śniegu, w zimnie. Pracowalłam już u rodzinki, w której jeden potomek był w ciągu jednego dnia ubierany/przebierany 7 razy, wytrzymam i to, tylko żebym w nie zapomniała o celu wyjazdu, o dzieciach, a co najgorsze, sama nie zaczeła rozbierać się do rosołu, bo to byłby rosół mocno niestrawny, oraz nie znajdujaąc odpowiedzi w razie nagłego zapytania, co tez czynię?
To bylo jedno doświadczenie w temacie, co robią wiadomości internetowe z niektórymi rodzicami, a precyzyjniej z ich mózgami.
Drugie, dotyczące już zdrowia ogółu mieszkańców Passage de la Fontaine 5, daleko bardziej pracochłonne. Otóż od dziś pod tym adresem obowiązuje mycie wszelkich warzyw i owoców w specjalnych do tego celu skomponowanych roztworach. Pierwsze trzy minuty w zakwaszonej octem jablłkowym wodzie. I tu rodzi się pytanie, czy owe jabłka, przeznaczone na produkcje octu jabłkowego poddane zostały owemu trójfazowemu myciu przy użyciu m.in. octu jabłkowego, sporządzonego z jabłek, które zostały poddane trojfazowemu......itd..Drugie trzy minuty w roztworze zasadowym ( w tym celu woda z dodatkiem sody oczyszczonej, czy eco/bio ta soda, nie przeczytałam na opakowaniu), trzecie trzy minuty w wodzie z kranu, która, jak wszyscy wiemy, jest l'eau potablè. Przygotowanie każdego z posiłków przeduża się automatycznie o ok.15 minut. Czemu ma to służyć, gdy już wszystkie produkty, które wymagają mycia, nabywane są z całkowitym zapewnieniem producenta, że są nieskalane chemia, że są zdrowe, że sa eco bio?
Na moje pytanie, czy takie warzywa i owoce mogą być przechowywane w lodowce oraz jak długo, czy te operacje mogę przeprowadzać raz dziennie, na wszystkich owocach i warzywach, czy kolejno na każdym z nich z osobna? Nie usłyszałam odpowiedzi. Nie, inaczej, usłyszałam: nie wiem. Hm?, Znam za to odpowiedż, czemu ma to służyć. Otóż te produkty mają być jeszcze bardziej zdrowe. Zdrowe od jakich? Zdrowe od zdrowszych? Zdrowsze od zdrowych. Boję się, ze zapomnę o tych wszystkich czynnościach, że dnia mi nie stanie, ze pomylę kolejność, oraz, że to będzie miało szalony wpływ na (nie)zdrowie mieszkańców tego sympatycznego domostwa. Kiedyś tam.
Widziałam już wszystko, mogę...... spokojnie czekać na kolejne nowinki. Internet ponad zdrowy rozsadek, hip hip hurrra.
Naleśniki z mąki sarasin wyszły genialne. I vege.
Umrę zdrowsza, jeśli nie całkiem zdrowa, mam na myśli zdrowie fizyczne, w moim body są trawione już tylko same zdrowe ecoprodukty potraktowane ecooctem i ecowoda (wolałabym wóde, moze nie byc eco :) ) w moich członkach doczesnych ono będzie widoczne, to zdrowie, dla studentów GUMedu, zasś zdrowie psychiczne nie bedzie kwalifikowało się pod żadnż ze znanych jednostek chorobowych.
niedziela, 11 czerwca 2017
polenta!
A środek przeleciał bez zwrotów akcji i zawirowań. Normalnie, tyle, że bez spacerku, bo młody wciąż zainfekowany, a do tego jakieś zmiany na skórze na dłoniach i stopach - jutro z rana wizyta u medyka.
A z uwagi na brak pogody nie wiem, czy bym zdecydowała się na spacer. zajecia w parterze i jakoś zleciało.
Dziś pierwszy raz w życiu ugotowałam polentę, pełen sukces, moim zdaniem:), a potrawa z gatunku niskokalorycznych i jako zamiennik węglowodanów. Młoda oczywiście z załączonym wstecznym, ale potem zjadła, młody otwiera dziób do wszystkiego i wszystko je. Jeżeli chodzi o mnie, to włączam tę strawę do regularnego effimenu. Czemu tak o tym się rozpisuję? Otóż pamiętam, jak Davide, w przypływie jakichś gastronomicznych uniesień oraz powrotu do przeszłości,jego alyprzeszłości,i zakupił w Italy polentowy żwirek i ugotował coś, co potem stało przez kilka dni w lodówce, nim to wyrzuciłam. Najpierw z charakterystycznym dla niego rozmachem poinformował,eże przystepuje do produkcji potrawy jego przodków i swojego dzieciństwa. Noooo, jak tak wyglądało jego dzieciństwo, to się nie dziwię kolejnym jego wyborom życiowym. On chyba nie mógł jeść tego samego, co potem chciał powtórzyć,, bo ta strawa była od początku niestrawna, przypalona, pełna grudek i o dziwnej konsystencji. Przy takiej diecie nie dożyłby pełnoletności, w ogóle nie miałby prawa żyć. Pomysłu już nie doprowadził do końca, zarzucił, nim dobrze rozmieszał owa mamałygę i oddalił się, chyba bardzo zmeczony, w celu zalegnięcia na kanapie. I chyba dobrze się stało,że nie usiłował wyserwować tego czegoś . chciałam napisać gaz, ale tam byla elektryczność, więc płyta ceramiczna pod zostawionym samemu sobie, sporym garnkiem z polentą dokonywała dzieła, równomiernie przypalając nierównomiernie rozmieszaną papkę, rozdyźdana konsystencja malowiczo zastygała na ściankach garnka, a warto wspomnieć,że zgodnie z wrodzonym, lub nabytym, rozmachem Goliatta pomysłodawcy, tej paćki było sporo. Pamiętam,że nie mogłam nadziwić się, czym Włosi się tak excytuja, przecież ta ich kuchnia wyrafinowana, sofistique, a tu przypalona, żótło-brązowa maź, w dodatku wydzialająca drażniący nozdrza zapach spalenizny, i to ma być pyszne?
Nie miałam wtedy odwagi skosztować, żeby wyrobić własne zdanie o tym przysmaku, zostałam przy doznaniach innych zmysłów, które dostarczały dość jednoznacznych wrażeń - przy zdrowych zmysłach tego się nie da zjeść.
Po nabraniu mocy, po paru dniach, chyba tylko dlatego, że potrzebowałam większego garnka, bez wyrzutów sumienia wywaliłam całą zawartość do kibla. Od tej pory, aż do dziś, polenta kojarzyła mi się jednoznacznie. Dziś zeszłoroczne wrażenia zatarła "moja" potrawa. Smaczna, kolorystyka też nie przypominająca tej davidowej,eże o zapachu nie wspomnę. Patronka przyjęła z entuzjazmem, R. pochwalił się,eże nie lubi, ale mój dar przekonywania oraz argumenty w postaci niskiej kaloryczności spowodowały,że nie kręcił nosem oraz spożył. A moze ta jego niechęć, czy raczej bezentuzjastyczne przyjęcie polenty wiązało się z podobnymi do moich pierwszych doświadczeń? Może gdzieś na trasie raffiontogenezy miał okazję zjeść, lub choćby tylko spróbować goliattpolenty?
sobota, 6 maja 2017
bachantka?
Piątek juz finiszuje, a był ładny, słoneczny i ciepły, pod koniec dnia taki był. Finishuje? Skończył się!
U mnie zgodnie z założeniami, bez niespodzianek, dzień pracowity, długi, wyczerpujący.
Mogę pisać troszkę mniej składniej, niż zazwyczaj, gdyż ponieważ ;) jestemopod sporym wpływem niezwykłych i wciąż odkrywanych na nowo właściwościach cennego soku z winnych krzewów, a także wpływu owego soku bezpośrednio na mój organizm. Ale o tym później, jeśli klawiatura mi hi hi pozwoli.
A od rana lekki zapieprz, bo piątek, więc prac porządkowych więcej, kilka pralek prania, potem spacerek, potem wyjazd po młodą, obiad, drzemka młodego...... bla bla bla, nic nowego, tyle, że pod wieczór pogoda całkiem się ustabilizowała i pozwoliła na złapanie pozytywnej energii. Słoneczko, prawie 15 °C.
Po południu copiątkowy wyjazd na basen, a przed godzinka na placu zbaw.
Późnym popołudniem, już po zdaniu służby, podjechałam ze znajomymi do pobliskich winnic, na degustacje. Szybka, bo już prawie ostatnimi gośćmi byliśmy. Zawsze się dziwię, czemu/komu takie akcje służą. Wina z tej krainy nie cieszą się renomą, ale żeby nimi od razu szastać na lewo i prawo? Rozlewać w kielichy bez opamiętania i wszystkim, którzy się pojawią i nie żądać zapłaty, a na dodatek umożliwiać transport podstawionymi busami. Cóż, nie mnie roztrząsać kwestie ekonomiczne właścicieli zapasów, zostałam zaproszona, więc skorzystałam. A że mało mam możliwości, okazji do poznania autochtonów oraz naocznie i namacalnie, wręcz "ustnie" doświadczyć tych enologicznych zdobyczy i wykwitów w naturalnym środowisku, to atrakcje przyjęłam z entuzjazmem. Tym razem takoż tubylców nie poznałam, a na ich winach się nie poznałam, mam nadzieję,eże oni na mnie także się nie poznali, hi hi. Takie poznańskie klimaciki.
Faktycznie wina nie powalają na kolanka, zaraz, zaraz, jak to nie powalają, oczywiście,że tak, nawet pozwalają na przyjęcie pozycji kobiety upadłej oraz lekko sponiewieranej, o nieeee, tu przesadziłam, w rozumieniu,eże wyolbrzymiłam, choć taki malutki płotek, okalający winorośla chciałam przesadzić, czyli przeskoczyć - polski język, trudny język- ale mnie powstrzymano, nim dobrze zamach, w sensie wymach, kopytkiem powzięłam, z kim ja się, z drugiej strony, zadawam? Nie, że z drugiej strony zadawam, czyli zza placów;), tylko skad inąd zadawam? Ale w aurze starych murów, lekkiej stęchlizny piwnic (mój wiek nie upoważnia do stawiania tez, że się utożsamiam z tymi klimatami, a jednak.... )wśród starego oraz nowoczesnego sprzętu, pras wszelakich, beczek i innych utensyliów, smakowały te wina, a jak! Jakoś tak łagodnie i bez przymusu, ale ze sporą zachętą sięgałam po kolejne kieliszki. Wolę białe, i takie też degustowalam, nawet jakieś nieklarowane - ponoć taka moda. Chyba jednak w tematyce wina wolę być niemodna i nikogo za to nie winnię, żem wierna alzackim gewürtztraminerkom i rieslingom, pinot gris, pinot grigio, bo nie pinot noir, choc noir profond;),pinokio i pingwin też oki.
A teraz czas na piżamkę i sen nocy wiosennej.
niedziela, 30 kwietnia 2017
Gdy wróciłam wieczorem z młodą do domku, po stercie naleśników ślad i słuch zaginął, a zupa nosiła ślady używania. Zaś pani tego domostwa dostała monsterglobusa, zaległa na kanapie i skonanym głosem informowała o swojej przypadłości, która jednak nie przeszkodziła jej w udziale w konsumpcji dań wykonanych moimi dłońmi. Kirk w wykonaniu amatorów;). W czym ja uczestniczę?
Wieczorem jeszcze przystąpienie do prasowania, bo we wtorek zajdzie potężna obawa, że się nie wykopię z kolejnej sterty wysuszonego prania.
Na posiłek znalazłam czas już po prasowaniu, a jeszcze przed kąpielą, tak ok.21h, zjadając ( z apetytem) podsmażone tofu i plasterki cukinii. Wciąż zastanawia mnie mój prywatny, spowolniony matabolizm, oraz jego skutki w nadmarze nagromadzonej tkanki tluszczowej. Co jest? Dostarczam organizmowi w porywach, dostarczam w porywach, organizmem dysponuję już od ponad pół wieku, dziennie ok. 1200kcal, to jest poniżej połowy pożądanych i wskazanych wartości, a efektow nie widać. A spodziewałabym się zobaczyć efekty w postaci ubytku masy, ubytku złogów tłuszczu, efektywnie oraz, co ważniejsze, efektownie wyszczuplić talię, brzuch, uda i pośladki,eże o ramionach nie wspomnę. Nic bardziej mylnego. Mój organizm pobiera z powietrza niezbędne dla utrzymania wałeczków tłuszczu składniki, produkuje cellulit z tlenu i gromadzi tłuszcz z azotu, lub odwrotnie;).
Kochanie, nowa data od 40 minut. A ja zaczynam cieszyć się długim Wochenende. Luuuuubiętakie wieczorki, co łagodnie przechodzą w nockę, a nocka jeszcze łagodniej w świt. Lubię, ale nie sama. Obejrzymy razem wschód słońca? Obojętnie, w jakim regionie. Chciałabym choć jeden taki poranek z Tobą u boku, poproschemmm!
środa, 12 kwietnia 2017
spacerek i kąpiel
Dzień jak to dzień, przeleciał, na prozaicznych zajęciach i obowiązkach, dzień nie miał wyjścia, a ja mu wtórowałam, temu dniu i temu wyjściu. A rozpędził się równo o 7.00, gorącą kawką, gorącą wodą z miodem i imbirem, ciepłą kaszką dla młodego, potem już wytarte tory, czyli przygotowanie obiadu, dłuższy, bo trwający półtorej godziny spacerek, obiadek i drzemka młodego, krótka, a potem oddawanie się z należytą czcią i pieczołowitością pracom konserwatorsko-konserwującym. Taka konserwa ze mnie dziś.
Podczas mojej czyścicielskiej działalności oni, czyli E. I młode wybyli na spacerek. I to warto odnotować, bo mineo już pół roku mojej pracy i dziś dopiero doświadczyłam takiego widoku, że mama idzie z dziećmi na spacerek, nie shopping, nie wizyta u koleżanki, tylko spacer. Widok niezapomniany, choć przygotowania jak do wesela rozmazały trochę obraz. a ja miałam 2,5h aby zdążyć ze wszystkim. Zdążyłam, choć pot po pooopie się lał, jeszcze zjazd do suszarni, jeszcze wyniesienie do piwnicy jakichś zbędnych niezbeędności i już nadeszła rozkrzyczana grupka. Podwieczorek. Przygotowywałam młodemu ryż z jakimś sosem, upewniwszy się, że młoda zje jajecznicę. Spokojnie stoję przy kuchence i podgrzewam (mikrofala jest mi zabroniona do podgrzewania dzieciowego jedzonka, im nie, chyba to jest ustalanie, przesuwanie i napinanie granic wytrzymałości, mojej psychicznej wytrzymalosci. ale spuszczam na to zasłonę milczenia), do moich uszu dochodzi pytanie, czy mogę jednocześnie mieszać potrawę dla Flipa i rozbijać jajka, oraz smażyć owe w postaci jajówy,, wcześniej je robełtawszy. Znów, przez moment, flash, naszła mnie myśl,eże gdzieś kiedyś bylam posiadaczką kilku par kończyn, w którymś momencie ontogenezy, mojej, niezauważenie odpadły mi kończyn górne, pozostały najsilniejsze. A ślady po owych nieobecnych kończynach są widoczne dla moich patronów i mają o to do mnie żal. O to odpadnięcie. Ja nic takiego nie zauważam i nie uważam, że kiedyś byłam ośmiornicą.
Chyba uruchomiłam, zachowanym na skrajne, extremalne potrzeby, poklad asertywności. Opanowałam szczękę, aby niekontrolowanie nie zgrzytnęła, przymknęłam powieki, aby wzrok skierowany w stronę pytającej nie był zbyt zabójczy, przystopowałam struny głosowe, skore do wydania ekstraordynaryjnego charkotu, wysiliłam się i grzecznie odpowiedziałam, że ona może przejąć mój obowiązek zapodawania strawy młodemu, a ja wtedy uwarzę jajecznicę z całymi nakeżnymi szykanami. Usłyszałam,eże przy kuchence jest za mało miejsca dla dwóch. Dalej nie rozwiązywało to problemu. Wiem, tego nie trzeba mi mówić, ale zimnego jedzenia nie wyserwuję, w mikroweli jest interdit, nie jestem wawelski smok, żeby ziać ogniem w celu przyspieszenia zagrzania strawy. Potrwało to jeszcze chwilkę, zwolniłam, nie, że spowolniłam, tylko,eże ustąpiłam miejsca i już mogła ona oddawać się (nie)zapomnianym:) kucharskim czynnościom. To było jedno, takie prawie nic nie znaczące, ale wcześniej, przed południem poddano mnie kolejnej probie. Usłyszałam, że na młodej dolegliwości ze strony układu pokarmowego (w rozmowie bliżej nieokreślone dolegliwości) i rzekomy brak apetytu (fakt, nie je żadnych owocw, a warzywa tylko przemycone w postaci rozgotowanych zup i sosw), ale parówy, mięcha, ziemniaki, szynki, makarony, "pastfudy"w ilości nieograniczonej, więc ciężko to nazwać brakiem apetytu, raczej problem tkwi w układzie wydalniczym:)ale do rzeczy, można zastosować ....... kąpiele całego ciała w tymianku czy innym "o mój rozmarynie", chyba nie był cząber wymieniony ani lubczyk, czy zgoła arcydzięgiel lub kozieradka:) Jakieś zioło, ecozioło, niezłe ziółko. Napar w wannie i dziecię zanurzone do wysokości mięśnia sercowego, grzecznie oddające się zdrowotnemu wpływowi zabiegu wyobraźnia wystartowała, już widziałam, z jakim oddaniem mama przygotowuje ową kąpiel, z jaką należytą troską pochyla się nad wanną, jak odmierza, jak peroruje o dobroczynnych właściwościach, a wokół fruwają papillon i świergoczą oiseaux, woń ziela rozpościera się po mieszkaniu, miło drażni nozdrza i pobudza zmysły.......w zwiazku z tym przeoczyłam fakt ile, skąd, jak długo, na jak długo, i jakiego argumentu użyć, aby młoda zechciała wejść oraz , co ważne, jeśli nue ważniejsze,, opuścić wannę, bo kapiel zdrowotna, nawet jak pomysł chory, musi trwać określony czas.
Mam sie tu z nimi. Nauczono mnie, początkowo chciałam napisać, że nauczyłam się, rzekomo sama, ale to nie byłaby prawda, nauczono mnie, wymuszono wręcz na mnie powagi i dystansu, z jakimi przyjmować tego typu rewelacje, jeśli nie rewolucje. Na spokojnie zapytałam, jak ową kąpiel sobie wyobraża/ją, jak chcą tego dokonać, kąpiel lecznicza różni się od rozrbryzgiwania wody w wannie, dzieci, jeśli już się kąpią, bo nie codziennie, toasą łączone w pary ;), pytań było więcej, ale żeby nie było to opacznie zrozumiane,eże tematem się zainteresowałam, że podchwyciłam,eże ja tak,eże chętnie, eże tylko tego jeszcze pragnęłam, to ograniczyłam się tylko tematu samej organizacji ziołomoczenia. I odpowiedź napotkała na trudności, trudności napotkały na odpowiedź.
niedziela, 9 kwietnia 2017
dętka
A potem to już obowiązki, lżejsze, bo niedziela. Chociaż, jak się tak przyjrzeć skrupulatniej, to wcale nie lżejsze. Wycieczka rowerowa, z premedytacją, która skrupiła się na mnie, o czym pozn :), premedytacja polegająca na zmęczeniu młodej, coby tyle nie paplała. Ona wszędzie musi być erste - dobra cecha- więc goniłam za nią na holenderce, podkręcając tempo i prowokując hartmannowy owoc do jeszcze większego wysiłku, że o sobie nie wspomnę. A jeszcze przed wyruszeniem owej holenderce napompowałam tylną oponkę, bo była zupełnie bez powietrza. Nie spodziewałam się, że powietrze ujdzie podczas wyprawy. Wprawdzie wyprawa nie należała do czasochłonnych, tudzież odległochłonnych hi hi, kręciłyśmy się wzdłuż rzeki, potem chciałam podjechać w kier. Murgental :), byłyśmy nawet na dobrej drodze, cisza, spokój, relaks, ale jak przysłuchałam się dźwiękom wydawanym przez wspomniany wynalazek (twórca owej damki musiał mieć nieźle na pieńku z damami,żeby wymyślić coś takiego, taki rower, być może była to twórczyni, co jeszcze gorzej świadczy o jej zamierzeniach i efekcie końcowym w postaci nieergonomicznego w żadnym, najmniejszym nawet calu), a precyzyjniej przez tylne koło, potem skierowałam wzrok podążając za dźwiękami, które przypominały trzeszczenie gumy na asfalcie, a w gruncie rzeczy takimi były, oczom moim (jednemu lekko zezowatemu hi hi hi, ale już nie pamiętam, które to) ukazała się sflaczała opona, bez krztyny, bez bąbelka powietrza, bez śladu po napompowaniu. Uuu uuu, moja buta została ukarana. Do domu był do pokonania odcinek trochę dłuższy, niż ten, który nawigacja Tobie pokazała jako przejezdny, a to była ścieżka rowerowa- pamiętasz? My byłyśmy jakieś pol km w stronę M.
Jazda na tym wynalazku nie należy do łatwej i przyjemnej, a gdy jeszcze wynalazek gubi powietrze, oraz nie jest zaopatrzony w stosowny instrument, który to powietrze na powrót umieścić pośrednio w oponce, a bezpośrednio w dętce, to wyzwanie staje się trudne do sprostania. Ale, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z jednostką wyjątkowo odporną na przeciwności losu hihihi, noooo o sobie tak ładnie piszę, to jakoś, z potężnym akcentem na jakoś, dałam radę dobrnąć do mety. Częściowo odcinek pokonywany był w pozycji, gdy nie korzystałam z siodełka, żeby jak najmniej dociążać tylną oś, co odbiło się na nogach, które musiały wykonać większy wysiłek fizyczny, a na to, żeby zejść z roweru i prowadzić go nie pozwalała mi ambicja. W rezultacie dotarłam umęczona do domu, gdzie szybko napoiłam moje spragnione wody body, ubrałam psom kolie i zaopatrzone w instrument dęty plastikowy, zwany popularnie fletem prostym, udaliśmy się do lasu. Czemu z fletem do naturalnego środowiska, które obfituje w dźwięki wszelakie, a do tego miłe moim Ohre? A no, potomstwo Hart/Moni potrzebowało nabyć wprawy w posługiwaniu się wspomnianym instrumentem, umiejętności niezbędne na jutrzejsza lekcję muzyki. To, co wydobywało się z fletu w żaden znany mi sposób nie moglam nazwać grą. Były to próby, moze etiudy, moze wariacje na nieznany bliżej temat, jęki, skpwyty, piski i rzężenie, gra w żadnym wypadku, a już odtworzenie zapisu nutowego na pewno nie. Znow, jsk podczas uderzenia w klawisze piano, wartości nut, pauzy, akordy nie mialy znaczenia. Dziewczę delektowało się, wręcz upajało wydobywanymi dźwiękami, za każdym dymnieciem w ustnik wykrzykiwało: patrz! jakby to coś miało zmienić, lub w czymś pomóc. Nawet nie miałam ochoty jej korygować, usilnie wzrok mój oraz inne zmysły, żeby od nich nie odejść:) kierowałam na czubki drzew, wsłuchiwałam się w trele ptaków, podziwiałam wiosenną zieleń młodych listków i traw oraz miałam baczenie na psy.
Alles, po kilkukrotym zapewnieniu z mojej strony,eże gra ślicznie oraz, co w muzyce ważne, zgodnie z zamysłem autora (a nie przyszło mi to zbyt trudno) opuściła sobie młoda katowanie jazgotem.
A po powrocie szybka kąpiel jej i moja, włosy jej i moje, pomoc w matmie, uuuuuu, to już była droga przez mękę. Zadania z treścią, która to treść stanowiła zagadkę dla Heli, zreszta dla Eli także, czyli może to były trudne zadania?, a mnie udało się je rozwiązać zupełnie przy użyciu sił nadprzyrodzonych? Nie, nie, nie czułam żadnej interwencji zza światów, a zadanie było ..... łatwe? Dla mnie łatwe? Toż to dritte klasse dopiero, a nie całki i macierze.
czwartek, 30 marca 2017
A sobota idzie dziwnym trybem, ja piszę do Ciebie, a E.odkurza posługując się odkurzaczem, noooo świat nie widział jeszcze tego, hihi. Teraz gdzieś oboje wybyli, pewnie na zakupy, bo w lodowce jeno pingwin i światło :), Hela od 3 godzin zaszczyca swoja paplanina inną helvecką familię, całe szczęście, bo od rana, gdy tylko podniosła powieki, tyłek z wyrka i wniosła wyniosłe body na Este этаж od razu zaczęła nadawać dyszkantem, świdrującym co wrażliwsze organy słuchu, na wysokich obrotach, nieprzerwanie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, sprzeciwiając się zarazem woli, czynnościom i argumentom papy, skąd u niej tyle złości, wręcz agresji tuż po przebudzeniu? Wciąż mnie to dziwi, a nie powinno, już był czas przywyknąć, przejść nad tym do porządku dziennego, a tu zaskoczenie, że znowu zostałam zaskoczona. Zaskakujące dziewczę w zaskakującej familii i zaskoczona tym wszystkim Effi.
Mio Raggio, o czym jeszcze chciałam napisać? W rozmowie sprzed kilku dni usłyszałam od Ciebie, ze nie mam być sobą? To było chyba zapodane :) w kontekście relacji damsko-męskich, chyba. Jak to? To kim mam być? Jaką postc mam przybrać, w kogo się przeobrazić? Ja już poniekąd mam wrażenie, nie, nie wrażenie, wręcz przekonanie, że nie jestem sobą. Poprzednia Effka była lekko rozhisteryzowaną, reagującą nerwowo i ekstremalnie na wszystko, co nie było po jej, słusznej lub nie, myśli. Rzucanie słuchawką, foch, epitety to były narzędzia w zasięgu ręki reki i broń boże, stanąć w promieniu rażenia. Tamta ja była przekonana do swojej jedynie słusznej koncepcji, w bardzo szerokim spektrum rozumianej koncepcji. Zmieniłam się, nie pod wpływem, czy na prośbę, nie, nie, raczej poprzez doświadczenia, z którymi przyszło mi skonfrontować się. samo jakoś tak wyszło, a skonstatowałam po czasie, że ja to hmm jakaś juz inna ja. Wyciszona, nie reagująca zbyt spontanicznie (śmiech został, ufff, całe szczęście). Nie chcę się zmieniać, już nie, dobrze mi w tej skórze, nie czuję, żebym dopasowała do siebie kolejny model "przyodziewku", a moze przybliżysz mi, co miałeś na myśli. Wiesz, ja reprezentuję grupę blondynek z wyboru, procesy myślowe przebiegają u mnie w tempie,któregonależy spodziewać się u blond Lady ( tak mawiał prof od psychologii), więc nie spodziewajmy się oszałamiających rezultatów, heh, to nie prawda. Sama nie wiem, jaka jestem. Wiem,eże u mnie nie ma szarości, jest białe lub czarne, pośredniego brak, że każdą uwagę bardzo biorę do siebie, że szybko poddaję się, choć powinnam chociaż spróbować zawalczyć, że schodzę z miejsca, ustępuję pola walki,eże głęboko przeżywam wszystkie zdarzenia i wydarzenia, że zbyt łatwo można mnie zranić, ale nawet jak rana jest szarpana i głębola, nie chowam urazy, szkoda życia na to. Dobrze mi z tym, ale.....może z czymś innym będzie mi lepiej?
Amen
wtorek, 28 lutego 2017
Królik
Ja właśnie wyłączam żelazko, składam deskę, chociaż nie, deska jeszcze jutro się przyda, bo prasowania odpękano part I, zostaje jeszcze na przynajmniej jeden wieczór. I tak zauważyłam,że choć pralek wciąż 5, to prasowania mniej, chyba oszczędniej dzieci ubieram, choć nie należy z tego od razu wyciągać wniosków, że dzieci zaniedbane, czy (z)goła :) brudne, nie.
A poniedziałek zaczął się spokojnie i po nawet udanej nocce - zbudziłam się tylko 2 razy. Młody swoim spaniem pozwolił na wypicie kawy, przygotowanie warzyw i owoców, jedno na zupkę, drugie na kompocik i sprawienie mięska. Jeszcze przed wyjściem E. zapowiedziała, że młody ma coś z oczami, zaczerwienione, czy jakoś tak (jak ona to w nocy wyśledziła? Młody jak zając, śpi z otwartymi oczami, czy jak? A propos zająca, dziś przyrządzałam dla niej królica :( ) i ona to skonsultuje telefonicznie z pediatra, nie tego królica Boże broń, tylko dolegliwość młodego i gdyby się okazało, że trzeba będzie pojechać, to ja mam się tam z młodym udc, bo ona nie będzie brać wolnego. Tam, czyli do miasteczka obok. Moja wyobraźnia, na mój prywatny użytek, znów fiknęła koziołka, co mnie tu jeszcze spotka? W jakim niby języku mam się dogadać z tym lekarzem? Bo co innego zapytać o drogę, co innego zamow kawę, ale wizyta u lekarza? Jakie jeszcze dodatkowe zajęcia weja do programu obowiązkowego? Całe szczęście, że tym razem do wizyty nie doszło, raportowałam co godzinę o stanie wód głównych rzek ...eee o stanie spojówek i okolic, nic niepokojącego nie zauważyłam. A młody pospał do 8.15, potem śniadanko, potem półtorej godzinki przeznaczonej na konserwacje powierzchni płaskich, runda do suszarni, zupka (przy)goto(wy)wała się sama ;już można było na spacerek, potem obiadek, drzemka, a w tym czasie postanowiłam upiec "pasztet z ziaren słonecznika", ten żółty ser,, mimo, że jest przepyszny, to zaczął mi wchodzić w bioderka i pas, impas :)i. Eufemizm zbyteczny, wlazł mi w biodra i talie, która przestaje byc talią, a zaczyna być balią:). Przestaję być, jak to ładnie określiłeś, compact.
Produkt pasztetopodobny wyszedł nadspodziewanie smaczny, zdrowy i niskokaloryczny, choć nie do końca udało mi się osiągnąć pożądaną konsystencję, ponieważ w tym domu nie inwestuje się w żaden solidny sprzęt kuchenny, nie ma dobrego blendera, nawet takiego niskich lotów, jest blenderek dla Barbie, wyciskarka do cytrusów ino manualna:), sokowirówka ma obroty, które nie pozwalają uzyskać soku, mikserek ręczny, taki "wentylatorek", że Twój przyrządzik
do spieniania mleka ma większą wydajno, nie ma czym pracować. Że nie wspomnę o braku maszyny do szycia, o zwykłych igłach już pisałam.
Królik został skrytykowany, że twardy, a cóż ja mogę, że wyścigowego, czy może ochwaconego zwierza nabyła? Trenerką jego byłam? Nawet nie wiem, z jakiej on hodowli? Czy klatkowy, czy plaine air :) Skąd mogę wiedzieć, jaki tryb życia prowadził ów król? Siedzę w tych mięśniach, czy precyzyjniej pęczkach włókien mięśniowych, śledziłam jego życie i wiem,eże byl raczej sprinterem niż dlugodystansowcem, domatorem czy raczej aktywnym fizycznie? Miałam wpływ na rozwój jego masy mięśniowej? Suplementowalam dietę? Nawet go nie kupowałam, to do kogo pretensje? Ale poddusiłam te miesnie jeszcze dodatkowe półtorej godziny, i jak do tej chwili nie zmiękłyy, to już tego nie zrobią. Wprawdzie to nie jajko kurzęce,eże im dłużej gotujesz, tym bardziej na twardo, choć i jajo swoje granice wytrzymałości ma, a wiem to stąd, że kiedyś moja siostra nie wyłączyła na czas palnika pod garnuszkiem z jajkiem i jajko doskoczyło do sufitu i tam zostało, aż do ....remontu, i nie było w jednym kawałku, jak doskakiwało to już było go duuuużżoo :), białko zwierzęce działa dokładnie odwrotnie, tzn nie wiem, czy też nie doskakuje do sufitu, gdy zbyt gorąco mu się zrobi, zwłaszcza,że to królik to i skakać potrafi, ale gdy zachować odpowiedni poziom, nazwijmy to nawodnienia, to powinno spokojnie w garnku stracić swoją hardość, eeee twardość, pod warunkiem, że nie wyzionęło ducha ze starości lub nie było sterydowym koksem za życia, bo wtedy żadna, znana mi i przy użyciu dostępnych przyrządów, obróbka termiczna nie podoła. Taki zwierz, czy precyzyjnie jego mięso staje się super odporne na wszelkie działanie sił zewnętrznych. Masz poniekąd wrażenie, że walczysz z osłem. Uparciuchem.
niedziela, 5 lutego 2017
Stawiając czoła namowom przyjaciół, żeby aktywnie oraz w okolicy spędzać wolny czas, a także podejmując decyzje, które stają się, w moim przypadku, często wyzwaniem, jeśli nie wezwaniem, takim swoistym (z)ewem:) postanowiłam wyruszyć w najbliższe jurajskie górki.
Za cel postawiłam sobie Col de la Tourne, jedyne 1066 m, zgodnie z jednymi źródłami, i ponad 1100 powołując się na inne (później będzie o tym, skąd ta różnica, taka hipoteza, moja!). Odległość od domku niespełna 15 km, w jedna stronę, po liniach krzywych, bo jak wiemy, pod górkę trzeba obrać technikę trawersowania, czasem tak, jak idzie droga, czasem, gdy droga ginie pod miękką, śniegową, jakże zdradliwą, poduchą, wyznaczyć jednorazowo pożądany kierunek. Tak było i tym razem. Najpierw kolejką do Neuenburga, stamtąd do Chambrelien i wysiadka ......w gęstej zadymce śnieżnej oraz potężnej wichurze. Z zapełnionego pociągu wysiadła jedna, jedyna desperatka....Effičca i zaraz stała się niewidoczna dla towarzystwa w ciepłych wagonach. Otuliła mnie gęsta, chłodna i wdzierająca się za kołnierz, śnieżna kołdra. Ale, żem baranica, co się zowie, to juz nie opuściłam, a raczej przypuściłam szturm na ową górkę. Nie miałam zresztą wyjścia, pociąg dziwnym trafem po jednych torach tylko, w kierunku niepożądanym, a o mijance nie miałam bladego pojęcia. Nie zaprzątało mi to głowy, bo zamierzałam pokonać już do końca całą trasę, w te i wewte, nożnie. Droga prowadziła przez Rochefort, chcąc się upewnić, czy aby dobrze spamiętałam, już na zewnątrz rozpostarłam "analogową" mapę i nim dostrzegłam ustalony punkt, nim przywołałam wytyczony kierunek, mapa przeszła w stan płynny, zasilając wioskową infrastrukturę kanalizacyjną, o ile taka istniała. Pozostało zaufać pamięci, która już na rezerwie leci. Wiedziałam, że pod górkę, że trochę po szosie, trochę przez las. Wyruszyłam. Chwilam było całkiem przyjemnie, chwilami całkiem nieprzyjemnie, wiatr raz był sprzymierzeńcem, raz wręcz odwrotnie, chwilami miałam wrażenie halsowania po bezkresnych połaciach śniegu . Tych odwrotnych razów jakoś więcej, w przewadze. Dość, że na kolejnych OS urywałam po 10 - 20 minutek. Na polane, udającą szczyt, wdrapałam się przed założonym czasem. I teraz o tej różnicy w podawanych wartosciach/wysokościach. Na gorze było tyle śniegu, że nie sposób było odszukać konkretnej drogi, myślę że to przechodziło...... ludzkie pojęcie:), uklepany na sporą wysokosc, słupki, na których umieszczono kierunki marszruty były,, oraz były na poziomie ....moich kolan, a jak niektórzy wiedzą, kolana mam nie za wysoko. O kolankach też jeszcze napiszę. Zasypane śniegiem.
Warunki, raczej ich brak oraz kompletne przemoczenie odzieży nie pozwoliły na wykonanie choćby jednego zdjęcia, telefon nie reagował, udając zamoczenie (dlatego też moja pisaninka może być niewiarygodna sic! i niechaj taka zostanie). Jeszcze rozważałam wejście na nie odległy szczycik, ale kolejny podmuch mroźnego wiatru oraz świadomość,eże mam mokre stringi, zdecydowały za mnie. Odwrót.
Schodzilo się rewelacyjnie, bo po pierwsze- z górki:), po drugie w dziewiczym, kopnym śniegu, który wdarł się niepostrzeżenie w obuwie i tam, w postaci wody już pozostał (do teraz), po trzecie każdykrok przybliżał mnie do domku. Dodatkową atrakcję stanowiły przejeżdżające pługi odśnieżne, które koncertowo odwały robotę, odwalając śnieg na pobocze, po którym ja się przemieszczałam. Pługi nie były jedynymi dostarczycielami rozrywki, w postaci dodatkowych śnieżno-błotnych porcji na moich/od Ciebie legginsach, to co lemiesze zaniedbały nadrabiali co gorliwsi kierowcy. Nie powiem, byli i tacy co zwalniali, byli i tacy, przed którymi umykałam w zaspy. W trakcie tego powrotu śnieżyca przemieniła się w deszczyce. A mnie już było obojętnie, oraz bardzo mokro i zimno. Futerko na kapturze przykleiło się do czoła, cała kurtka przykleiła się do innych części ciała . Palce prawej dłoni nie nawiązywały już porozumienia z mózgiem, a może odwrotnie? Telefon, pozostający w wewnętrznej kieszeni kurtki postanowił zamo(mil)knąć. Krople deszczu dążyły kark, mimo nasuniętego, i obsuwającego się pod ciężarem wody kaptura woda była wszechobecna.
Dobrze, że choć droga znana. Postanowiłam iść krótszą trasą, niż pod górę, i choć to się wiązało z ciągłym umykaniem przed chlapiącymi samochodami, to wydawało się rozsądniejsze.
Gdy już tak całkiem przemoczona, zmarznięta, zrezygnowana, bliska łez, spowolniłam, najpierw zatrąbiło, a potem zatrzymało się niepozorne auto z niepozorną parą emerytów i z samochodziku wydobyło się pytanie, w którym usłyszałam tylko znaną nazwę znanej mi miehsciwości. Od razu skojarzyłam, że nie pytają o droge, tylko proponują podwózke. Grzecznie podziękowałam i skorzystałam z okazji. I tym sposobem w domku znalazłam się cała, bez oznak zbliżającego się całą mocą obłędu, choć dalej mokra do suchej nitki.
Gdy zajęłam odzież, która nie tak latwo się poddawała owej operacji, ponieważ zmonoliciła się z moim body przez te wodne godziny, moim oczom ukazały się......makowoczerwone uda oraz filetowe, niczym śliwka węgierka, kolana, (być może inne części ciała również nie odbiegały kolorem, ale wzrok nie sięgał) śliwkowe plamy porozlewane na kształt kontynentów, pomyślałam, że to za sprawa pięknych i praktycznych, choć dziś przechodzących chrzest bojowy, legginsów które, pod wplywem nasączenia pozbywały się nadmiaru farby. Ale żeby tylko na kolankach, a cóż im kolanka uczyniły, że zostały uhonorowane barwą oberżyny? A co z resztą ciała, przyoblekniętego jeno w purpurę?
Pierwszy raz doznałam czegoś takiego i z myślą, że mydełko sobie z tym poradzi, wskoczyłam pod prysznic. Nic bardziej mylnego. Jakby tego było mało, całe ciało zaczęło przedziwnie swędzieć i mrowić. To akurat umiałam sobie wytłumaczyć - zbytnie wychłodzenie niektórych części ciała, ale co z kolankami?. Ileż mogę stać pod prysznicem i szorować? Czym szorować, kiedy nie schodzi.
Uporałam się jeszcze z włosami i powzięłam decyzję, niełatwą! o wyjściu spod natrysku oraz,że już do końca życia będę skazana na jakieś nogowe dolegliwości, które dodadzą kolorytu. Komu?
Na szczęście, po kilkudziesięciu minutach śliwkowe plamy powoli przeszły w zaczerwienienie, potem zaróżowenie, aż wróciły do normy. Ja starałam się także dojść do normy, ale niemoc rodzicielska objawiająca się w niemożności uspienia F. oraz jego protesty wyrażane głośnym rykiem stanowiły antybodziec relaksacyjny. Właściwie to ja nie umiem znaleźć rozwiązania na czas mojego wolnego weekendu w czasie niepogody.
wtorek, 24 stycznia 2017
szoping
Wyobraźnia moja wystartowała, już widzę stanikowo-majtkowa część sklepu, wszystko na wieszaczkach, wszystko w zasięgu rak młodego, wszystko dostępne, stosy stringów, tang i innych niewymownych, z tkanin dalekich strukturą do bawełny przemysłowej, innych underwearów, które ześlizgują się, opadają z wieszaczków lub z całymi wieszaczkami, na podlo, miedzy nimi Filipek, jak pajdokracja, to pajdokracja, a co! a wózek znów stanie się niepotrzebnym gadżetem, bo przecież wiadomo wszem i wobec, że dzieciom w wózku jest niewygodnie. Dobrze, gdyby młody nie zaniechał wycia, gdy traci matkę z oczu oraz nie zaniedbał podnoszenia rączek do góry, który to gest przez rodziców rozumiany jest jako "weź mnie", tak jak to czynił dziś , to ja będę miała raczej spokój, a mamunia owego Filipka będzie staniki mierzyć z młodym na ramionach, bo każda próba, przynajmniej dziś tak było , przekazania go mnie kończyła się wrzaskiem, jego wrzaskiem. Chyba będę miała fajny dzień. Muszę tylko przybrać wyraz twarzy "tępa idiotka" i z ochotą , acz wielkim opóźnieniem biec na ratunek, tak En jak i rozrzuconej bieliźnie. Nie wierzę, że dla siebiescoś znajdę, nawet specjalnie nie będę szukać , mając na uwadze fakt,że wtedy mogłoby mi coś umknąć z atrakcji czynionych przez tę dwrójkę , a to zdecydowanie będą chwile niepowtarzalne, tak jak niepowtarzalny jest każdy segment każdego dnia. Sama jazda samochodem, rozbieranie przed upchnięciem w fotelik, a swoją drogą ciekawe, że w foteliku dziecku jest/musi być wygodnie, a w wózku już nie, ponowne wciskanie w przyodziewek rozbrykane maleństwa, rzecz na parkingach samochodowych będzie się odbywać, ponowne rozdziewanie młodego w sklepie, zapowiada się fantastyczny dzień.
Ale to nie wszystko.
Dziś zostałam dwukrotnie zaskoczona, chyba musiałam zrobić wielgachne oczy, bo Edyta też takie zrobiła. Pierwsze pytanie dotyczyło obiadu. Wczoraj rozpoczęłam rozmrażanie skawalonego mięcha, na jutrzejszy obiad, bo jak wszyscy (ci, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z wołowiną (taki to okaz właśnie był , dodatkowo opisany - rosołowe) wiedzą , że to mięso z gatunku opornych na obróbkę termiczna, często też efekt końcowy daleko odbiegający od za i nie da rady w pół godziny wykonać strawnego i smacznego sic! obiadu. A właśnie z takim pytaniem, czy mięso już jest gotowe spotkałam się pół godzin od przystąpienia do produkcji bitek. Szarpnęło mną, ale zdecydowałam się tylko na głupawą minę, wspomniane duże oczy i siłą stłumiłam charkot. Drugie pytanie dotyczyło jutrzejszej wyprawy do sklepu oraz na zajęcia, precyzyjniej dot kwestii wyżywienia, ale wyżywienia młodych. Naprawdę nie wiem, jak ona do tej pory funkcjonowała. Dzieci z gatunku jedzących chleb, czy to jest problem zrobić kanapki? Czy ona myślała, że ja zabezpieczę gorącą wodę i kaszkę oraz utensylia wszelakie w postaci misek, łyżek i czego tam jeszcze i będę na parkingu, pośród samochodów warzyć strawę? Jej wina, bo zamiast przyzwyczaić dzieci,eże rodzice siadają na kawkę, choćby w centrum handlowym, to i one spokojnie by coś zjadły, to swoim dziwnym podejściem do macierzyństwa spowodowała, że teraz ma dylemat. Zaprawdę powiadam, dzień będzie ciekawy
niedziela, 25 grudnia 2016
WOPR
Goście odjechali, salonosypialnia odgruzowana, naczynka pomyte, winko wypite, 2 flaszki, wesoło, oj wesolutko, zostało troszkę lazanii, cannelloni wchlonięte, alles ist Ordnung.
Ja przy "Wyludniaczu", boć i dom wyludniony, ale chyba/z pewnością normalnie nic nie rozumiem, o czym SB do mnie rozmawia hihihi.
Jutro lub w piątek muszę oddać lektury do biblioteki, zostanie niefajne poczucie, ze nie podołałam, ale z całych swoich sił próbowałam oraz, co ważne, nie lubię nie doczytać do końca, bo zostaje nieodparte lub nawet nie poparte niczym, wrażenie, że odpuściłam, z różnych przyczyn odpuściłam, a może właśnie za kilka kartek pochłonie mnie lektura bez reszty, zresztą. Nie dałam sobie/jej szansy. Hmmm, cóż, wrócę do niej przy najbliższej okazji, mam tu na mysli Bernharda, bo z SB i jego proza zapisanych stronic do jutra sobie poradzę, niemniej bez zrozumienia, help me.... plażę, aaa, ze plażę, no tak veni, vidi, nie vici, bo jakoweś mikrokrążenie we wodzie się rozplęgły i nie pozwoliły na zwycięstwo . Do wody mi niespieszno było, zwłaszcza, że czujni ratownicy pod egidą wopr odgwizdywali każdorazowo (chyba w wykonaniu Ślązaków, a tablet podpowiedzial? hihi ślimaków, co za intuicja!) próby wejscia do wody. Nie znoszę zakazów, ale jeszcze bardziej nie znoszę, jak ktoś na/do mnie gwiżdzę, bez względu na przynależność organizacyjną gwizdającego, chyba, że gwizdnie, a w tym gwiździe wyczuję aprobatę, zainteresowanie, poklask. Ale i tak mało to i przyjemne i spodziewane, bo to musialoby być fiu fiu bez użycia sifflet'a, ale o czym ja tu deliberuję? głodnemu chlebek na myśli.
Głodna nie jestem, zjadłam dziś sporo, a nawet chyba i bardziej.
na poczatek mozzarelke z pornodorkiem, eee tego, pomidorkiem, kromeczka razowieca i kromeczka żytniegio, do tego sznapsik naleweczki z ironii, nooo nie Effi trzymaj pion, z aronii, potem po grubosci, czyli cannellonii vege plus kotek du rohne, dla innych lazania ze sporym udzialem miesiwa, oczywiscie zapita koteczkiem. Potem kawka, do kawki czarna jak noc listopadowa, tudzież lipcowa, czekoladka, a kawka zaparzona w dzbanuszku i zapodana w filizaneczkach z cieniuchnej, białej, (zd)radzieckiej porcelanki. Zapomniałam, że takie coś mam w kredensiku. Pozostałości po latach świetności, szeroko pojętej świetności, nie mylić ze świętością, bo to nie to samo, choć. ... jakby się zastanowić. .. to może, morze, wracamy do morza. Ładny dzień, słoneczny, nie nazbyt gorący, taki w sam raz. Morza szum, ptaków śpiew, dzika tłuszcza choć w liczbie znikomej, więcej było na morzu niż nad. I to dziwne, że tych w piankach, na deskach bakterie surfujacych omijały szerokim łukiem. Tak podejrzewam, bo ich, tych, co na morzu, zakaz kąpieli nie obowiązywał, a nikt mi nie powie, że na desce nie ma się kontaktu z woda.
uuuu szkolone te (ur)wirusy, przyczajka przy brzegu, a może one, te wirusy i bakterie pływać nie potrafią? I skaczą tylko na tych, co ... pływać nie potrafią? Takie zjednoczenie braci (i sióstr) w nieumiejętność?
A że upał dał się we znaki i przyzwyczajenie, że jak na plaży, to piwko się należy? Jedno małe piwko pour moi, frytki dla młodzieży, ktora to młodzież, a raczej jej organizm charakteryzuje się cechą, pożądaną w latach dorosłych, gdy spożywa się, bez uszczerbku na zdrowiu, produkty zdrowiu nie służące. Nie moja młodzież, nie mój brzuch.
powrót do .... no właśnie, jakby to opisać? Powrót do domku, ale w tempie zgoła olimpijskim, rekord trasy, zaraz, zaraz, autobus jechał prawidlowo, czyli tempem niespiesznym, a mnie od jednego autobusu, ktory zawiózł mnie w okolicę domostwa, do drugiego autobusu, który miał mnie zawieźć do przychodni zostalo 20 minut. Wiec sprint do domu, wjazd winda na 6 pietro, dopasowanie kluczy do odpowiednich otworów, szybki, expresowy prysznic, osuszenie, niezbyt dokładne, ciała, przywdzianie sukienczyny w kolorze maku, wypad w kierunku windy, oczywiście w butach, ściągnięcie jej na odpowiednie piętro, nie tej sukienki ani butów, tylko windy, zwanej, nie wiedziec czemu, dźwigiem osobowym, zjazd do parteru i sprint na przystanek. Zrobiłam to w 15 minut, rekord? rekord.
Wizyta u lekarza - pisałam, drobne zakupy w markecie i powrot do domku.
Resztę juz znasz.
czwartek, 15 grudnia 2016
po/grzaniec
Hejka, Drogi ...
sorki, sorki, mam już w sobie jednego ugrzanego puncha z zawartością 8,5% alko i smakiem żurawiny od Canady - względy natury medycznej przemówiły za zakupem (nabyciem, hihih, drogą kupna), nic innego tylko dla zdrowotności, bo jak wiemy, żurawina na pęcherz dobra jest. Co oczywiście nie oznacza zaraz, że mam kłopoty i problemy ze strony układu warszaws...... eeee, tego ... moczowego, nie, no, nein. Profilaktyka, Kochany, profilaktyka tańsza od leczenia. Reasumujac, jestem nagrzana, Jezzzuuuu, co ja wypisuje, zabierzcie mi klawiaturę, nie, zabierzcie mi tableta, nim palne kolejne głupstwo lub umieszczę w tekście sarkastyczną, ironiczną, kpiacą, cyniczną etc. uwagę. Z góry przepraszam, dziś nie odpowiadam za paluchy u rąk - mózg, blondynki z wyboru swoje, dłonie swoje. Sama jestem ciekawa, co jeszcze napiszę, a pysk już mi się raduje, a w szarych oczętach przeskakują diabliki hihihi.
Ale wracając do powitania, jeszcze raz
Hejka, Raggio, dobry wieczór, tu R..t!!!
Dzionek, jak to dzionek, zaczął się, ale troszkę później, bo dzis frei w école, spacer w dużym deszczu w chiencami, petit déjeuner dla S., małe porządki i wypad na basen.
Zamiast wypadu do Z. trafiła się nam, czyli Szelce i mnie, niebywała atrakcja w postaci wypadu do lokalnego, wioskowego, pobliskiego basenu. Oni zabrali mi "moje autko", Range z gatunku czolg zostawili, bo paliwożerne, a do mojej dyspozycji zostawili Volvo, które nadaje sie tylko na krotkie dystanse, sprinter jakiś, czy co? Ogólnie zmiana zaplanowanych na piątek atrakcji.
Przebywając tu, w tym mieście, w tym domiszczu i w tej familii zaczynam mieć wątpliwości, czy przez przypadek nie zmieniono mi, w ferworze walki i zmian wszelakich, mojego imienia, bo tu wciąż wszystko, co bezpośrednio mnie dotyczy, zmienia się w zaskakującym tempie i w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Tylko jak to sprawdzić? Zawołam na siebie i zobaczę, czy zareaguję.
A piateczek dzis deszczowo-barowy, leje od wczoraj, czasam ze sporymi podmuchami wiatru, jest w miare ciepło, ale bardzo, bardzo mokro. A pobyt na plywalni jakby dodatkowo nawilżył moje ciałko, ale bez podmuchów -cokolwiek to znaczy (oooo, zaczyna sie hihihi).
Dziś zrobiłam w godzinę bez 5 minut 62 długości baseniku, co daje 1550 m. Ale to piszę tylko i wyłącznie w kategorii info, a nie chwalenia się. Taki news pomiędzy newsami o chienas, o S., o aurze itd.
Pokonywałam kolejne długości, a myśli swobodnie krążyły wokol różnych spraw i osób i choć byłam z młodą, która usiłowała pod woda wykrzyczeć Yyywaa regarde (domyslasz sie, że ze skutkiem null), to tak jakby bez niej, bez jej nawoływania. Odsapnęlam od niej. Potem jeszcze miłe mojemu ciałku bąbelki jakucjowe, relax, fajnie, a potem to jusz dusz, Kleider y, i kawka w barze, w oczekiwaniu na młodą. Do domku zjechałyśmy ok. h 18. Kolacyjka, wspomniany ugrzany i powodujący ugrzanie punch, ojojo skończył sie. Poczekaj, idę po kolejną porcyjke, nigdzie nie odchodź, czekaj, bo się pogniewamy :))).
Jestes? Nooo, masz szczęście ;).
Po kolacyjce usłyszałam prośbę, czy nie pojechałabym po jakieś słodycze do Coop. Tu, w S mają przegwizdane, bo zakupy robia w kupie albo szparze. Kto tak sklepy nazywa? Wyobraź sobie, dzwoni Twoj telefon: gdzie jestes? w szparze, wziąć coś dla ciebie? Albo: słabo cię słyszę, bo jestem w szparze, lub : jestem właśnie w kupie, nie potrzebujesz czegoś? Noooo witki opadają, co można wziąć ze spar...u/y, a czego można szukać w coop ie? Dziwny, zaiste, dziwny kraj. Słodycze, a w tym czekolady nabyłam w .... coopie :)).
I wiesz co, tak sobie brnę dalej w rozważaniach i naszło mnie takie spostrzeżenie. Bo zobacz, to ich ( Sz, ale nie chcę uogólniać, że rzecz dotyczy wszystkich) proste, żeby nie napisać prostackie, ale nie, nie bójmy się, jednak prostackie (i nie o prostacie to będzie. Chociaż! Chyba jednak troszkę tak, bo to, o czym chcę napisać, gdzies tam w niedalekim sąsiedztwie tegoż gruczołu się, nooo może nie rodzi, ale wydobywa... Effka pierwsze ostrzeżenie - uspokój się. Przepraszam, a ile mogę dostac ostrzeżeń? Co? no co? zapytać nie można? ) zachowanie, mam tu na myśli swobodne dysponowanie czasem i decydowanie o momencie podzielenia się z obecnymi .... radosnymi nowinami z cylku " mam problemy gastryczne" lub zgoła z innej strony przewodu pokarmowego. Co u niektórych wywołuje salwy smiechu, a u Ludów Północy zażenowanie, konsternację, zawstydzenie. Oraz nieśmiałość w zwroceniu uwagi na niestosowne zachowanie. A to nieobyczajne zachowanie jest, być może, skutkiem robienia zakupów w tych sklepach.
Przyszło nam żyć w ciekawych czasach. Mocno wierzę, że nauki przekazywane młodej pozwolą jej bez z(a)mieszania uczestniczyć w towarzyskim życiu, juz jako dorosła panna.
Może to jedno pokolenie jest, z przyczyn nieznanych, felerne?
Wychlałam drugą szklanice grzanca, a po trzecią nie chce mi się iść. Przyniesiesz po drodze? oki.
Takie i inne rozmyslania towarzyszyly mi dziś.
A teraz idę pogadać z rodzinka, a Tobie życzę udanego, choć ciasnego wieczoru. No nie, ale wyszło, a miałam na myśli, ze ciasno będzie w Twoim apartamencie. Doooobra, nie rozwijam, bo dostane czerwoną kartkę.
wtorek, 13 grudnia 2016
Chinski mag
Odnotowano, ze sporą radością, koniec dnia.
A dzien obfity w wydarzenia, ale przewidywalne, choć nie oczekiwane.
Nocka z tych short, budzik znów spowodował moją ogromną niedowiarę, że to już, że jak to? Dlaczego coś ma śmiałość dzwonić koło ucha o tak śródnocnej porze? Buta i arogancja niespotykana! Członki wydobyte z kołdrzanych czeluści, wbiegnięcie na stare tory, nagle, dobrze, że kierunek właściwy obrałam, bo mogłabym zostać stratowana, czyli po minięciu drzwi od razu na prawo, zgodnie kierunkiem wybiegu dla pokłosia. Potem dobiegnięcie do expressu, zrobienie kawy, chwilę później kaszy i tak już do wieczora, w parterze, w górze, zabawy na dywanie, noszenie młodego wraz z podrzutami, a tzw międzyczasie, którego normalnie nie ma, ale jeden raz w tygodniu musi się pojawic, ogarnięcie powierzchni płaskich, odkurzenie, umycie, wszystko to w niespełna godzinę, bo tyle udało mi się wygospodarować....... Nic specjalnego, do momentu wybudzenia F. z popołudniowej drzemki i wyjazdu w kierunku chińskiego specjalisty od medycyny naturalnej. Czasu mieliśmy aż nadto, wiec Damy udały się do sklepu w celu wymiany odzieży, ja otrzymałam polecenie udania się z F. nad jezioro, gdzie cicho, pusto. Dziś powietrze jemu nie (za)szkodziło, to samo mroźne, wilgotne, bez słońca w każdy inny dzień niebezpieczne, dziś nie i sama nie wiem, po czym rozpoznaje się różnice, kiedy można na spacer z młodym, a kiedy trzeba, a kiedy jest mus, czy nawet wręcz odwrotnie. Poszłam karnie, zdyscyplinowanie, zmarzłam, że nie wspomnę, że bylismy jedynymi spacerowiczami na ścieżkach okołojeziorowych. Chłód przenikliwy, moze inaczej, źle dobrałam garderobę do tej aury, jak to w Norge mówią, że nie ma złej pogody, tylko ludzie niestosownie ubrani. Po godzince powrót do centrum miasteczka i wkroczenie w przyjazne gabinetowe progi, a tam "badanie" les enfants przez obywatela Państwa Środka, stwierdzenie, że wszystko oki, co raduje, więc chyba nie będzie już embarga na spacery:), bo tych spacerów, a precyzyjniej dni do spacerowania, w tym roku zostało 6. Wykonanych, czy raczej w grafiku moim privé 6.
Potem jeszcze landlordowa zostala poddana próbie ogniowej, tzn mag naturalny postawił jej, na jej plecach, 5 baniek, przedtem jednak dźgając fald skórny w okolicach prawej łopatki igłą i powodując podzuirawienie owego miejsca, ból i wydostanie się "złej krwi" na zewnątrz. Czy ta zła krew wie(działa), że jest zła i że musi opuścić (nie)przyjazne tetytorium? Skąd wiadomo, ile jest zła w tej krwi i czy akurat w tym momencie przepływała przez mięsień nadgrzebieniowy, ta zła przepływała i czy to była krew natlenowana czy odtlenowana, aortalna czy żylna? Sporo pytań, kilka dźgnięć igłą, kilka kropel krwi.
Z początku byłam pewna, widząc igłę w dłoni oprawcy, że to kroki do akupunktury, ale któż, nawet z laików w temacie, dziubie igłą raz po raz uszczypnięty fald skóry wraz z tkanką tłuszczową, nie tędy droga. Jak się spodziewałam, bańka skrywająca obszar dziobany zaróżowiła się nad wyraz, inne pozostawały w tyle, inne bańki. Sam zabieg trwał 10 minut, ale to wystarczyło do małej demolki gabinetu, w wykonaniu pokłosia, wylania wody, porwania gazet, które służą, noooo do tej pory służyły innym wizytującym ten przybytek, wdeptania ciasteczek w dywan, rozdzierających ryków i wiele innych atrakcji. Moje zmysły szalały, wzrok nie nadążał za dwójką rozkosznych maleństw, które kolejno szarpały kable jakiejś specjalistycznej aparatury, domagały się uwagi lub odwrotnie, waliły w podłogę wielgachną łyżką do wkładania butów i wyrażały głośny i kategoryczny sprzeciw, gdy tę łyżkę usiłowałam raz jednemu raz drugiemu dziecku, raz z jednej raz z drugiej dłoni odebrać, pożerały w tempie godnym hieny kolejne ciasteczka, przedtem skutecznie i pieczołowicie rozdrabniając je. Obańkowana matka pociech od czasu do czasu wydawała dźwięki, które miały zdyscypliować jej latorośle, bezskutecznie, bez efektów, tych przyjętych, założonych.
Ona cierpiała fizycznie, podczas niewielkiej utraty "złej" krwi, we mnie moja słodka i nad wyraz dobra krew gotowała się z/w niemocy, wrzała i kipiała, starała się uchodzić wszelkimi możliwymi otworami i to nie wykonanymi techniką dźgnięć i pchnięć przez specjalistę i przy użyciu igły. A od młodej usłyszałam, że jak będę grzeczna to pójdę z nią na zakupy. Kochanie, nie chcę być grzeczna, nie chcę być skazana na ciężką harówę, zwaną górnolotnie zakupami, bo to jest jednostronne, egoistyczne dawanie ujścia zadowoleniu, gdy mój udział sprowadza się do zadowalania młodych i przyzwalania na demontaż espozycji i wygarnianie poszczególnych części garderoby z półek i wieszaków, przy bezgłośnej aprobacie protoplaski i moim dzikim, acz skrytym szale, i nie o garderobie teraz piszę :).
ze wszech miar potrzebuję urlopu, ja nie nadążam z odpowiednimi i odpowiedzialnymi reakcjami, dziś nawet zostałam kopnieta, plaśnięta w twarz oraz w głowę. Jedynie słuszna reakcja na takie potraktowanie mojego ciała nie znalazłaby zrozumienia w oczach matki, więc z całych sił (uwierz, że kosztowało mnie to sporo) opanowałam prawidlowy odruch i zmusiłam własne ciało do niepodejmowania interwencji, choć miło mi nie było.
Spogladam na zegarek i oczom nie wierzę (chyba te plaśnięcia w głowę były mocniejsze, niż myślałam:) ), że zbliża się jutro, a ja kończę dopiero skrobaninke.
poniedziałek, 28 listopada 2016
Powrót
Juz wszyscy w komplecie, wrzaski, piski i tupot.
Zdążyłam się wyduszować, nakremuje moje wymęczone body później, tak w dresiku, z kopytkami wyprostowanymi, na stabilnym materacu, który nie podskakuje na wertepach :), łapię końcóweczke soboty.
Mio ragazzo, piszesz, ze jestem twarda. Hmmm... hmmm... i tak i nie.
Przecież to nie ja prowadzilam potężny środek lokomocji, pchać ani ciągnąć także go nie musiałam. Do mnie należało wtargać podręczny bagaż wraz z podręcznym ciałem, zająć miejsce, czasami wykonać wyjście, wszystko, lista zadań w kategorii "twardzielka roku" wyczerpana. Twarda? że wiek? Ze zasechłam? Ze się zczerstwiłam? Nooo nie wiem, nie mam w zwyczaju nagryzać się, trochę się boję bólu zadanego przez własne członki, nawet, jak miałam zaordynowane zastrzyki przeciwzakrzepowe w powłoki brzuszne, to tak się przed hand made zabiegiem spinałam, że brzuch mógłby w takich momentach brać udział w pokazach fitness i nie wiem, czy bym w strefie medalowej się nie znalazła:). Ale to były krotkie momenty. Te spinaczki mięśniowe, bardziej w kierunku spastycznych hihihi.
Trudy podróży zaliczone, zdiariowane, odłożone do archiwum. Kolejna podróż za mną. Troszke duma mnie rozpiera, że wiem, w ktorym miejscu Z. się znalazłam, jak dojść samodzielnie na dworzec, jak wymóc na automacie zakup biletu (nawet stałam się expertka, taka samozwaniec :), bo pomogłam jednej współpasazżerce zakupić tickecik), cała podróż nie była uciążliwa, bo nie skazano mnie na bezpośrednie sąsiedztwo z gadatliwą babą. Do S. mogłam rozkoszować się dwoma siedzeniam, a że nie było fifiirifi i sprzęt do puszczania filmów był atrapowaty, to specjalnie nie przeszkadzało, czytałam sobie miłe mej duszy fragmenty, trochę podrzemałam, tak nadrabialam krótką nockę przełomową. Owszem, przerzutka w S. byla trochę niekomfortowa, bo pół godz musiałam czekać na kolejny autobus, w lekkim mrozie. Dałam radę :), kolejny środek transportu był w pelni zapakowanu, ale, że to była juz głęboka nocka, to nie zostawało nic innego, jak kontynuować sen. Troszkę mój żołądek się buntował, dawał jakieś.... ostrzegawcze znaki, coś jakby hm E. znajdź drogę ewakua, bo może się przydać, lub wyrychtuj woreczek, no a nóż. ... ale nie poddawałam się, odpędzałam wek te natrętne skargi ze strony układu pokarmowego, jaaaakkoosss się udało. Ranek już niczego nie pamiętał hihi. A po godz 8.00 kolejna przerzutka, do kolejnego autobusu, wielgachnego, tzw piętruska, znów sama mogłam dzielić dwa siedzenia i na wszystko spogladałam z wysoka. Ale i tu nie było różowato, bo pokładowa toaleta, konstruktor której nie przewidział tak częstego korzystanie, przestała współpracować z chętnymi, więc nawet do mojej blond glowki nie przyszło, żeby coś pić. Głodna, i nie tylko, udałam się na docelowy dworzec, to już wiesz, znalazłam właściwy Gleis, tram i w miare spokojnie dojechałam do O.. I tu moje globtroterskie doświadczenie dało mi po ukatarzonym nosie. Nie wiedziałam, o której mam kolejny pociąg, oraz z którego pieronu, okazało się, że wystarczyło wyjść z jednego pociagu i przejść na druga strone peronu i wsiąść do drugiego, który już zdążył ruszyć, zanim się skapowałam. Na następny musiałam czekać równo godzinkę, było-minęło ( kolejne doświadczenie, które zapamiętam). W ten sposób powiedzenie, że podróże kształcą nabrało innego znaczenia. A po 5 minutach jazdy, czyli do przystanku, na ktorym wsiadłak dowiedziałam się, że dalszą drogę odbędę pieszo, bo moi właśnie w tej chwili wystartowali z domku do L. Bywa, co zrobić.
Przetuptałam te ostatnie kilkaset metrów, przywitałam sie z chiencami, zrobiłam manger, wyspacerowałam czworonogi, wyduszowałam się.
The end. Resztę znasz.
Odnoszę wrażenie, że wszystko wskoczyło na stare tory.
Przyjechałam do "siebie", leżę w "swoim" łóżku i daj Boże, jak najdłużej rozkoszować się tymi klimatami. Wszystko inne i z innymi ;) się ułoży.
Raggio dolce raggio, a Ty w końcu gdzie? Nomada z Ciebie wyrasta, albo taki rak pustelnik, tylko w troszkę innym znaczeniu, bo nie zmieniasz mieszkanek, dlatego, że z nich wyrosłeś, tylko, że los tak chciał. A ukwiał wędruje razem z Tobą? Poproszę o odpowiedź, czy ukwiał, który ma w swojej naturze przemieszczać się wraz z rakiem/krabem, wędruje razem z Tobą?